Lisiewicz: To nie czas na elastyczne charaktery

Prawda rosyjskaKomunizm należy obalić nie dlatego, że jest niereformowalny, ale dlatego, że jest nieskończenie reformowalny…

Lisiewicz: To nie czas na elastyczne charaktery

Twarda postawa PiS po przejęciu władzy dała tej partii dobre wyniki sondażowe. Sprowokowała też jej przeciwników do samobójczego, bo przedwczesnego wyjścia na ulicę. Skojarzenie gwałtowności ich protestów z kwikiem świń odrywanych od koryta będzie prześladować ich przez lata. Najgorsze, co mógłby teraz zrobić PiS, to zamiast iść do przodu, cofnąć się i szukać kompromisów z postkomunistyczną oligarchią. A zwolenników takiego rozwiązanie nie brakuje.

W lutym 2012 r. opublikowałem w „Nowym Państwie” szeroko komentowany tekst „Salon. Przedpokój. Ulica”. Pisałem w nim o polskim obozie niepodległościowym i jego podróbkach: „Przedpokój i Ulica wydają się do siebie podobne. Ale skutki zwycięstwa Przedpokoju i zwycięstwa Ulicy są zupełnie niepodobne. Są – gdy chodzi o wpływ na losy Polski – przeciwieństwem. Ulica, w przeciwieństwie do Przedpokoju, podejmuje się bowiem niebezpiecznego hazardu – zabiegania o niepodległość Polski”.

Na początek Ulica zmiażdżyła Przedpokój

Mocne uderzenie PiS w pierwszych miesiącach rządów dało nam nadzieję, że mamy do czynienia z nową jakością. Że zmiany idą na całego, a Ulica miażdży Przedpokój. Bo każdy fałszywy akord, próba niegodnego kompromisu albo stawiania partykularnych interesów przed zmienianiem Polski zostanie bezbłędnie wychwycona przez zwolenników PiS, którzy stworzyli przez ostatnie lata silny obywatelski ruch.

Modelowym przykładem tego, jak usuwać ogniska patologii, była akcja Ministerstwa Obrony Narodowej w Centrum Eksperckim ds. Kontrwywiadu NATO. Przejęcie jego siedziby o godz. 1.30 w nocy spotkało się z atakiem mediów. Wojciech Czuchnowski opublikował błyskawicznie na portalu gazeta.pl tekst „Nocny atak Macierewicza na Centrum Kontrwywiadu NATO”.

Tyle że gdy okazało się, iż w siedzibie owego Centrum wisiało godło Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, a także znajdowały się tam tajne dokumenty oraz gotowa interpelacja dla posła PO, media jakoś przestały przypominać sprawę. Tak zlikwidowano ośrodek opanowany przez ludzi mających złe intencje, a zdecydowanie i skuteczność akcji odebrała im chęć obrony.

Ale z czasem po objęciu władzy przez PiS wśród tych, którzy objęli stanowiska z nadania tej partii obok ludzi Ulicy, znaleźli się także ludzie Przedpokoju. Nie jestem na tyle naiwnym idealistą, by nie wiedzieć, że to w pewnej skali nieuniknione.

Rzecz w tym, by ludzie Przedpokoju nie obejmowali żadnych stanowisk kluczowych, wymagających silnego kręgosłupa, skoro takiego nie posiadają. Jak mawiał do swych szwoleżerów Wieniawa-Długoszowski: „Elastyczność krzyża w galopie jest nader wskazana, lecz gdy jej towarzyszy elastyczny krzyż jako cecha charakteru, przepadłeś, bracie, z kretesem”. To jest czas, w którym zapędy potencjalnych Kazimierzów Marcinkiewiczów, Radosławów Sikorskich czy Januszów Kaczmarków muszą zostać zdławione w zarodku.

Awans autora posmoleńskiego pojednania z Rosją

Zaniepokojenie budzą natomiast zbyt powolne zmiany w dyplomacji, jednak, jak można przypuszczać, na niektóre z nich mogą mieć wpływ różne uwarunkowania międzynarodowe.

Wśród nominacji PiS, które można określić jako kontrowersyjne, pojawiła się jednak jedna na tyle absurdalna, że nie sposób jej nie skomentować. Sławomir Dębski był za rządów PO i PSL, od 2011 r., dyrektorem rządowego Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Publicznie mówił, że polsko-rosyjskie stosunki po Smoleńsku są najlepsze od kilkuset lat. Powtarzał tezę Bronisława Komorowskiego, że Rosja będzie się reformować i zbliżać do Europy. I Polska powinna jej w tym pomóc.

Wiele wypowiedzi Dębskiego budziło komentarze, że mówi on, jakby był rosyjskim agentem wpływu. W czasie wykładów, które można odnaleźć w internecie, twierdził on m.in., że Polacy mają skłonność do przeceniania znaczenia rosyjskich służb specjalnych w polityce Moskwy.

25 lutego 2016 r. z nadania PiS Dębski został dyrektorem podlegającego MSZ Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Jak to możliwe? Jakie racje albo jaka tajemnicza niewidzialna ręka stały za tą nominacją?

Dlaczego popieram Cenckiewicza na prezesa IPN

To zdolność do demontowania postkomunizmu powinna być najważniejszym kryterium przy obsadzaniu przez PiS kluczowych stanowisk. W tej sprawie nie może być śladu kompromisu.

Wbrew pozorom to nie jest wzywanie do ataku „łubudu”, na całego i w każdym miejscu. Bo takie postawienie paradoksalnie wymaga kompromisów w najróżniejszych ideowych sporach. Zamierzam tu dać przykład takiej postawy.

W poprzednim numerze tygodnika „wSieci”, mocno „przedpokojowego”, choć pozującego na Ulicę, gdy daje to zyski, jego publicysta Piotr Zaremba zaatakował kandydaturę Sławomira Cenckiewicza na prezesa IPN.

Otóż jestem zdecydowanym zwolennikiem kandydatury Cenckiewicza, mimo że w wielu sprawach mocno się z nim nie zgadzam. Środowisko tradycjonalistów, które bliskie jest Cenckiewiczowi, przesadnie mnie nigdy nie pociągało. Z jego krytyką Powstania Warszawskiego nie zgadzam się zupełnie, a samo wywoływanie dyskusji na ten temat w ostatnich latach uważam nie tylko za szkodliwe, lecz także jałowe. Te dyskusje przetoczyły się przecież w czasach, gdy o Powstaniu pisali Józef Mackiewicz, Jan Nowak-Jeziorański czy Stefan Kisielewski. Nie zgadzam się z Cenckiewiczem w sprawie książek Piotra Zychowicza, w którym nie widzę śladu podobieństwa do Józefa Mackiewicza.

Gdy Mackiewicz krótko po wojnie krytykował AK za nierówne traktowanie dwóch okupantów, to przede wszystkim po to, by uświadomić czytelnikom, czym jest komunizm.

Ale w 2016 r., gdy walczymy o odrodzenie polskiej tożsamości, tamten spór nie ma już żadnego znaczenia. Jasne jest, że tłumy na Powązkach w rocznicę Powstania, podobnie jak Mackiewicz, uważają Sowiety za takie samo zło jak nazizm, a pod pewnymi względami nawet gorsze. Tożsamość akowska odradza się z naniesionymi przez Józefa Mackiewicza poprawkami. Tu akurat już wygrał.

Ale w innej sprawie Mackiewicz jeszcze nie wygrał. I tu potrzebujemy Sławomira Cenckiewicza jako prezesa IPN. Mianowicie Mackiewicz uważał, że komunizm należy obalić nie dlatego, że jest niereformowalny, ale dlatego, że jest nieskończenie reformowalny. Za najgroźniejszą broń przeciwko niemu uważał prawdę.

Komunizm nie został obalony zbrojnie, lecz zreformowany. A największym problemem nowego ustroju okazał się brak prawdy. Gdyby Mackiewicz żył dzisiaj, z dbałością o szczegół pokazywałby, jak przebiegała transformacja, kto za nią stał, jak oszukano ludzi i czym jest paskudny twór, w którym przyszło nam żyć.

Cenckiewicz pokazał przez ostatnie lata, że jest człowiekiem nieprzekupnym. Sprawdził się jako specjalista od usuwania skutków komunizmu w realnej rzeczywistości III RP, a to powinien być nasz absolutny priorytet.

Cenckiewicz był przewodniczącym Komisji ds. Likwidacji WSI, a do tego trzeba było mieć charakter. Tak jak do tego, by napisać książkę o wojskowej bezpiece „Długie ramię Moskwy”. Konsekwencja, z jaką zajmował się on opisaniem prawdziwej historii Lecha Wałęsy, również godna jest podkreślenia. Tak jak nie mniej ważna książka o Annie Walentynowicz.

Również mniej znane sfery zainteresowań Cenckiewicza mogą mu być bardzo przydatne, jak fakt, że należał do pierwszych badaczy, którzy interesowali się historią tzw. firm polonijnych, powstających głównie w latach 80. pod okiem komunistycznej bezpieki. To ludzie z nich stworzyli oligarchię III RP.

Kurski, czyli Przedpokój górą

Gdy w 2012 r. publikowałem tekst „Salon. Przedpokój. Ulica”, spotkał się on z krytyką m.in. braci Jacka i Michała Karnowskich. Fragment mojego tekstu przeczytał im sam szef KRRiT Jan Dworak, z którym przeprowadzali wywiad. Dworakowi poszło o słowa: „To, co nazywano polskimi elitami intelektualnymi, jest wynarodowioną elitą posowiecką. To osoby, których nic nie obchodzą losy Polski i Polaków, a tylko własne kariery. Dopóki nie zdegradujemy ich, brutalnie nie upokorzymy ich tak, by poczuli, że są tu elementem obcym, produktem kolaboracji mniejszości narodu, Polska nie będzie niepodległa”.

„Podoba się to panom?” – spytał Karnowskich Dworak, a ci odpowiedzieli, jak wynika z podpisu „Karnowscy”, chórem: „Nie. Tenże Lisiewicz właśnie równie brutalnie opisał naszego szefa Pawła Lisickiego i kolegę redakcyjnego Piotra Zarembę. Nie jesteśmy pewni, czy należy go traktować poważnie. A poza tym wszystkim – nie nasze to środowisko. (…) Ekstremizmy są wszędzie”.

Ten spór jest aktualny do dziś. I pokazuje motywacje mediów braci Karnowskich, którzy w poprzednim numerze swego tygodnika bronili prezesa TVP Jacka Kurskiego. Odwołanie przez Kurskiego i Mariusza Pilisa redaktora Michała Rachonia z funkcji zastępcy dyrektora TAI ds. publicystyki to nie była żadna przepychanka personalna, lecz jaskrawy tryumf Przedpokoju nad Ulicą.

W tekście „Salon. Przedpokój. Ulica” wskazywałem, że po Smoleńsku najgorzej sprawdzili się politycy PiS z mojego i nieco starszego pokolenia. Większość trafiła do różnych grup rozłamowych, niektórzy do PO. „Dlaczego? Bo polityki uczyli się jako 20-, 30-latkowie przed i za czasów AWS. (…) Z powstania PiS zrozumieli tyle, że »Kaczor wygryzł« tego czy tamtego. A teraz – myślą – nasza kolej. Otóż nie wasza, bo wasz sposób myślenia okazał się reliktem prawicy z czasów III RP” – stwierdzałem.

Jak pisałem, owi politycy mają też swych odpowiedników wśród „przedpokojowych” prawicowych publicystów. Stwierdzałem, że „Smoleńsk musi być narodzinami nowej inteligencji, która pójdzie do zwykłych Polaków”.

To w dużym stopniu w ostatnich latach się dokonało. Dlatego m.in. PiS miażdżąco wygrał z PO w internecie. Kurski i Pilis to klasyczny przykład ludzi Przedpokoju, którzy prowadzą swoje gierki i intrygi jak za czasów AWS, a Rachoń to sztandarowa postać owej młodej inteligencji, która w ostatnich latach zmieniła w Polsce układ sił.

Wbrew swemu wizerunkowi Kurski nie był w ostatnich latach „bulterierem”, lecz politykiem, którego gry przekraczały granice przyzwoitości. 29 października 2013 r. w programie „Tomasz Lis na żywo” zaatakował on Antoniego Macierewicza: „Twierdzenie bez 100-procentowych dowodów, że był zamach, immunizuje Rosjan od odpowiedzialności, np. za złe naprowadzanie. (…) To służy Putinowi, buduje jego potęgę”. To był nie bulterier, lecz pisk pudelka żebrzącego o wpuszczenie do Salonu.

Mówiąc językiem żołnierskim, różnica pomiędzy Cenckiewiczem i Kurskim polega na tym, że o ile ten pierwszy sprawdził się w boju, o tyle ten drugi tylko w gębie. I to, biorąc ściślej, sprawdzał się w gębie jakiś czas, potem przestał, a teraz chce sprawdzać się znowu. Natomiast Cenckiewicz „w gębie” mówił rzeczy rozmaite, ale na polu bitwy był świetny.

Przywarą 50-letnich tzw. fachowców w rodzaju Kurskiego jest ciąganie za sobą watahy kolegów, którzy front zmieniali już niepamiętną ilość razy, a jedyne, czego na owych frontach się nauczyli, to zarabiać pieniądze i intrygować. Znaczna część dawnych „pampersów” to ludzie przesiąknięci III RP, sytuujący się gdzieś między Przedpokojem a Salonem. To przykład Kuby Sufina, byłego redaktora naczelnego portalu TVN24.pl, którego Kurski ściągnął do TVP. Karnowscy byli przeciwni brutalnej degradacji postkomunistycznej inteligencji, bo reprezentują Przedpokój, który zawsze jakoś się z nią układał.

A poza wszystkim, owi 50-letni „fachowcy” nie są dziś PiS do niczego potrzebni, bo ich fachowość jest dziś archaiczna, a Kaczyński czy Macierewicz śmiało mogą oprzeć się – oprócz swych pretorian – na młodej inteligencji, która ich kocha, a 50-letnich ślizgaczy nie znosi.

Źródło:

O autorze: Andy-aandy

Niezależny wędrownik po necie, czasem komentujący... * Serendipity — the faculty or phenomenon of finding valuable or agreeable things not sought for...