Podstępna choroba niszczy rodzinę – część druga

Skończyłam moją opowieść na tym, jak nasz bohater, spowinowacony ze mną przez naszych współmałżonków utracił pracę – wtedy wydawało mi się, że przez złośliwość i nieżyczliwość współpracowników.
Zaczął poważnie zajmować się bioenergoterapią i radiestezją. Czegóż to on nie potrafił!
Zaczął od wykrywania żył wodnych w mieszkaniach i pomagał instalować różne urządzenia, które negatywny wpływ owych żył miały likwidować. Skutecznie, rzecz jasna. Potrafił tłumaczyć bardzo sugestywnie i przekonująco i zdobywał sobie coraz więcej klientów. Za swoje usługi, oczywiście, brał pieniądze. Czy świadomie oszukiwał? Na pewno nie – był o swoich umiejętnościach, które z roku na rok się powiększały, święcie przekonany. I jego żona też.
Nasze rodzinne spotkania stawały się dla mnie powoli coraz bardziej uciążliwe, bo on już nie potrafił o niczym innnym mówić. W międzyczasie posiadł dodatkową umiejętność: wykrywanie wahadełkiem różnych chorób u ludzi i leczenie ich tymże wahadełkiem. Nie wiedziałam wtedy, co o tym myśleć: czy rzeczywiście to potrafił?
Aha, zapomniałabym. Był człowiekiem religijnym i uważał, że ten jego dar pochodzi od Chrystusa. Dużo czytał.
Pierwszy dzwonek alarmowy zadźwięczał mi, gdy doszło między nami do nieprzyjemnej scysji. Otóż w owym czasie miałam dość sporego guzka na tarczycy (pojawił się po urodzeniu dziecka, powiększył do wielkości jabłka Adama i tak został). Nieładnie wyglądał, ale przyzwyczaiłam się. Dzieci były zbyt małe, abym ryzykowała operację (której się panicznie bałam). No i kiedyś szwagier mój, „cudotwórca”, zauważył ten defekt urody (bo ja to tak traktowałam – kilka lat nic się nie działo, więc o co chodzi). Postanowił to zbadać. Przysunął wahadełko do mojej szyi i czekał. Wahadełko raz się kręciło, raz majtało, jak wahadło, różnie. Następnie postawił diagnozę:
To jest uśpiony nowotwór- powiedział – na razie nic się nie dzieje, ale gdy się uaktywni, to będzie źle.Mogę ci go usunąć: trzy zabiegi i będzie po sprawie.
Nie od razu się zdecydowałam, bo prawdę mówiąc, średnio wierzyłam w to jego uzdrawianie.
Ale groźna diagnoza, że to nowotwór, nie dawała mi spokoju. Każdego dnia w łazience spoglądałam z niepokojem na moją szyję: powiększył się ten guzek, czy nie….
Kilka tygodni później zgodziłam się. Terapia wyglądała w ten sposób, że ja leżałam na kozetce, a on trzymał wahadełko nad moją szyją tak długo, aż przestało się kręcić. Trwało to różnie, przeważnie tak około godziny.
Zabieg powtarzaliśmy co tydzień. Guzek powinien się sukcesywnie zmniejszać, więc każdego ranka oglądałam szyję z nadzieją, że tak się stanie. Niestety. Moja szyja nadal wyglądała jak u mężczyzny. Mało tego, czasem wydawało mi się, że czuję lekkie dławienie, czasem guzek sprawiał wrażenie większego. Szwagier proponował mi kolejne zabiegi, ale już nie chciałam.
A guzek mi nie dawał spokoju. Był.
Zebrałam się w garść i poszłam do specjalisty. Zdiagnozował torbiel i zaproponował usunięcie. Zgodziłam się.
Operację przeżyłam. Przy okazji pobytu w szpitalu postanowiłam rzucić palenie i udało się.Po miesiącu było po sprawie. Została na szyi maleńka czerwona blizna, która z czasem rozjaśniła się i prawie nie było jej widać.
No i kiedyś przy kolejnym rodzinnym spotkaniu, gdy szwagier chwalił się, ile to on już raków polikwidował, ilu ludziom przywrócił zdrowie, zapytałam go ot tak, czy nie zastanawiał się, że może także ludziom wyrządzić krzywdę.
-Jak to – obruszył się.
-Ano tak – powiedziałam. Tak było ze mną, powiedziałeś mi, że ten mój guzek to rak i nastraszyłeś mnie tym nieźle. Miałeś go wyleczyć i nic, ale powiększyłeś jeszcze mój strach, że on taki groźny, ten rak. Usunęłam go chirurgicznie. Poza tym okazało się, że to zwykła, nieszkodliwa torbiel.
Reakcja na te słowa była dla mnie zaskakująca:
-Tak! – zaczął krzyczeć – bo w tobie siedzi szatan! Szatan! Czułem go gdy robiłem te zabiegi! Czułem opór!Ty specjalnie opierałaś się moim uzdrawiającym falom, żeby mi zrobić na złość. Szatan, szatan tkwi w tobie!

Szczęka mi opadła….
Popatrzyłam na niego, nie powiedziałam nic. Mąż próbował załagodzić sytuację:- Dobra, nie kłóćcie się…Próbował zmienić temat. Rozmowa się jednak nie kleiła. Szwagrostwo wizytę skrócili.

Bardzo przeżyłam tamto popołudnie. Długo się wieczorem modliłam. Czułam, że coś się dzieje niedobrego.
Mąż bagatelizował sprawę.
-Ach wiesz, jaki on jest. Jak mu coś nie wyjdzie, to zawsze inni są winni.

Zrobiła się znów długa notka.
Jutro w takim razie kolejny odcinek.

Z uwagą czytam komentarze, bo jestem ciekawa Waszych opinii.

O autorze: grazss

rozbitek z NE. I kobieta. Na razie.