Szukanie prawdy czyli niczego.

Arystoteles powiedział w IV w p.n.e. że prawda jest tym co jest. Niby nic takiego, bo koń widzi, a jednak było to genialne na owe czasy i długo służyło, choć nie uchroniło Greków od zagłady.

Niektórym z nas tak ułozyło się życie, że nie dotknęły ich wielkie tragedie, jak te greckie, z którymi trzeba się uporać i nie da się ich obejść, bo np. są królem, który musi wybrać pomiędzy wysłaniem lub nie jedynego syna, następcy tronu na wojnę, by dać przykład niechętnemu ludowi, kiedy wróg stoi u bram.  Ale są i mniejsze tragedie, np. takie, kiedy córka zakochała się w narkomanie i chce mieć z nim dzieci. Jak postąpić? Co wybrać,  jak uporać się z nieugiętą wolą drugich, lub naszym oszalałym umysłem, przeskoczyć to, co musi się stać  i odwrócić ”los”?  ”Jest to co jest” jakby już nie wystarczy, szukamy czegoś więcej i to ”więcej” nie znajduje się już w przestrzeni praw materii, ale ducha. I tu zaczynają się schody, bo nic co TU nam znane, nie jest takie TAM.

Mam przyjaciółkę z którą bardzo się lubimy, jednak nasze stosunki oziębły do tego stopnia, że odwiedzamy się bardzo rzadko, raz do roku, a czasem rzadziej. Basia urządzała kiedyś wspaniałe przyjęcia z atmosferą, mieszkanie było wypełnione zapachem kwiatów i kadzideł, dyskretne światła oświetlały orientalne potrawy o zaskakującym smaku i wyglądzie ułożone na blatach i stoliczkach by nie były wiodącym akcentem,  nie przeszkadzały rozmowom toczonym w grupkach, które wymieniały się swobodnie. Piękni i zadbani gospodarze obdarzali serdecznym uśmiechem ludzi kultury i sztuki (Basia jest malarką, buddystką), przychodzili też ludzie z ”Piwnicy”, aktorzy i dziwacy, rozmawiano o literaturze, medycynie chińskiej, cytowano buddyjskie mądrości i nigdzie nie było ani jednego ”żyda”, był natomiast wstrętny komunizm, który niedługo się skończy. Wpadano też do siebie na herbatki, o każdej porze dnia i nocy.  Krakowscy buddyści sprowadzili do Krakowa mistrza Seung San na cykl spotkań,  wydali znakomitą i fascynującą  książkę z jego międzynarodowych spotkań i listów „Strzepując popiół na Buddę”, spisali też zakopiańskie wykłady znakomitego znawcy medycyny i dietetyki chińskiej, hiszpana Claude Diolosy, które były naszą biliią medyczną. Spierałam się z nimi wtedy o chrześcijaństwo, ale moja wiedza na owe czasy była żadna, bazowałam raczej na pewności wyniesionej z domu. Pokonywali mnie argumentami, a ja by ich zrozumieć, wzięłam się w końcu za studiowanie tych pism, a potem pism naszej religii, by im niezbicie wykazać błąd, bo przecież Bóg nie mógł się pomylić. Zajęło mi to resztę życia.

Wtedy byliśmy młodzi, piękni, lubiliśmy się i całe życie było przed nami. Potem zaczęły się tragedie osobiste, ludzie się rozwodzili, część wyjechała i nie znaleźli szczęścia w obcych krajach, niektórzy popadli w narkomanię, alkoholizm,  wyszły na wierzch nienaturalne upodobania seksualne, rodziły się dzieci w tych nieszczęsciach, doszły kłopoty materialne, kłótnie, rozstania, sądy, wszystko się podzieliło. Buddyzm nie dawał lekarstwa na te plagi. A ja nadal, pomiędzy i moimi nieszczęściami i obowiązkami, ”szukałam gdzie jest prawda” , czytałam, rozmyślałam, potem modliłam, a jeszcze później usiłowałam dawać rady zbolałym narratorom  problemów,  nawracać, ale nikt już nie chciał tego słuchać, skupiając się obsesyjnie na swojej biedzie, jakby ona była jakąś wartością finalną, bez wyjścia na zewnątrz problemu, by nabrać emocjonalnego i intelektualnego dystansu i znależć jakieś dobro , lub sens w tym opłakanym stanie.  Nie było już komu pytać, ani odpowiadać, choć ja miałam już wszystkie katolickie odpowiedzi na buddyjskie pytania. Zostałam siłą rzeczy jedyną katoliczką na placu boju, nawet przyjaciele katolicy odpadli od wiary, ale i buddyści od buddyzmu, bo  modlitwy ”nie były wysłuchiwane” , a medytacje nie skutkowały spokojem i rozwiązaniami. Zycie nas przerastało.  Stało się tak, że wszyscy wszystkim mówili o swoich nieszczęściach, sytuacjach patowych i bez dobrego wyjścia i nie wierzyli w rozwiązania, nie mieli nadziei, uschła też miłość. Było jedno wielkie cierpienie i śmierć wszystkiego, i nic nie mogło tego odwrócić.

W tej sytuacji niektórzy wybrali gorzkie milczenie i skupienie się na sprawach ciała. Kobiety się malowały, obwieszały biżuterią, stroiły mieszkania, mężczyźni robili jakieś interesy, ale nic nie było już takie same. W powietrzu wisiał smutek i brak życia, smierć.

Kilka dni temu byłam z przyjaciółką ze studiów u Basi. Przyjaciółka zajmuje się ”sprzedażą bezpośrednią” amerykańskich  kosmetyków i wymusiła to na mnie. Basia ucieszyła się niezmiernie na moje szczere suszenie zębów. Właściwie wiedziałam co będzie- było nareszcie cudownie, bo zajmowałyśmy się cerą, robiłyśmy maseczki, Gosia rozpakowała swoje oszałamiająco kolorowe kosmetyki w kosmicznych opakowaniach. Basia powiedziała;- Ach, jak tęskniłam za tobą, wczoraj była Iwonka i stwierdziłyśmy obie, że bardzo za tobą tęsknimy, ale bez tej wstrętnej polityki i religii na którą się uwzięłaś, a dziś znowu jesteś taka jak dawniej. Pomyślałam sobie, że nie będę psuć Gośce interesu, bo bym miała już we wszystkich wrogów i nic by to upieranie się nie dało, bo już tysiąc razy próbowałam. Było mi więc w środku smutno. Wyrzekłam się siebie i prawdy, by im było …miło, jak alkoholikowi przy butelce.

 

O autorze: circ

Iza Rostworowska