Jeden dzień z życia polskiego, białego rasisty…

Pomny na dzisiejszy przekaz wszelkich lewicowych dobrodziejów, a zwłaszcza Jonny Danielsów i innych żydków „zatroskanych” o porządne europejskie multikulti. I że białe kojarzy się im zawsze z rasizmem, postanowiłem zweryfikować swoje życie. Tak, jestem polskim, białym rasistą…i nie dziwcie się. Rasizm wyssałem z białym (a jakże) mlekiem swojej matki…a potem to już poszło jak lawina, jak w filmach Alfreda Hitchcocka, gdzie wpierw jest trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie…

Budzę się rano…cholera, otacza mnie biała pościel. To niestety pierwsze chwile z dnia polskiego, białego rasisty. Ubieram białe kalesony na białe majtki…dreszcz! To jawne bluźnierstwo przeciwko kolorowym. A tak prosiłem  moją First Lady, aby patrzyła za czarnymi kalesonami, albo chociaż żółtymi. Toteż nie! To byłby cios znowu w stronę żółtej rasy…niestety tylko kolor ekri, tudzież popiel, czarnych nie ma…zgroza!

Rozespany doczłapuję do łazienki…sikam do białej muszli. Potem łokciami opieram się o białą umywalkę, patrząc w lustro na moje rasistowskie blond włosy powoli sięgam po białą pastę, aby nałożyć ją na białą szczecinę mojej szczoteczki do zębów.

Jak to dobrze, że chociaż szczoteczka ma kolor pomarańczowy…se tak myślę…

Ale niestety, trwa dalszy ciąg, dalsze pasmo mojego białego rasizmu. Dochodzę do lodówki…białej, rasistowskiej, a jakże. Wyciągam białe, rasistowskie mleko, biały ser, białą cebulę…z chlebaka wyciągam białe pieczywo…

Łagodzę trochę mój rasizm, kombinując, aby do mleka dodać kakao, ale znów zastanawiam się, czy biały osobnik pijąc kakao czy aby na pewno nie drwi sobie z czarnego…osobnika. Więc dyplomatycznie zaparzam kawę zbożową, neutralną…światopoglądowo oczywiście…

Po śniadaniu piję kawę prawdziwą, z moją First Lady, oczywiście. I znów rasistowski akcent. Dolewam 10% białego, rasistowskiego mleczka, do 90% czarnej kawy. Aż się dziwię, że te 10% potrafi tak zneutralizować te 90% i zrobić tzw kapucinę…wygląda na to, że białe jest bardziej asertywne. Tfu, tfu, tfu…wypluwam szybko ten rasistowski wątek, jakże niegodny człowieka…białego oczywiście…

Wsiadam do swojego Sprintera…białego, kuźwa. Pada śnieg…biały, rasistowski. Jak to dobrze, że mam zimowe opony, nowe, założone…kurde były czarne jak heban, nierasistowskie, ale ta drogowa sól wybieliła je szybko…cholera, gdzie się nie oglądnąć, to wszędzie czycha biały rasizm.

Wracam do domu, moja First Lady wita mnie obiadem. Mój ulubiony biały barszcz, obowiązkowo z białą kiełbasą i jajkiem…cholera, no jakby nie patrzył jestem rasistą…ale na okoliczność łagodzącą w jajku znalazłem żółtko, które złagodziło bardzo mój agresywny rasizm.

Wieczorem nalewam sobie piwo do kufla…wierząc, że na koniec dnia nie będzie akcentów rasistowskich. Żółte, aromatyczne…no i…jasny gwint, cholernie pieni się na biało!!!

Zniesmaczony sięgam po białego, niewędzonego oscypka, wierząc, że co prawda z białego mleka, ale wydojonego od czarnej, albo chociaż brązowej krowy/owcy* (*niepotrzebne skreślić).

Nie mając żadnej pewności co do zjedzonego oscypka podążam w kierunku sypialni…rzucam się znów do białej, rasistowskiej pościeli…gaszę ledową żarówkę świecącą białym światłem.

I śniję…jak to cudowni, wspaniali, szlachetni arabowie w Kolonii bronią własnym ciałem białe kobiety przed rasistowskimi, białymi mężczyznami…

Email this to someoneShare on Facebook
Tweet about this on TwitterShare on Google+Share on StumbleUponPrint this page

O autorze: trybeus

Czterdziestoletni Katol I Moher z Kościoła toruńskiego, parafia podhalańska...łowca jehowitów...Kurnik's Managemen ...