Podstępna choroba…. – część trzecia

Na czym to ja skończyłam?
Aha, gdy szwagier oskarżył mnie o tego „Szatana”, który we mnie siedzi i utrudnia.

Trudno mi o tym pisać.
Bo to bolesna część mojego życia. Nie z powodu szwagra. Był, jaki był – zaszokował mnie owym oskarżeniem, ale w gruncie rzeczy to do niego pasowało – jak coś nie było tak, jak on sobie wykoncypował, to trzeba było znaleźć winnych. A niechby nawet tego szatana – bardzo wygodne wytłumaczenie.
Dla mnie był to sygnał, że coś z nim nie jest tak.
Byliśmy jednak rodziną, lubiłam jego żonę, oraz bardzo żywotne i inteligentne dzieci – byłam zresztą chrzestną jednego z nich i chociażby z tego względu starałam się, aby nasze kontakty pozostawały ciepłe. A nie było łatwo.
Bo moim małżeństwem zaczęły targać konflikty, których nie dało się załagodzić. Choroba mojego męża, która rujnowała życie naszej rodziny, osiągnęła apogeum – zostałam sama z dwójką dzieci i mężowskimi długami.
Trzeba było brać się w garść i „robić za żywiciela”. Było ciężko, ale jakoś dałam radę przy pomocy rodziny.
Wieści o szwagrze (już byłym, bo formalnie byłam po rozwodzie, a szwagier był rodziną mojego byłego męża), docierały do mnie rzadziej, bo rzadziej spotykałam się z tamtą rodziną – właściwie tylko na „Wszystkich Świętych”, bo chciałam, aby moje dzieci pamiętały o dziadkach, skądinąd pracowitych i uczciwych ludziach. I tylko od drugiej siostry mojego „byłego” dowiadywałam się, co dzieje się w rodzinie „uzdrowiciela”. Z jego żoną i niektórymi dziećmi spotykałam się na grobach – ale rozmowy były krótkie: ona opowiadała głównie o sukcesach męża i o tym , jak szykanują ich sąsiedzi (z zazdrości, rzecz jasna).
I nagle, pewnego dnia, zapowiedziawszy się przedtem (chyba telefonicznie), pojawiła się u mnie jedna z córek „uzdrowiciela”. Była załamana. Szukała ratunku („bo Ciocia jest taka pragmatyczna i może coś pomoże”).
I opowiedziała mi to, co od paru lat skrzętnie ukrywało całe rodzeństwo (to dorosłe i dorastające) – że z tatą nie mogą już sobie poradzić, bo wygaduje takie niestworzone rzeczy…..
A mama? Mama wierzy w każde słowo tatusia i denerwuje się, gdy próbują z nią porozmawiać na temat zachowania ojca.
No a najgorsze było to, że wyrzucił ich z domu (syna i córkę, którzy właśnie rozpoczęli studia w dużym mieście), ponieważ wykrył, że opanował ich szatan i ten szatan będzie niebawem kazał im zabić swojego ojca. A może i matkę.
Więc on się musi bronić. A poza tym, niech ten szatan sobie nie myśli, że go przechytrzy – on, Adam ubiegnie go i zniszczy go wcześniej.
W domu pozostawała jeszcze dwójka dzieci w wieku szkolnym i licealnym.
Ciarki przeszły mi po plecach – a co może się stać, gdy ojciec tego szatana wykryje i u tych dzieci?
Zapytałam: a jak sobie rodzice radzą finansowo?
Dostałam odpowiedź, że mama dorywczo pracuje, jako agent ubezpieczeniowy…., a ojciec ma cały czas pacjentów! Już nie tylu, co wcześniej, ale ma!
Dziwne mi się to wszystko wydawało.
Ponieważ moje relacje z tą rodziną były dobre (scysja w kwestii mojej tarczycy jakoś poszła z biegiem lat w zapomnienie) – postanowiłam wybadać sprawę osobiście. Czas naglił, bo w mojej ocenie, bezpieczeństwo tej dwójki, która mieszkała nadal z rodzicami, mogło być zagrożone, jeśli to, co usłyszałam, było prawdą.
Pojechałam tam.
Nie będę opisywać moich rozmów ze szwagrostwem – głównie słuchałam ,czasem potakiwałam, czasem wykazywałam lekkie zdziwienie, a w głębi duszy „włosy mi stawały na głowie”. Stało się dla mnie jasne, że mam do czynienia z parą ludzi nie tylko chorych psychicznie, ale także niebezpiecznych dla swoich dzieci.
Ale najbardziej zaskakujące dla mnie było to, że ona pracowała ( czyżby nikt w pracy nic nie zauważył?), a on miał jeszcze pacjentów, którzy mu chyba ufali. Bo była jakaś część ich życia, gdzie funkcjonowali normalnie. Ona coś wspominała, że w pracy pewnych tematów nie porusza, bo „tępe ludzie nie rozumieją”.
Niesamowite.
Działać trzeba było szybko, ta dwójka dzieci pod opieką takich rodziców…..
Zapytałam dorosłe dzieci, czy może by tak poprosić o pomoc księdza….
Bo w końcu szwagier religijny był, żona też, a on dodatkowo udzielał się w chórze kościelnym – miał piękny głos….
„Ciociu, to ciocia nie wie, że księdza opanował też szatan, tatuś już od kilku lat nie chodzi do kościoła. Mama również.
No tak.
Czyli pozostało sądowe ubezwłasnowolnienie obojga i przymus leczenia psychiatrycznego.
Trzeba to było przeprowadzić zaocznie, bo jakakolwiek próba rozmowy na ten temat, że może by tak poradzić się lekarza w związku z bezsennością, na którą on cierpiał …., skutkowała oburzeniem i agresją.
Cały świat był chory, zdegenerowany i opanowany przez szatana – tylko oni oboje i ta dwójka dzieci się ostali i się bronią – jako, że szatan boi się mojego szwagra i na razie nie próbuje go atakować.
Ale wiadomo : szatan, jak to szatan – nie popuści.

Odbyły się może dwie, może trzy rozprawy – bez obecności głównych zainteresowanych.
Było to bardzo bolesne i dla dzieci, które musiały zeznawać, że mamusia i tatuś zagrażają swojemu i ich życiu, oraz dla mnie, bo czułam się podle: byłam chyba jedyną osobą, która mogła wejść do ich domu i której oni w jakiś, pewnie ograniczony sposób, ufali….
Bo od czasu, gdy studiujące dzieci mnie zaalarmowały, do momentu postanowienia sądu, byłam tam kilka razy.
Sąd postanowił ubezwłasnowolnić oboje rodziców, małoletnie dzieci oddać pod opiekę najstarszej siostry, która na tę okoliczność otrzymała roczny urlop, a mamusię i tatusia wysłać na przymusowe leczenie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.
Już nie pamiętam dokładnie, jak to organizacyjnie zostało załatwione – w każdym razie pewnego dnia dzieci nie wróciły ze szkoły do domu, tylko zostały zabrane przez ich siostrę i wywiezione do wcześniej ustalonego miejsca, gdzie mogły kontynuować naukę ( a może to były akurat jakieś ferie… – nie pamiętam), a następnego dnia po rodziców miał przyjechać ambulans z sanitariuszami i kaftanami bezpieczeństwa.
Bardzo to wszystko przeżywaliśmy: i ja, i te dorosłe dzieci, które, nauczone przecież szacunku dla rodziców, stanęły przed takim trudnym zadaniem.
Postanowiłam całe odium wziąć na siebie, to znaczy, postanowiłam być tam, gdy przyjedzie ambulans i przyjąć na siebie obowiązek wyjaśnienia szwagrostwu, co i jak.
To był chyba najgorszy dzień w moim życiu: ten wzrok – nie szwagra – ale jego żony, która, gdy zorientowała się, co się kroi, zaczęła na mnie krzyczeć: Ty żmijo! Zdradziłaś nas! Więc to wszystko przez ciebie! Ukradłaś nam dzieci, a teraz i nas niszczysz!
Aha, zapomniałam wspomnieć : na godzinę przed przyjazdem ambulansu ( a było to rano), zajechałam do tego domu i szwagier, taki rozpromieniony, pokazywał mi miejsce na sofie, mówiąc: „Patrz, tu jeszcze pół godziny temu siedział Chrystus- rozmawiałem z Nim prawie całą noc”. A ona, żona, taka zachwycona całym wydarzeniem, rozpromieniona, przytakiwała mu i uzupełniała relację.
Pamiętam, że zapytałam ją, czy ona też widziała Chrystusa na tej sofie. Nie, nie widziała, bo spała, a gdy się obudziła, to już tylko ciepły ślad i wgniecenie siedziska pozostało tam, gdzie Chrystus siedział…..
Słabo pamiętam inne tematy rozmowy(a byłam tam dobrą godzinę, zanim ten ambulans…), bo myślałam właściwie tylko o jednym: jak mam im powiedzieć o tym, co za chwilę nastąpi.
I gdy zajechał ambulans i sanitariusze zadzwonili do drzwi – powiedziałam, że to po nich, że muszą jechać, bo dzieci się ich boją, a my, czyli ja i pozostałe rodzeństwo obojga też się o nich i o dzieci niepokoimy.
Nie wiem, co jeszcze mówiłam – starałam się tłumaczyć , ale oni zdaje się, nie słuchali. On mówił o szatanie, który wkradł się do ich domu, ale nic z tego, on sobie da radę, a ona krzyczała: Ty żmijo, zdradziłaś nas….
Oboje oświadczyli, że nigdzie nie jadą.
Wtedy spokojnie, ale kategorycznie poprosiłam, aby już więcej nie przynosili wstydu dzieciom i rodzinie, bo jak to będzie wyglądać, gdy sanitariusze ich wyniosą w kaftanach bezpieczeństwa…..
A to są silni mężczyźni i zrobią co do nich należy.
I, o dziwo, ten argument poskutkował.
Pozwolili się zabrać dobrowolnie.

Uffff….
Najgorsze już opowiedziałam.

Każde z nich wylądowało na innym oddziale, bo trzeba ich było rozdzielić, aby określić rodzaj i stopień zaawansowania choroby.

U niego psychiatrzy stwierdzili jakiś rodzaj schizofrenii, raczej nieodwracalny, a u niej schizofrenię, czy psychozę indukowaną, z której przy pomocy odpowiedniej terapii można wyjść.
Coś tak, jak z członkami sekty, którzy ufają bezgranicznie swojemu guru i wtapiają się w tworzoną przez niego rzeczywistość.

A tak niewinnie się zaczynało.
Najmądrzejszy na świecie tatuś, inteligentny, obdarzony przez dobrego Boga wieloma talentami, zapobiegliwa i roztropna żona, dobra matka dla piątki wspaniałych dzieci, które na koniec każdego roku szkolnego wracały do domu z świadectwami z czerwonym paskiem.
Każdego popołudnia spacer, gimnastyka, świeże powietrze, bo to zdrowo.
W niedzielę obowiązkowo Msza Święta.
Tatuś w chórku wielbił Boga….

W który momencie zaczęły się manowce?

O autorze: grazss

rozbitek z NE. I kobieta. Na razie.