WYBÓR DWUNASTU APOSTOŁÓW – Maria Valtorta – Poemat Boga – Człowieka

25. WYBÓR DWUNASTU APOSTOŁÓW [por. Mt 10,1-4; Mk 3,13-19; Łk 6,12-16]

Napisane 16 maja 1945. A, 5049-5060

Brzask bieli góry i wydaje się łagodzić to dzikie wzniesienie, na którym słychać jedynie odgłos strumienia, pieniącego się w dole. Dźwięk ten odbija się po górach wypełnionych grotami, wydając szczególny odgłos. Tam, gdzie zatrzymali się na modlitwę, słychać jedynie nieśmiały szmer w listowiu i w trawie: pierwsze przebudzone ptaki i ostatnie nocne zwierzęta, umykające do kryjówek. Kilka zajęcy lub dzikich królików, które właśnie skubią od dołu krzew morwowy, ucieka w przerażeniu na odgłos toczącego się kamienia. Potem podchodzą nieśmiało. Podnoszą uszy, nasłuchując najmniejszego dźwięku. Widząc, że wszystko jest spokojne, powracają do swego krzaka. Rosa zwilża wszystkie listki i każdy kamień. Las wydziela silny zapach mchu, mięty i majeranku.

Rudzik zeskakuje na brzeg groty, której za dach służy wystający odłamek [skały]. Porusza głową, trzymając się prosto na swoich łapkach, gotowy do ucieczki. Zagląda do środka, patrzy na ziemię, wydaje swoje “ćwir, ćwir”, pytające i… spragnione okruszków chleba leżących na ziemi, do których jednak nie odważa się podfrunąć. Zeskakuje dopiero na widok wielkiego kosa, który go uprzedza, zbliżając się podskokami z ukosa – śmieszny ze swym szelmowskim wyglądem i profilem starego notariusza, któremu brak do całości jedynie okularów. Rudzik posuwa się za śmiałym paniczem, który od czasu do czasu zanurza swój żółty dziób w wilgotnej ziemi w poszukiwaniu… “wykopaliskowego” jedzenia. Potem idzie naprzód po swoim “ćwir” lub krótkim, istnie łobuzerskim gwiździe. Rudzik przełyka okruszki i staje zaskoczony, widząc, że kos – wszedłszy spokojnie do cichej groty – wychodzi z niej z kawałkiem sera, którym uderza o kamień, aby go rozbić na mniejsze cząstki i przyrządzić sobie wystawny posiłek. Potem powraca do środka. Rzuca zalęknione spojrzenie i nie znajduje nic więcej. Wydaje piękny kpiący gwizd i odfruwa, kończąc śpiew na wierzchołku dębu, którego szczyt wynurza się w lazurze poranka. Rudzik także odfruwa z powodu hałasu, jaki dochodzi z wnętrza groty… Pozostaje na delikatnej gałązce, zwisającej w powietrzu.

Jezus podchodzi do wejścia i kruszy chleb, przyzywając łagodnie ptaki modulowanym dźwiękiem, dobrze naśladującym świergot licznych małych ptaszków. Potem odsuwa się i idzie wyżej. Staje nieruchomo przy skalnej ścianie, by nie przestraszyć Swych przyjaciół nadchodzących żywo: najpierw rudzika, a potem innych, licznych, różnych gatunków. Myślę – bo takie mam doświadczenie – że zwierzęta, nawet najbardziej nieufne, podchodzą do tych, w których instynktownie wyczuwają obrońców, a nie – do nieprzyjaciół. Znieruchomienie Jezusa bądź Jego spojrzenie sprawiają, że po jakimś czasie ptaszki skaczą w odległości kilku centymetrów od Niego. Rudzik, już syty, frunie ponad skałę, o którą opiera się Jezus, czepia się małej odnogi powojnika i huśta się nad głową Pana, jakby miał zamiar usiąść na niej lub na ramieniu. Posiłek skończony. Słońce złoci szczyty gór, a następnie najwyższe gałęzie krzewów, podczas gdy dolina jest jeszcze cała pogrążona w bladym świetle poranka. Ptaki, zadowolone i nasycone, odfruwają ku słońcu i śpiewają całymi gardziołkami.

«A teraz idźmy obudzić Moje inne dzieci» – mówi Jezus.

Schodzi, bo Jego grota jest położona najwyżej. Idąc od jednej do drugiej groty wzywa po imieniu dwunastu śpiących.

Szymon, Bartłomiej, Filip, Jakub, Andrzej odzywają się natychmiast. Mateusz, Piotr i Tomasz są wolniejsi w odpowiedzi. Juda Tadeusz idzie na spotkanie Jezusa zaraz, gdy tylko widzi Go na progu, już gotowy i przebudzony. Tymczasem drugi kuzyn oraz Iskariota i Jan śpią twardo, tak że Jezus musi nimi potrząsać na ich posłaniach z liści, aby się przebudzili.

Jan, wołany jako ostatni, śpi tak głęboko, że nie zdaje sobie sprawy, Kto go wzywa. Zamroczony snem szepcze, jeszcze w półśnie:

«Tak, mamo, zaraz wstanę…»

Potem odwraca się. Jezus się uśmiecha, siada na posłaniu z liści nazbieranych w lesie. Pochyla się i całuje w policzek Swego Jana, który otwiera oczy i nieruchomieje jak posąg na widok Jezusa. Siada nagle i mówi:

«Potrzebujesz Mnie? Oto jestem.»

«Nie. Obudziłem cię, jak wszystkich pozostałych. Jednak ty wziąłeś Mnie za swoją mamę. Pocałowałem cię więc, jak to robią mamy.»

Jan ma na sobie jedynie spodnią szatę, bo wierzchnią i płaszczem był przykryty. Tuli się do szyi Jezusa i chroni głowę między Jego ramieniem a policzkiem mówiąc:

«O! Ty jesteś kimś więcej niż matka. Ty!… Ją opuściłem dla Ciebie, lecz Ciebie nie opuściłbym dla niej! Ona zrodziła mnie dla ziemi, lecz Ty rodzisz mnie dla Nieba. O! Wiem o tym!»

«Cóż wiesz więcej od innych?» [ – pyta Jezus.]

«To, co Pan powiedział mi w tej grocie. Widzisz, nigdy nie przyszedłem do Ciebie. Myślę, że towarzysze powiedzieliby, że to obojętność i pycha. Jednak to, co oni myślą, nie obchodzi mnie. Wiem, że Ty znasz prawdę. Nie przychodziłem do Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Wcielonego, lecz [szedłem] ku Temu, kim Ty jesteś w łonie Ognia, którym jest Wieczna Miłość Trójcy Przenajświętszej – Jej Natura, Jej Istota, Jej prawdziwa Istota. O! Nie umiem wypowiedzieć wszystkiego, co pojąłem w tej ciemnej grocie. Była mroczna, lecz stała się dla mnie tak pełna światła! W tej zimnej kryjówce płonąłem ogniem nie mającym kształtu, który zstąpił w głąb mojej istoty i rozpalił mnie słodką męką. Ta bezgłośna jaskinia śpiewała mi prawdy niebiańskie o tym, kim Ty jesteś: Drugą Osobą niewysłowionej Tajemnicy, którą jest Bóg. Przeniknąłem ją, bo sam Bóg natchnął mnie, a ja zawsze miałem Go w sobie. I wszystkie moje pragnienia, moje łzy, wszystkie moje prośby złożyłem w Twym Boskim łonie, Słowo Boże. Pomiędzy tak licznymi słowami, które usłyszałem od Ciebie, nigdy nie było słowa tak głębokiego, jak to, które mi tutaj powiedziałeś, Ty – Syn Boga; Ty – Bóg jak Ojciec; Ty – Bóg jak Duch Święty; Ty, który jesteś jądrem Bożej Trójcy… O! Być może bluźnię! Ale wydaje mi się, że to tak jest, bo gdyby nie było Ciebie i Miłości pochodzącej od Ojca i Miłości powracającej do Ojca, zabrakłoby Miłości, Boskiej Miłości. Wtedy Boskość nie byłaby już Trynitarna i zabrakłoby Jej cechy najwłaściwszej Bogu: Jego Miłości! O! Jest we mnie tak wiele… lecz to jak woda, która burzy się z powodu zapory, lecz nie może wypłynąć… Wydaje mi się, że umieram, tak gwałtowne i wzniosłe jest poruszenie, które zstąpiło w moje serce, odkąd Cię pojąłem… Jednak za nic w świecie nie chciałbym być od tego uwolniony… Daj mi umrzeć z tej miłości, mój słodki Boże!»

Jan śmieje się i płacze, rozpłomieniony, rozpalony miłością. Spoczywa na piersi Jezusa, jakby ten żar go wyczerpywał. Jezus głaszcze go, płonąc również miłością.

Jan ochłonął pod wpływem pokory, której fala skłania go do błagania:

«Nie mów innym tego, co Ci powiedziałem. Z pewnością oni także mogli żyć Bogiem, jak ja to przeżywałem przez te dni. Połóż jednak na mojej tajemnicy kamień milczenia.»

«Bądź spokojny, Janie. Nikt nie pozna twoich zaślubin z Miłością. Ubierz się. Musimy odejść.»

Jezus wychodzi na ścieżkę, na której już znajdują się inni. Twarze ich stały się poważne, bardziej skupione. Najstarsi wyglądają jak patriarchowie. Młodzi mają [w sobie] coś dojrzałego, dostojnego, co wcześniej zakrywała młodość. Iskariota patrzy na Jezusa z nieśmiałym uśmiechem na twarzy, na której widać ślady łez. Jezus, przechodząc, głaszcze go. Piotr… nie odzywa się. To u niego tak dziwne, że zaskakuje bardziej niż jakakolwiek inna przemiana. Patrzy uważnie na Jezusa z nową godnością, która wydaje się powiększać czoło na skroniach nieco odsłoniętych i czyni poważniejszymi oczy, w których był dotąd błysk dowcipu. Jezus woła go i zatrzymuje przy Sobie, czekając na wyjście Jana. Nie umiem powiedzieć, czy jego oblicze jest bledsze czy bardziej zaróżowione, lecz płonie na nim ogień, który – choć nie zmienia koloru jego twarzy – staje się widoczny. Wszyscy na niego patrzą.

«Chodź tu, Janie, blisko Mnie, i ty także, Andrzeju, i ty, Jakubie, synu Zebedeusza. Również ty, Szymonie, ty, Bartłomieju, Filipie, i wy, Moi bracia, i ty, Mateuszu. Judaszu, synu Szymona – tu, naprzeciw Mnie. Tomaszu, chodź tutaj. Siądźcie. Muszę wam coś powiedzieć.»

Siadają spokojni jak dzieci, wszyscy nieco pochłonięci swym wewnętrznym światem, a jednak skupieni jak nigdy dotąd na Jezusie.

«Czy wiecie, co wam uczyniłem? Wiecie to wszyscy. Wasza dusza powiedziała to waszemu rozumowi. Dusza w tych dniach była królową. Pouczyła rozum o dwóch wielkich wartościach: o pokorze i milczeniu – dziecku pokory – oraz o roztropności. [Te cnoty są] córkami miłości.

Przed zaledwie ośmioma dniami przybyliście tutaj. Jak dzielne dzieci, które chcą zadziwiać i przewyższyć swego rywala, mówiliście o waszej odwadze, o waszej nowej wiedzy. Teraz milczycie. Z dzieci staliście się młodzieńcami. Już wiecie, że mówieniem moglibyście zadręczyć towarzysza – który być może został mniej obdarowany przez Boga – i milczycie. Jesteście jak dziewczynki, które wyszły z wieku dziecięcego. Zrodziła się w was święta wstydliwość wskutek przemian, jakie ukazała wam tajemnica zaślubin dusz z Bogiem. Te groty w pierwszym dniu wydawały się wam zimne, wrogie, odpychające… Teraz patrzycie na nie jak na weselne komnaty, pachnące i oświetlone. W nich poznaliście Boga. Przedtem wiedzieliście coś o Nim, lecz Go nie znaliście w sposób bliski, który z dwóch czyni jedno. Pomiędzy wami są mężowie żonaci od wielu lat; są inni, którzy mieli z niewiastami zwodnicze związki; jest kilku, którzy z różnych przyczyn wytrwali w czystości. Ci, którzy byli wstrzemięźliwi, wiedzą teraz, czym jest miłość doskonała, jak dowiedzieli się o tym żonaci. I nawet mogę powiedzieć, że nikt nie wie lepiej, czym jest miłość doskonała, od tego, kto nie poznał pragnienia ciała. Bóg bowiem objawia się dziewicom w całej Swej pełni dla radości, którą odczuwa dając Siebie temu, kto jest czysty, odnajdując coś z Samego Siebie, Najczystszego, w stworzeniu wolnym od rozwiązłości, dla wynagrodzenia mu tego, czego ono siebie pozbawia z miłości do Niego.

Zaprawdę powiadam wam, że z powodu miłości, jaką mam do was, i z powodu mądrości, jaką posiadam, gdybym nie miał obowiązku wypełnienia dzieła Ojca, chciałbym was tu zatrzymać i pozostawać z wami, w odosobnieniu, pewien, że w ten sposób uczynię was szybko wielkimi świętymi, już bez błądzenia, bez zdrad, bez upadków, bez opóźnień i cofania się wstecz. Jednak nie mogę [tak postąpić]. Ja muszę iść i wy musicie iść. Świat czeka na nas: bezbożny i odrywający od Boga świat, który potrzebuje nauczycieli i odkupicieli. Chciałem dać wam poznać Boga, abyście Go kochali bardziej niż świat, który wraz ze swymi przyjemnościami nie daje tyle, ile jeden Boży uśmiech. Chciałem sprawić, byście rozmyślali nad tym, czym jest świat, i nad tym, kim jest Bóg, abyście pragnęli tego, co jest lepsze. W tej chwili pragniecie jedynie Boga. O! Gdybym mógł zatrzymać wasz wzrok na tej godzinie, na tym gorącym pragnieniu! Jednak świat na nas czeka. I my pójdziemy do czekającego na nas świata. W imię świętej Miłości: jak Ona wysłała Mnie na świat, tak Ja was posyłam Moim poleceniem do świata. Jednak błagam was! Zachowujcie w waszym sercu, jak perłę w szkatule, skarb tych dni, w których przypatrywaliście się sobie, pielęgnowali się i podnosili, przyoblekali i jednoczyli z Bogiem. Zachowujcie i strzeżcie te drogocenne wspomnienia w sercach jak kamienie świadectwa wzniesione przez Patriarchów na pamiątkę przymierza z Bogiem.

Począwszy od dziś, nie jesteście już [tylko] Moimi szczególnie umiłowanymi uczniami, lecz apostołami stojącymi na czele Mego Kościoła. Od was wywodzić się będą na przestrzeni wieków wszystkie [stopnie] hierarchiczne. Nazwie się was nauczycielami mającymi za Nauczyciela waszego Boga w Jego potrójnej mocy, mądrości i miłości. Nie wybrałem was dlatego, że najbardziej na to zasługiwaliście. Uczyniłem to z powodu splotu przyczyn, których nie musicie teraz znać. Wybrałem was na miejsce pasterzy, którzy są Moimi uczniami od czasu, gdy byłem kwilącym [Niemowlęciem]. Dlaczego to zrobiłem? Bo dobrze było tak uczynić. Pomiędzy wami są Galilejczycy i Żydzi, wykształceni i nie posiadający wiedzy, bogaci i ubodzy. To dla świata, aby nie mówiono, że miałem upodobanie w jednej kategorii [ludzi]. Jednak wy nie podołacie wszystkiemu, co jest do zrobienia – ani teraz, ani później.

Nie wszyscy pamiętacie pewien fragment Pisma. Przypomnę wam. W drugiej Księdze Paralipomeny, w dwudziestym dziewiątym rozdziale, jest mowa o tym, jak Ezechiasz, król Judy, oczyścił Świątynię. Po oczyszczeniu nakazał złożyć ofiary za grzechy, za królestwo, za świątynię i za Judę, a potem rozpoczął ofiarę indywidualną. Nie wystarczało kapłanów do składania ofiar, dlatego wezwano na pomoc lewitów, konsekrowanych rytem krótszym niż kapłani.

To właśnie uczynię. Wy jesteście kapłanami, których Ja, Najwyższy Wieczny Kapłan, przygotowywałem długo i troskliwie. Zbyt mało jednak was będzie, aby podejmować coraz większe ofiary indywidualne dla Pana, ich Boga. Łączę was więc z uczniami, którzy pozostają uczniami: z tymi, którzy oczekują was u stóp góry; z tymi, którzy są już bardziej wyniesieni, którzy rozeszli się po ziemi izraelskiej, a potem zostaną rozproszeni po wszystkich krańcach ziemi. Im zostaną powierzone podobne zadania, bo misja jest jedna. Świat będzie ich oceniał odmiennie, ale nie Bóg, który jest sprawiedliwy. I tak [żyjący] w cieniu, nie znany apostołom i współbraciom uczeń – który będzie żył w świecie, prowadząc do Boga dusze – będzie większy niż znany apostoł, który ma z apostoła tylko imię i poniża apostolską godność, realizując ludzkie cele.

Obowiązki apostołów i uczniów będą zawsze obowiązkami kapłanów i lewitów Ezechiasza: sprawować kult, niszczyć bałwochwalstwo, oczyszczać serca i miejsca, głosić Pana i Jego Słowo. Nie ma na ziemi zadania bardziej świętego, bardziej godnego ani bardziej wzniosłego niż wasze. To dlatego powiedziałem wam: “Wsłuchujcie się w siebie, badajcie siebie”. Biada apostołowi, który upada! Pociąga za sobą wielu uczniów, a ci – jeszcze większą liczbę wiernych. To zniszczenie rośnie coraz bardziej jak lawina lub jak krąg, rozchodzący się po całym jeziorze, gdy rzuci się kamieniem w jedno miejsce.

Czy będziecie całkiem doskonali? Nie. Czy duch tej godziny będzie trwał? Nie. Świat wyciągnie szpony, by zadusić wasze dusze. Oto jakie będzie zwycięstwo świata: pięciu będzie synami szatana, trzech jego niewolnikami, u pozostałych dwóch – obojętność na Boga zgasi światło w sercach świętych. Brońcie siebie przed samymi sobą, przed sobą nawzajem, przed światem, przed ciałem, przed demonem. Jednak przede wszystkim brońcie się przed sobą. Brońcie się, o dzieci, przed pychą, zmysłowością, obłudą, oziębłością, duchowym letargiem, przed skąpstwem! Kiedy niższe ja odzywa się i użala ponosząc jakoby okrutne szkody, każcie mu milczeć i powiedzcie: “Za tę chwilę wyrzeczenia, którą ci daję, zapewniam ci na wieczność ucztę w takiej ekstazie, jak w grocie przy końcu miesiąca Szebat”.

Chodźmy. Chodźmy na spotkanie innych osób, które w wielkiej liczbie oczekują Mojego nadejścia. Potem pójdę na kilka godzin do Tyberiady, a wy – głosząc Mnie publicznie – będziecie na Mnie czekać u stóp góry na drodze prowadzącej od Tyberiady do morza. Przyjdę tam i wejdę na górę, aby nauczać. Zabierzcie torby i płaszcze. Pobyt tutaj się skończył i wybór został dokonany.»

17.05.1945. Mówi Jezus:

«Nie czujesz się dobrze, pozostawiam cię więc w spokoju. Pozwalam ci tylko zauważyć, jak może zmienić wszystko jedno zdanie opuszczone lub jedno słowo źle przepisane. I ty, pisząc, bądź uważna, bo możesz natychmiast naprawiać. Pomyśl więc i zrozum, że dwadzieścia wieków mogło pozbawić [was wielu] fragmentów Ewangelii, nie niszcząc doktryny, lecz utrudniając zrozumienie Ewangelii apostołów. Nasze dzieło – przez które sięgamy do początków i odkrywamy ponadto wysiłek Nieporządku – wyjaśnia wiele spraw i jest użyteczne dla synów Nieporządku z wielu innych powodów. Widzisz, jak łatwo można popełnić błąd przy przepisywaniu… Dość na dzisiaj, mały Janie… Jesteś złamanym kwiatem. Przyjdę później, aby naprawić twoją łodygę. Dziś potrzebuję łez twojej rany. Bóg jest z tobą.»

http://www.voxdomini.com.pl/valt/valt/v-03-025.htm

Przekład i wyłączne prawa do tekstu: “Vox Domini”

O autorze: Judyta