Miłość małżeńska i nie tylko

Miłość małżeńska nie może być tylko wypełnianiem obowiązków. Nie ma racji ktoś, kto mówi, że jedno ma miłować drugie, obdarzać je „serdeczną uwagą”, a drugie może poprzestać tylko na obowiązkach albo tylko na serdecznej uwadze. Jest to forma herezji.

Miłość na ziemi jest nauką miłości do Boga. Różnice między mężczyzną a kobietą w małżeństwie, tak jak między Chrystusem i Kościołem – oblubienicą, sprawiają, że miłość jednego nie równa się miłości drugiego. Są różne odcienie miłości i różne sposoby jej wyrażania. Ale pewne jest to, że miłość ludzka musi wzrastać. Miłość jest żywa, a co żywe, rozwija się. Miłość ma ogarniać coraz szerszy zakres ludzkiego życia, koncentrując się na tym, kto jest nam na ziemi bezpośrednio powierzony. Kiedy miłość wzrasta, nie przenosi się gdzie indziej, na inne centrum, ale z centrum promieniuje na cały świat (chyba, że to centrum jest nam przez Boga odebrane). Dlatego mąż, który obrał sobie żonę, kocha ją z każdym dniem coraz bardziej, a tym samym coraz lepiej spełnia posługę ojca, sąsiada, patrioty, apostoła miłości na cały świat. Podobnie jest z żoną. Celem jest przecież zjednoczenie miłości ludzkiej z miłością Bożą, niedoścignioną naszymi siłami.

Nie można więc poprzestać na żadnym partykularnym sposobie wyrażania i realizowania miłości w naszym życiu – ma się ona docelowo objawiać we wszystkich naszych działaniach, słowach, myślach – tak jak to będzie miało miejsce w Niebie u boku Tego, którego miłość jest nieskończona. Ograniczanie miłości na ziemi do drugiego człowieka jest dobrowolną rezygnacją z łaski Bożej. Jeśli żona lub mąż nie „odczuwają” miłości, sami ponoszą za to odpowiedzialność, a nieraz jest to pustynia duchowa, którą On nam daje w darze. Jeśli naprawdę chcemy kochać, On nauczy nas tego w każdych warunkach, nawet w najcięższych przeciwnościach, nawet wobec braku wzajemności. Ktoś powie, że człowiek nie jest przeznaczony do cierpienia? O tym nie człowiek sam decyduje, a „moc w słabości się doskonali”, „złoto oczyszcza się w ogniu” i w końcu „niech każdy weźmie swój krzyż”. Małżeństwo jest przecież krzyżem, który dobrowolnie bierzemy na barki z drugim człowiekiem. W krzyżu tym jest cierpienie, ale przecież nie braknie i słodyczy, która to cierpienie przezwycięża. Nigdy nie wiemy, jak ciężki będzie krzyż, który dane nam będzie dźwigać – może i jakby samemu – ale nie ma takiego krzyża na świecie, którego Chrystus nie dźwigałby z nami.

Dlatego powtarzam, że nie można w żadnym wypadku zgodzić się z twierdzeniem, że którekolwiek z małżonków ma prawo w jakikolwiek sposób ograniczać swoją miłość. Jeśli ślubowało miłość, wierność i uczciwość aż do śmierci, to musi w tym wytrwać, co jest wiernością, wzrastać, co jest miłością i starać się z całych sił, co jest uczciwością. To wszystko jest nierozerwalne i obowiązuje bezwarunkowo zarówno męża, jak i żonę w każdym czynie, myśli i słowie. Kto by temu zaprzeczał, za mało jest wierny, uczciwy i miłujący wobec Boga samego.

O autorze: space