Za co dziękować Benedyktowi XVI?

Za co dziękować Benedyktowi XVI?

ewapolak-palkiewicz

Ewa Polak-Palkiewicz 28.02.2013 by admin in Porządkowanie pojęć

Zakończył się pontyfikat papieża, który przywrócił do pełni praw „starą Mszę”, Mszę Święta Wszechczasów, zwaną też Mszą według rytu rzymskiego lub trydenckiego. Stało się to po raz pierwszy od roku 1966, gdy praktycznie wszedł w życie tzw. Mszał Pawła VI (zatwierdzony w 1970 roku). Według tego mszału w całym Kościele zaczęto odprawiać msze św. o zmienionym porządku liturgicznym, tzw. novus ordo missae. Benedykt XVI przywrócił Mszę trydenc-ką w 2007 roku, na mocy Listu apostolskiego, motu proprio Summorum Ponti-ficum.
Dziś, gdy Benedykt XVI opuścił na własne życzenie Stolicę Piotrową i jako „emerytowany papież” pojawił się w Castelgandolfo, o tym fakcie milczą wszy-scy komentatorzy. Milczą agencje, milczą watykaniści. Milczą ludzie Kościoła. To najwyraźniej nie jest temat, jaki może być interesujący w takiej chwili, choć jest to czas podsumowań siedmioletniego pontyfikatu. „Stara Msza”, w kontek-ście zakończenia posługi Ojca Świętego, tak jak i wcześniej, podczas jej trwania, nikogo prawie nie obchodzi.
To milczenie jest szczególnie wymowne w Polsce, kraju katolickim, gdzie setki tysięcy ludzi katolików pamięta jeszcze z własnego życia tridentinę. Ich wiara, a także wiara wielu z ich dzieci i wychowanków ukształtowana była właśnie przez nią. Wiara, powtórzmy, a nie nawyki, nie przywiązanie do zewnętrznych form, nie emocje odnoszące się do religijnych przeżyć, nie ogólne wyobrażenia o Bo-gu. Bo ryt „starej Mszy” zawiera pełnię doktryny Kościoła o zbawieniu i odkupieniu. Zawiera istotę ekskluzywizmu naszej wiary. I jest sercem życia Kościoła. Wyraża pełnię tego, w co jako katolicy wierzymy, a co nie pochodzi od ludzi. Pełnię tego, czego nie da się porównać z żadną inną doktryną religijną. I z żadnym innym kultem. Nie da się dokonać zestawienia katolicyzmu z jakim-kolwiek wyznaniem i znaleźć z nim elementy wspólne. Jeśli one istnieją, to je-dynie w wymiarze zewnętrznym, całkowicie nieistotnym. Msza rytu trydenckie-go W Kościele uznana została za świętą formę liturgii.
Tutaj, w dawnym rytuale – niezwykle precyzyjnie, jasno i mocno oddającym istotę odkupienia nas przez Chrystusa – zawarta jest pełnia duchowej i intelektu-alnej treści, której jako katolicy potrzebujemy do zbawienia.
Aleksander Grygielski Wnętrze kościoła Maryi Panny w Krakowie (1858).
Rytuał ten uznany został przez sam Kościół – a mianowicie Sobór Trydencki (1545-1563) za doskonały, nie wymagający żadnych uzupełnień i korekt. Dlate-go papież, św. Pius V, ogłosił w roku 1570 w bulli Quo Primum, że Msza św. według rytu rzymskiego może być sprawowana przez kapłanów bez żadnych przeszkód ze strony Kościoła, bez żadnych ograniczeń i kar aż do końca czasów.
Benedykt XVI po czterdziestoletniej posoborowej przerwie, tę naderwaną cią-głość w sprawowaniu Mszy trydenckiej przywrócił. Oczywiście, przez ten czas była ona w Kościele sprawowana – niestety, tylko sporadycznie. (Jan Paweł II wydał w 1988 roku specjalne pozwolenie, tzw. indult, gdzie formułowano szcze-gółowe warunki, jakie musiały być spełnione, by ją odprawiać). Do momentu wydania indultu odprawiana była regularnie tylko poza tzw. misją kanoniczną Kościoła! Od 1988 roku rzadko, na warunkach często upokarzających dla kapła-nów (zmuszanych jednocześnie do odprawiania novus ordo missae) i dla pra-gnących tej Mszy wiernych (w ramach wspólnot Ecclesia Dei). Pojedynczy ka-płani czynili to najczęściej w tajemnicy, albo wśród całkowitej dyskrecji swoje-go otoczenia. Prawie zawsze z narażaniem się na szykany ze strony przełożo-nych. Msza św. trydencka po soborze była bowiem konsekwentnie w Kościele eliminowana, a nawet – zwalczana. Benedykt XVI ogłosił powrót Mszy według rytu rzymskiego do pełni praw.
Kapłanem, który nigdy nie odprawił zmienionej po soborze watykańskim II Mszy św., novus ordo missae, był wielki święty Kościoła, Ojciec Pio.
Kiedy mówi się o Tradycji w Kościele, ma się na myśli właśnie Mszę trydencką i tradycyjne nauczanie Kościoła, ściśle oparte o Objawienie. Potwierdzone przez Urząd nauczycielski Kościoła. Niezmienne.
Przy okazji żegnania ustępującego papieża słowo „tradycja” pojawiało się w wypowiedziach oficjalnych osobistości i publicystów bardzo często, ale z reguły przyobleczone w odmienną lub tylko fragmentaryczną treść, albo też w nieja-snym i zmieniającym jej sens kontekście. Mówiono wiele np. o przywiązaniu Benedykta XVI do pism Ojców Kościoła i o jego katechezie opartej na nich, o umiłowaniu piękna w sztuce sakralnej, zwłaszcza w muzyce. O nawiązywaniu przez niego do „dawnego stylu” sprawowania liturgii. O głębi jego odczytywania Ewangelii, o tradycyjnej moralności, której bronił i zdecydowanym papieskim „nie” wobec nowej etyki dotyczącej sfery przekazywania życia i nowej koncep-cji rodziny.
Nie mówiono o istocie rzeczy.
Istotą rzeczy jest w Kościele kult Boga. Kult, który jest wynikiem zrozumienia, Kim Bóg jest oraz wyrazem posłuszeństwa i miłości do Niego.
Dlatego właśnie piękno dawnej liturgii nie ma nic wspólnego z „estetycznymi upodobaniami” ludzi Kościoła, dawnych papieży i kardynałów (choć oczywiście jest także w jakimś stopniu wykwitem dawnej kultury). Z historyzmem, sztuką i celebrowaniem przeszłości. Ma natomiast wiele wspólnego z miłością i szacun-kiem wobec Boga.
To nie sentymentalizm, nie rozmiłowanie w starym stylu kościelnym, nie „kon-serwatywne przekonania”, czy jakaś nieszczęsna i zupełnie nie katolicka przeko-ra albo zgubny, pełen pychy upór kazały grupie kapłanów skupionych wokół dwóch biskupów, Marcela Lefebvre i de Castro Mayera trwać, po soborze waty-kańskim II, przy „starej Mszy”.
Przeciwnie. Zadecydowały o tym szeroko otwarte oczy i dobra orientacja w dok-trynie religijnej Kościoła katolickiego. Zadecydowała wierność tej doktrynie. Przekonanie, że w sprawie w Kościele najświętszej, w dziedzinie Prawdy, nie wolno zawierać kompromisów z tym, co określa się eufemistycznie duchem cza-su (a co niekiedy występuje pod nazwą ducha soboru). A co stało się wygodnym narzędziem demontażu katolickiej doktryny i zmiany nauczania przez Kościół odwiecznych prawd, do czego został on przez Boga zobowiązany.
Katolicka doktryna wiary wynikająca z Objawienia i wsparta o naukę św. Tomasza z Akwinu, czyli filozofię realistyczną, jest dziedziną ścisłą. Można ją porównać do matematyki – choć nie jest matematyką. Jeśli wiadomo kim jest Bóg, wiadomo jak nauczać o Bogu, to również wiadomo, w jaki sposób od-dawać Mu cześć. W jaki sposób wykonywać to, dla czego Bóg stworzył swój Kościół. Zadaniem Kościoła jest oddawać Bogu hołd i prowadzić ludzi do zba-wienia. Nie da się tego czynić bez sprawowania sakramentów, czyli bez przywo-ływania realnej obecności Boga. Nie da się także czynić tego, bez przypominania ludziom Kim Bóg jest.
Wielkość Kościoła to nie szerokie horyzonty intelektualne duchowieństwa, ich znajomość współczesnych problemów świata, nie programy społeczne, działal-ność charytatywna, doskonałe zarządzanie strukturami, nie nakłanianie ludzi, aby żyli tak, by było im na ziemi dobrze. Nie dbanie o harmonijne współżycie różnych religii i kultur. Wielkość Kościoła polega na tym, że sprowadza on na ziemię Boga.
O tym wszystkim zapomniano podczas uroczystości pożegnalnych papieża, któ-ry jako pierwszy, od ostatniego soboru, o tym zadaniu Kościoła i o jego chwa-lebnej, nadprzyrodzonej wielkości pamiętał, i do czego samotnie nawoływał.
To prawda, Josef Ratzinger jako Benedykt XVI nigdy sam nie odprawił Mszy trydenckiej. (A może odprawił, tylko nic nam o tym nie wiadomo?) Ale za jego czasów w Watykanie codziennie sprawowane było kilkadziesiąt takich Mszy. W całym zaś świecie – tysiące. Msza Święta Wszechczasów została prawnie „uwolniona”. Ale jaka była odpowiedź ludzi Kościoła na ten wielki gest odcho-dzącego dziś papieża, w skali powszechnej?
Czy możemy sobie przypomnieć jakąkolwiek oficjalną wypowiedź na ten temat? Czy w Kościele po tej decyzji Benedykta XVI zapanowała radość? Czy wierni czegoś się o starej Mszy dowiedzieli z ambon? A może ktoś sprawował Mszę trydencką w sposób uroczysty i stało się to tematem licznych, pełnych aprobaty i wdzięczności dla Benedykta XVI komentarzy, a także dyskusji, sympozjów i konferencji w katolickich mediach i na katolickich uczelniach, poświęconych Mszy św. Wszechczasów? Czy któreś z naszych katolickich mediów z aprobatą przywitało decyzję papieża i wprowadziło czytelników w istotę zagadnienia, przedstawiając np. różnice między dawną a obecna liturgią i ich głęboki teolo-giczny sens? Nie mówiąc już o transmisji tej Mszy św?
Zapadła głucha cisza.
Gest papieża nie został zrozumiany.
A może nie został wcale przyjęty? Może prośba Ojca św., by powracać do trady-cyjnej formy liturgii została po prostu zignorowana?
Pośród dzisiejszego entuzjazmu i podziwu zawodowych komentatorów dla „kla-sy Benedykta XVI”, pośród słów najwyższego uznania dla jego intelektu, na temat powrotu tradycyjnej liturgii Kościoła nie padło ani jedno słowo.
Głównym wątkiem podsumowania stał się natomiast w mediach temat we-wnętrznego skażenia Kościoła homoseksualizmem. Zagrożenie przez „lobby homoseksualne”. I stąd „potrzeba oczyszczenia Kościoła”, jak to się ujmuje. Ten temat podsuwał m.in. nieustannie Benedyktowi XVI za czasów jego posługi w Kościele, prowadzący z nim cykliczne rozmowy – których późniejszym efektem były książki – niemiecki dziennikarz Peter Seewald. Czynił to konsekwentnie. Był monotematyczny do znudzenia. Jakby to była właśnie centralna sprawa Ko-ścioła. Jakby nie istniało w Kościele nic ważniejszego. Zagrożenie, zanieczysz-czenie, skandal, zgorszenie, molestowanie, patologia, destrukcja. Te słowa od-mieniane były przez wszystkie przypadki, wykrzykiwane, szeptane, mielone. Zalewano nimi natychmiast wszystko, co mogłoby spowodować odrodzenie rze-telnej, poważnej i dogłębnej dyskusji doktrynalnej na temat nieodzowności po-wrotu Kościoła do najbardziej godnego sprawowania kultu Boga, po okresie bezbożnych, a nawet bluźnierczych w swej istocie, liturgicznych eksperymen-tów, na jakie tylko pozwoliła wyzwolona myśl teologiczna i wyobraźnia moder-nistów w tej dziedzinie. Ta, która w okresie ostatniego soboru i już po nim zna-lazła sobie w Kościele miejsce i swobodny dostęp do umysłów duchowieństwa i katolików, których zwodzono koniecznością zasadniczej zmiany w Kościele i dostosowania się do rzekomej „nowej mentalności” ludzi i do warunków świata.
Być może Ojciec Święty w jakiejś mierze uległ temu jazgotowi. Uległ zwyczaj-nie po ludzku nieustannej psychologicznej presji. Zamiast prawdziwego wroga wiary i Kościoła – a mianowicie zniekształconej przez modernizm doktryny i uproszczonego kultu Boga, co musiało prowadzić do zamętu w umysłach ludzi wierzących, a wręcz i do zafałszowania w nich obrazu Boga – przedstawiano mu wroga zastępczego. W potocznym języku, w kolokwialnej formie, metodę tę na-zywa się dryfem. W psychologii istnieją nazwy bardziej precyzyjne.
Gdy chce się komuś uniemożliwić lub skrajnie utrudnić wypełnienie jego misji, jego najważniejszego zadania, trzeba jego umysł zająć czymś drugorzęd-nym, odpowiednio przejaskrawionym, by swoich prawdziwych zadań nigdy do końca nie wykonał. By nie starczyło mu na to sił, które wytracane są w walce z urojonym zagrożeniem, z papierowym tygrysem. I nigdy nie należy pozwalać takiemu człowiekowi, by odciął się raz na zawsze od tego ukazanego mu fałszy-wie, w zwielokrotnionych wymiarach, zastępczego tematu. Narzuca mu się go nieustannie, wciąż od nowa. Urojone lub wyolbrzymione zagrożenie trzeba pod-sycać na wielu frontach. Jest to wypróbowana i bardzo skuteczna metoda, którą stosuje się zwłaszcza wobec ludzi Kościoła, i to tych, którzy mają szczególne pole do działania, ogromny autorytet i ważną funkcję w Kościele. W ten sposób uniemożliwia im się prawidłowy osąd sytuacji i odciąga od obowiązków stanu.
Przywrócenie tradycyjnej liturgii Kościoła a wraz z nią nieskażonej błędami mo-dernizmu doktryny było najważniejszym zadaniem, przed jakim stanął w 2005 roku Josef Ratzinger. Wszystko wskazuje na to, że pragnął szczerze je wypełnić.
Zamiast trąbić o homoseksualizmie i tropić go w Kościele, trzeba było przypo-minać o konieczności powrotu do tradycyjnego nauczania na temat grzechu. Ko-ściół, który konsekwentnie ją wykłada oraz pomaga ludziom w niej wytrwać po-przez sprawowanie sakramentów, czyni to, co trzeba, także na rzecz homoseksu-alistów. Tymczasem tworzono na bieżąco nową „doktrynę”, czysto partykularną, tylko na użytek chwili. Tak, by Benedykt XVI nie mógł odetchnąć.
Homoseksualizm w Kościele to zasłona dymna – bynajmniej nie jedyna – rozpo-starta celowo, by ukryć przed ogółem katolików to, co jest prawdziwym problem Kościoła. By nie padła odpowiedź na pytanie, dlaczego Kościół popadł w sprzeczność ze sobą samym. Dlaczego zamiast jedynej prawdziwej nauki o zba-wieniu i odkupieniu głosi dziś, nikomu tak naprawdę niepotrzebne, nauki socjo-logiczne, polityczne, zabiera głos w sprawach ekonomicznych, psychologicz-nych, kulturalnych, wypowiada się na temat sportu i turystyki, prasy, radia i te-lewizji, formułując „orędzie pokoju” i zachętę do budowania „cywilizacji miło-ści”…
Powiązane wpisy:
1. Benedykt XVI abdykuje: „Dobre” złe wiadomości

O autorze: Mirosław Dakowski