Słowo Boże na dziś – 25 lutego 2015r. – środa – siódmy dzień postu

Myśl dnia

Jeśli wciąż biegasz i brakuje ci czasu, zatrzymaj się i zobacz, że nie wszystko zależy od ciebie.

Wojciech Kuzioła

ŚRODA I TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

PIERWSZE CZYTANIE  (Jon 3,1-10)

Nawrócenie sprowadza miłosierdzie Boże

Czytanie z Księgi proroka Jonasza.

Pan przemówił do Jonasza po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Niniwy, wielkiego miasta, i głoś jej upomnienie, które Ja ci zlecam”.
Jonasz wstał i poszedł do Niniwy, jak Pan powiedział. Niniwa była miastem bardzo rozległym, na trzy dni drogi. Począł więc Jonasz iść przez miasto jeden dzień drogi i wołał, i głosił: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa zostanie zburzona”.
I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i oblekli się w wory od największego do najmniejszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Wstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, oblókł się w wór i siadł na popiele. Z rozkazu króla i jego dostojników zarządzono i ogłoszono w Niniwie to, co następuje:
„Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech obloką się w wory, niech żarliwie wołają do Boga. Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami. Kto wie, może się odwróci i ulituje Bóg, odstąpi od zapalczywości swego gniewu, a nie zginiemy ?”
Zobaczył Bóg czyny ich, że odwrócili się od swojego złego postępowania. I ulitował się Bóg, i nie zesłał niedoli, którą im zagroził.

Oto słowo Boże.

PSALM RESPONSORYJNY  (Ps 51,3-4.12-13.18-19)

Refren: Sercem skruszonym nie pogardzisz, Panie.

Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, *
w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość.
Obmyj mnie zupełnie z mojej winy *
i oczyść mnie z grzechu mojego.

Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste *
i odnów we mnie moc ducha.
Nie odrzucaj mnie od swego oblicza *
i nie odbieraj mi świętego ducha swego.

Ofiarą bowiem Ty się nie radujesz *
a całopalenia, choćbym dał, nie przyjmiesz.
Boże, moją ofiarą jest duch skruszony, *
pokornym i skruszonym sercem Ty, Boże, nie gardzisz.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ  (Jl 2,13)

Aklamacja: Chwała Tobie, Słowo Boże.

Nawróćcie się do Boga waszego,
On bowiem jest łaskawy i miłosierny.

Aklamacja: Chwała Tobie, Słowo Boże.

EWANGELIA  (Łk 11,29-32)

Znak proroka Jonasza: śmierć i zmartwychwstanie

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza.

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić:
„To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia.
Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon.
Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz”.

Oto słowo Pańskie.

 

*************************************************************************************************************************************

KOMENTARZ

 

Boży posłańcy

Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy. Jezus dla tych, do których został posłany. Każdy chrześcijanin jest zaproszony do tego, aby poprzez swoje życie był znakiem miłości Boga do człowieka. Wieki Post jest czasem refleksji nad własnym życiem. Może wkradło się w nie coś, co oddala mnie od Boga albo nie pozwala, aby inni przeze mnie Go poznali. Mieszkańcy Niniwy nawrócili się dzięki nauczaniu Jonasza, choć wydawało się, że zbytnio oddalili się od Boga i zasługują już tylko na karę. Bóg tak łatwo z nas nie rezygnuje. Wciąż posyła do nas ludzi, którzy pomogą nam powrócić na właściwą ścieżkę. Obyśmy ich przyjęli.

Panie, Ty wiesz, że moje serce czasem potrafi być zatwardziałe. Daj mi łaskę, która je skruszy i otworzy na Ciebie, tak abym przyjął Twoją odradzającą miłość i stał się jej świadkiem wśród ludzi.

Rozważania zaczerpnięte z „Ewangelia 2015”

Autor: ks. Mariusz Krawiec SSP
Edycja Świętego Pawła

http://www.paulus.org.pl/czytania.html
********
Św. Klemens Aleksandryjski (150 – ok. 215), teolog
Zachęta, rozdz. 10

„Dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz”

Okażmy skruchę, odwróćmy się od niewiedzy do prawdziwego poznania, od szaleństwa do mądrości, od niesprawiedliwości do sprawiedliwości, od bezbożności do Boga. Jak wielkie dobra z tego wynikają, sam Bóg o tym mówi u Izajasza: „Takie będzie dziedzictwo sług Pana” (54,17). Nie złoto ani srebro, ani to, co niszczy mól i kradnie złodziej (Mt 6,19), ale bezcenny skarb zbawienia… Otrzymujemy to dziedzictwo dzięki odwiecznemu testamentowi Boga, który nas zapewnia o swoich darach. Ten Ojciec, który nas czule kocha, nie przestaje nas nawoływać, pouczać, kochać i zbawiać. “Sprawiedliwi bądźcie”, mówi Pan. “O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy. Kupujcie i spożywajcie, bez pieniędzy (Iz 55,1). Zaprasza nas do oczyszczającej kąpieli, do zbawienia i oświecenia… Święci Pańscy odziedziczą chwałę Boga i jej moc, której “ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1Kor 2,9)…

Wy otrzymaliście boską obietnicę łaski, a z drugiej strony usłyszeliście groźby kary: to są dwie drogi, przez które zbawia Pan… Dlaczego się spóźniamy? Dlaczego nie przyjmujemy Jego daru, wybierając to, co najlepsze? … „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście” (Pwt 30,15). Pan pragnie cię zachęcić do wyboru życia, radzi ci jak ojciec…

Komu Pan powie: „Do was należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3)? Należy do was, jeśli tego pragniecie, kiedy wybierzecie Boga. Należy do was, jeśli tylko zechcecie wierzyć i przestrzegać podstaw przesłania, jak Niniwici, którzy wysłuchali proroka i otrzymali, dzięki ich szczerej skrusze, piękne zbawienie zamiast zniszczenia, które im groziło.

*****************

Kilka słów o Słowie 25 II 2015

Michał Legan

http://youtu.be/_dxnCJvhoMM
***********

#Ewangelia: Mamy dowód Miłości

Mieczysław Łusiak SJ

(fot. Thomas Quine / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: “To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia.
Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz”.

 

Komentarz do Ewangelii

 

Chyba wszyscy pragniemy dowodów miłości. I mamy do tego prawo. Wszak wszyscy mamy mniejszy lub większy deficyt miłości, a nie da się go zlikwidować bez dowodów, że jesteśmy kochani. Problem polega jednak na tym, że często oczekujemy ściśle określonych dowodów miłości i żadne inne nas nie interesują. A Bóg przyszedł na ten świat, by udowodnić nam, że nas kocha, ale chce to zrobić na swój sposób. Mówiąc wprost: my oczekujemy, że Pan Jezus, skoro nas kocha, będzie nam na różne sposoby po prostu ułatwiał życie przez ujmowanie zmartwień i cierpień, a On tymczasem, aby udowodnić nam, że nas kocha, umarł na krzyżu za nas, za nasze grzechy, dając nam życie wieczne (to właśnie jest ów “znak Jonasza”). Jak sam powiedział w innym miejscu: “Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/pismo-swiete-rozwazania/art,2349,ewangelia-mamy-dowod-milosci.html
*********

Na dobranoc i dzień dobry – Łk 11, 29-32

Mariusz Han SJ

(fot. angusleonard / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Potrzebujemy wciąż znaków…

 

Znak Jonasza
Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: To plemię jest plemieniem przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia.

 

Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz.

 

Opowiadanie pt. “Boża opatrzność”
Rzeka Godavari wylała zamykając doktora Jakuba Chamberlaina wraz z tragarzami w śmiertelnej niebezpiecznej pułapce. Na próżno wyglądali rządowej łodzi ratowniczej. Łódź zatonęła w walce z rozszalałym żywiołem i gwałtownym nurtem wody. Wydawało się, że nic nie zdoła uratować misjonarza, pioniera wypraw ewangelizacyjnych do południowo-środkowych Indii. Grupa za wszelką cenę chciała się wydostać na suchy ląd. Chodziło o jakiekolwiek wzniesienie. Nie mieli sił brodzić dłużej w wodzie i walczyć z prądem. Ścieżka, widoczna nieopodal, nie wydawała się bezpieczna. Nadchodziła noc. W dżungli rozległ się ryk tygrysów. Najemni tragarze porzuciwszy juki pojedynczo znikali z obozu.

 

Misjonarz, zrobiwszy koło raz i drugi, zaczął modlić się do Boga. “Panie – zawołał – czy nie dostaliśmy się tutaj z Twojej woli i ze względu na Ciebie? Czy nie dawałeś mi znaków, że będziesz ze mną w tej wędrówce? O Boże, powiedz mi, doradź, co mam zrobić?”

 

Po kilku minutach oczekiwania nadeszła odpowiedź, wprawdzie niesłyszalna, ale wyraźnie brzmiąca w uchu jak głos człowieka: “Skieruj się na lewo, w stronę Godavari, a tam już znajdziesz ratunek.”

 

Misjonarz biegnąc naprzód dogonił przewodników wyprawy. – Jak daleko stąd do Godavari? – zapytał. – Dobra mila. – A nie znajdziemy tam na brzegu wioski? – Nie. Woda zalała wszystko na szerokości wielu mil i z pewnością nic tam nie ma. – A nie znajdziemy tam jakiegoś wzniesienia, pagórka, gdzie można byłoby rozbić obóz? – Wszędzie nisko. Grunt płaski jak tutaj.

 

Misjonarz oddalił się na chwilę i zaczął modlitwę. Wtedy usłyszał głos po raz drugi. Odpowiedź brzmiała tak samo: “Skieruj się na lewo ku Godavari, a tam już znajdziesz ratunek.”

 

Znowu zawołał przewodników i spytał ich: – Czy jesteście pewni, że nie ma tam żadnego pagórka przy rzece, gdzie można by stanąć i czekać na pomoc? – Nie ma żadnego. – Pomyślcie dobrze! Nie ma tam suchego drzewa, z którego dało by się zbić tratwę? – Jeśli nawet było, to powódź zmyła je z powierzchni ziemi. – A może znajdziemy tam jakąś łódkę? Może tu przy rzece? Mam władzę, która pozwoli mi zdobywać to, czego tylko będę potrzebował. Mam na to sposób. – Nic takiego nie znajdziemy w pobliżu. Być może dopiero za wodospadem. – Jak długo trzeba iść, żeby najkrótszą drogą dotrzeć do Godavari? – Około pół godziny, ale stracilibyśmy na próżno czas. Musimy wracać przez dżunglę. Nie ma innego wyjścia przy takiej powodzi… Musimy dotrzeć tą drogą do wodospadu. – A jak długo trzeba iść wzdłuż brzegu? – Co najmniej sześć godzin, jest już ciemno. – Co zrobimy w nocy? – Jeden Bóg wie.

 

Przewodnicy pogrążyli się w niemej rozpaczy. Dr Chamberlain zaczął znowu się modlić, jeszcze goręcej. “Skieruj się na lewo, ku Godavari, a tam znajdziesz ratunek” przyszła po raz trzeci ta sama odpowiedź. Nie słyszał jej nikt z towarzyszy niedoli. Misjonarz doskonale słyszał ten głos w swoim uchu. “To odpowiedź Boga na moją modlitwę” – powiedział sobie. Nie mogę wątpić, muszę zacząć działać i to natychmiast.” Pobiegł znowu na czoło kolumny. – Stójcie! Skręcamy ostro na lewo. Przewodnicy wskażą najkrótszą drogę ku Godavari. Szybko! Zaprotestowali, że to próżny trud, że pogorszy to i tak już beznadziejne położenie. Rzeka może jeszcze przybrać i zalać całą wyprawę, a potem porwać w ciemnościach nocy. – Słuchać! – powiedział ostro misjonarz. – Maszerować! Ja tu rozkazuję. Proszę pokazać drogę do rzeki! Wszyscy go otoczyli. Rodak – pastor, spojrzał uważnie na jego przejętą grozą twarz. – Przy rzece będzie ratunek – powiedział, bo cóż mógł rzec więcej.

 

Mając przed sobą przewodników, misjonarz dotarł wkrótce do rzeki i zobaczył tam… ocalenie, wyjście z niebezpieczeństwa. Załoga dużej łodzi usiłowała odepchnąć ją od rosnącego na brzegu drzewa. Daremny był to wysiłek. Żeglarze byli przerażeni i zaskoczeni widokiem przybyszów myśląc, że zbliża się do nich urzędnik państwowy.- Nie gniewajcie się na nas. Robimy, co można, żeby zepchnąć łódź na rzekę, ale, panie, ona zachowuje się, jakby była czymś spętana! Dr Chamberlain dobrze wiedział, czyja to ręka kierowała tą łodzią. Zrozumiał KTO interweniował i w jakim celu.

 

Refleksja
Potrzebujemy znaków, które byłyby jednocześnie naszymi wskazówkami dojścia do samego Boga. Odkrywanie tych znaków jest tajemnicą, której powiniśmy poświęcać nasze życie. Znaki te są nam potrzebne, abyśmy naśladowali Jezusa idąc prostymi ścieżkami. Znaki mają być tylko pomocą, aby szczęśliwie dotrzeć do celu naszej drogi…

 

Jezus jest znakiem, którego trzeba wciąż kontemplować, aby właściwie zrozumieć Jego zamysł względem każdego człowieka. Jezus uczy nas, że codzienne znaki Jego obecności w świecie są nam ogromną pomocą w osiągnięciu nieba…

 

3 pytania na dobranoc i dzień dobry
1. Dlaczego potrzebujemy znaków?
2. Dlaczego Jezus jest dla nas znakiem?
3. Jakie Jezus daje nam dziś znaki?

 

I tak na koniec…
“Niech nasza droga będzie wspólna. Niech nasza modlitwa będzie pokorna. Niech nasza miłość będzie potężna. Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwiać” (Jan Paweł II, 1983)

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/na-dobranoc-i-dzien-dobry/art,174,na-dobranoc-i-dzien-dobry-lk-11-29-32.html

*********

Komentarz liturgiczny

Znak proroka Jonasza: śmierć i zmartwychwstanie
(Łk 11, 29-32
)

Nowy Testament ma swoją pierwotną treść w Starym Testamencie. Jezus jest dla nas takim znakiem i wołaniem do nawrócenia, jakim był Jonasz dla Niniwy. Wtedy nawróciło się całe miasto, teraz są dyskusje, czy Jezus to TEN KTÓRY JEST. A przecież Jonasz wyszedł z wnętrza ryby, a Jezus zmartwychwstał.


Asja Kozak
asja@amu.edu.pl

http://www.katolik.pl/modlitwa,888.html

Refleksja katolika

Jak mógł czuć się Jezus, gdy głoszenie Dobrej Nowiny, liczne uzdrowienia, wskrzeszenia do życia, cudowne nakarmienia tysięcy ludzi – jakoś nie przekonały tak wielu słuchaczy, co do Jego posłannictwa? Cóż można było jeszcze więcej uczynić?

Celem życia Jezusa na ziemi było zbawienie ludzi, stąd Pan Bóg w swojej mądrości tak kierował życiem swojego Syna, że On uczynił wystarczajaco dużo cudów, aby potwierdzić swoją misję, ale nie na tyle, żeby nimi ludzi przytłoczyć, tak aby wbrew sobie uwierzyli. Cuda nie zmuszały do wiary. Pozostało jeszcze miejsce na tzw. pragnienie serca i wolny wybór człowieka. Szczerze szukający prawdy uznali je za znaki od Boga, podczas gdy ci, którzy nie chcieli uwierzyć i nawrócić się żądali jakichś dodatkowych znaków z nieba.

Ale tego było już za wiele. Jezus nie pozwolił się sobą manewrować. Dlatego pod ich adresem wypowiada gorzkie słowa: „To pokolenie jest pokoleniem przewrotnym, żąda znaku. Ale nie zobaczy go, z wyjątkiem znaku proroka Jonasza. Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy. Podobnie Ja, Syn Człowieczy, będę Bożym znakiem dla tego pokolenia” (Łk 11, 29-30).

Tak jak Jonasz był trzy dni we wnętrzu wielkiej ryby, tak też Jezus po swojej śmierci, będzie trzy dni w grobie. Mieszkańcy Niniwy jednak uwierzyli Jonaszowi, ogłosili post i zaczeli pokutować. Ich król wydał rozkaz: „Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami” (Jon 3, 8).

Tej dobrej woli zabrakło wielu Żydom z czasów Jezusa. Nawet znak Jonasza, czyli cud Zmartwychwstania nie przekonał tych, co nie chcieli uwierzyć. Jezus to przepowiedział: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą” (Łk 16, 31).

diakon Franciszek

diakonfranciszek@gmail.com

***

Człowiek pyta:

Człowiek popełniając cudzołóstwo mówi do swej duszy: Któż na mnie patrzy? Wokół mnie ciemności, a mury mnie zakrywają, nikt mnie nie widzi: czego mam się lękać? Najwyższy nie będzie pamiętał moich grzechów. Syr 24,18

***

KSIĘGA IV, GORĄCA ZACHĘTA DO KOMUNII ŚWIĘTEJ
Rozdział XI. O TYM, ŻE CIAŁO CHRYSTUSA I PISMO ŚWIETE SĄ NAJWIEKSZĄ POTRZEBĄ DUSZY WIERZACEJ


1. Panie, umiłowany Jezu, jakie to szczęście dla wierzącego ucztować z Tobą przy Twoim stole! A pokarm, jaki ma być podany, to nic innego, jak Ty sam, ukochany, upragniony nad wszystkie pragnienia serca.

Jak dobrze byłoby w Twojej obecności wylewać łzy z głębi serca i wraz z miłującą Magdaleną łzami zraszać Twoje stopy Łk 7,38; J 12,3. Lecz gdzież jest ta miłość święta? Gdzie źródło rzęsiste?

O tak, przy Tobie, wobec świętych Twoich aniołów moje serce winno płonąć Ap 14,10 i płakać z radości. Bo w tym Sakramencie mam Ciebie, naprawdę obecnego, choć ukrytego pod inną postacią.

2. Moje oczy nie mogłyby spojrzeć w blask Twojej światłości, nic na świecie nie zdołałoby znieść jasności Twojego majestatu.

Więc przez wzgląd na moją słabość ukrywasz się pod postacią chleba. Mam, posiadam rzeczywiście i wielbię Tego, którego czczą w niebie aniołowie Hbr 1,6, chociaż ja tylko w wierze 2 Kor 5,7, oni zaś w Jego własnej postaci i bez osłony.
Tymczasem powinno wystarczyć, że stoję w świetle wiary i w nim się poruszam, póki nie wzejdzie dla mnie dzień wiecznej światłości i ustąpią mroki symboli Pnp 2,17; 4,6. A kiedy to się do ostatka wypełni, nie będzie już potrzebny Sakrament 1 Kor 13,10.12, bo błogosławieni w chwale niebios nie potrzebują już sakramentalnego leku.

Cieszą się bez końca obecnością Boga 2 Kor 3,18, oglądają Jego chwałę twarzą w twarz J 1,14, a wtopieni światłością w światłość Bożej otchłani poznają smak Słowa Bożego, które stało się Ciałem, jak było na początku i będzie na wieki 1 J 1,1; 1 P 1,25.

3. Na samą myśl o tych cudach każda radość, nawet najbardziej duchowa, zamienia mi się w smutek głęboki, bo póki nie ujrzę mojego Pana jawnie w chwale, nie chcę nic z tego, co widzę i słyszę na świecie.

Tyś mi świadkiem, Boże Rz 1,9, że nic nie może mnie pocieszyć, żadna istota nie może mi dać wytchnienia, tylko Ty, Panie, którego pragnę oglądać na wieki.

A przecież to niemożliwe, póki żyję tym śmiertelnym życiem. Muszę więc uzbroić się w ogromną cierpliwość, a całego siebie z tęsknotą powierzyć Tobie. Bo nawet Twoi święci, Panie, którzy już przebywają z Tobą w Królestwie niebieskim, póki żyli, oczekiwali nadejścia Twojej chwały z wiarą i cierpliwością Hbr 6,12.

Wierzę, w co oni wierzyli, spodziewam się, czego się spodziewali Tt 2,13, ufam, że dojdę dzięki Twojej łasce tam, gdzie oni doszli. Tymczasem będę szedł z wiarą 2 Kor 5,7, pokrzepiony przykładem świętych. Księgi święte będą mi także pociechą i wzorem życia 1 Mch 12,9, a ponad to wszystko najlepszym lekarstwem i ucieczką będzie mi Przenajświętsze Twoje Ciało.

4. Wiem, że dwie rzeczy zwłaszcza są mi koniecznie potrzebne, bez których to śmiertelne życie byłoby dla mnie nie do zniesienia. Zamknięty w więzieniu ciała wyznaję, że braknie mi dwóch rzeczy: pokarmu i światła.

Dałeś więc mnie słabemu Twoje Ciało i zawiesiłeś latarnię oświetlającą mi drogę Ps 119(118),105: słowo Twoje. Bez tych dwóch rzeczy nie mógłbym żyć jak należy, bo słowo Boże jest światłem dla duszy, a twój Sakrament jest chlebem życia J 6,35.48.

Można by rzec, że to są jakby dwa stoły ustawione po dwu stronach w skarbcu Kościoła świętego Ez 40,39; 44,16. Jeden stół to stół ołtarza, na którym leży Chleb święty 1 Sm 21,4, drogocenne Ciało Chrystusa.

Drugi stół to stół Prawa Bożego, na którym spoczywa mądrość święta nauczająca prawdziwej wiary i prowadząca człowieka wytrwale aż poza zasłonę Hbr 6,19; 9,3, gdzie znajduje się miejsce Święte Świętych. Dzięki Ci, Panie Jezu, światło wiecznej jasności Mdr 7,26, za stół mądrości świętej, który nam zostawiłeś za pośrednictwem swoich sług, proroków, apostołów i doktorów Ef 4,11; 1 Kor 12,28.

Tomasz a Kempis, ‘O naśladowaniu Chrystusa’

***

ROZPRAWA

O czymkolwiek rozprawa, im dłużej się wiodła,
Tym dalsza jest od prawdy, jak woda od źródła.
Adam Mickiewicz

***

Powstrzymuj się od mówienia ludziom, jak trzeba coś zrobić. Mów tylko, co trzeba zrobić, a nieraz zaskoczą cię twórczymi rozwiązaniami.
H. Jackson Brown, Jr. ‘Mały poradnik życia’

http://www.katolik.pl/modlitwa,883.html

Refleksja maryjna

Prosić o poznanie Maryi

Byłoby naiwnością, prosić Maryję, abyśmy mogli Ją od tej chwili widzieć! Ale nie jest niewłaściwe prosić o lepsze poznanie Jej – “słodkiej Dziewicy Maryi”, w istocie Jej wielkości, w Jej przywilejach, w Jej wewnętrznych bogactwach, w Jej mocy wstawienniczej. Prosić, abyśmy byli oczarowani Jej światłem, a nie oślepieni wieloma fałszywymi blaskami, które atakują ze wszystkich stron.

G. B. Montini


teksty pochodzą z książki: “Z Maryją na co dzień – Rozważania na wszystkie dni roku”
(C) Copyright: Wydawnictwo SALWATOR,   Kraków 2000
www.salwator.com

 

 

 

 

 

***************************************************************************************************************************************
ŚWIĘTYCH OBCOWANIE
25 LUTEGO
****************************

Patron Dnia

św. Tarazjusz
biskup

Św. Terezjasz był poddanym Imperium Bizantyjskiego. Został podniesiony do godności konsula, a później sekretarza cesarza Konstantyna i jego matki Ireny. Wybrany patriarchą Konstantynopola wymógł na Radzie Głównej rozwiązanie sporu o sposób oddawania czci świętym obrazom. Jej dekrety zostały zatwierdzone przez papieża. Św. patriarcha naraził się cesarzowi, ponieważ odmówił mu uznania rozwodu z prawowitą cesarzową. Był świadkiem śmierci Konstantyna, spowodowanej przez jego matkę, przeżył panowanie i upadek cesarzowej Ireny i objęcia władzy przez uzurpatora Niceforusa. Całe życie św. Tarazjusza jako biskupa było pasmem pokuty, modlitwy i ciężkiej pracy nad uświęceniem swego kleru i wiernych. Charakteryzowało go ogromne miłosierdzie do biednych, których osobiście odwiedzał w domach opieki i szpitalach. Został wezwany po wieczną nagrodę w roku 806.

http://www.katolik.pl/modlitwa,884.html
św. Tarazjusz, patriarcha konstantynopolitański
TARAZJUSZ, patriarcha konstantynopolitański (Swiatitiel Tarasij, patriarch Konstantinopolskij), 25 lutego/10(9*) marca.
Pochodził ze znanej, patrycjuszowskiej rodziny. Urodził się około 730 r. Podobnie jak ojciec, zajmował wysokie stanowiska urzędnicze na cesarskim dworze, będąc kanclerzem i jednym z najbliższych doradców władcy, cesarza Konstantyna VI (780-797) i jego matki, Ireny.
W tym okresie Cerkiew walczyła z herezją ikonklazmu (nieuznawania ikon). Święty patriarcha Paweł (dzień pamięci 30 sierpnia/12 września), który na początku swojej działalności oficjalnie popierał ikonoburców zrezygnował ze swego stanowiska i udał się do monasteru na pokajanie. Gdy po poradę przyszli do niego cesarzowa Irena z synem, patriarcha powiedział im, że najbardziej godnym jego następcą będzie św. Tarazjusz (który w tym czasie był osobą świecką).
Tarazjusz długo nie chciał się zgodzić, nie uznając siebie godnym takiego stanowiska. Jednak później uległ powszechnej prośbie wstąpienia na tron patriarszy, pod warunkiem, że zostanie zwołany Sobór Powszechny w celu rozstrzygnięcia sporu dotyczącego ikon. W krótkim czasie przechodząc wszystkie stopnie kapłańskie, św. Tarazjusz został patriarchą konstantynopolitańskim w 784 r. Trzy lata później, w Nicei pod jego przewodnictwem odbył się VII Sobór Powszechny, na którym uczestniczyło 367 biskupów. Przyjęto decyzję o potępieniu herezji ikonoklazmu i przywróceniu kultu ikon.
Patriarcha Tarazjusz mądrze kierował Cerkwią przez 22 lata. Był surowym ascetą. Patriarcha wyróżniał się miłosierdziem i troską o ubogich. Zbudował szereg szpitali i innych instytucji dobroczynnych. Na Paschę organizował posiłek dla staruszków, biednych, wdów i sierot, podczas którego usługiwał im. Będąc surowym wobec siebie, tego samego wymagał od duchowieństwa. Przestrzegał czystości obyczajów, skromności w strojach i ducha umartwiania. Troszczył się też o życie monastyczne, tworząc nowe wspólnoty. Pierwszym biografem św. Tarazjusza był diakon Ignacy, późniejszy metropolita Nicei, który osobiście go znał.
Święty Tarazjusz sprzeciwił się działaniom cesarza Konstantyna, który chciał się rozwieść ze swoją żoną Marią, wnuczką św. Filareta Miłościwego i umieścić ją w monasterze (powodem był brak następcy tronu). Za brak zgody na ich rozwód patriarcha popadł w niełaskę. Wkrótce jednak cesarz Konstantyn został odsunięty od władzy przez swoją matkę.
Święty zmarł w 806 r. Przed śmiercią biesy, chcąc doprowadzić do rozpaczy, przypominały Tarazjuszowi jego życie od samego początku i przypisywały jemu nie popełnione grzechy. “Jestem niewinny w tym, o czym mówicie” – odpowiadał patriarcha – “Fałszywie mnie oczerniacie. Nie macie nade mną żadnej władzy.” Święty został pochowany w świątyni Wszystkich Męczenników nad Bosforem, przy założonym przez niego monasterze. Przy jego grobie wydarzyło się wiele cudów.
Do świętego wierni modlą się o ustąpienie gorączki. W ikonografii przedstawiany jest w czerwonych szatach biskupich. Przed sobą w dłoniach trzyma zamkniętą Ewangelię.

Imię Tarazjusz pochodzi z języka greckiego i oznacza prawdopodobnie “pochodzący z Tarentum”.

*w latach przestępnych, gdy luty ma 29 dni

opr. Jarosław Charkiewicz i Piotr Makal
http://www.cerkiew.pl/index.php?id=swieci&tx_orthcal%255Bsw_id%255D=795&cHash=e81b6c6221d25f504e1675e150decde0
***************
25 lutego
Święty Cezary z Nazjanzu, pustelnik
Święty Cezary z Nazjanzu Cezary urodził się w 330 r. w Azjanzos w pobliżu Nazjanzu (Kapadocja) i pochodził z rodziny świętych: ojciec – św. Grzegorz Starszy z Nazjanzu, matka – św. Nona, siostra – św. Gorgonia, brat – św. Grzegorz z Nazjanzu. Po ukończeniu miejscowych szkół udał się na dalsze studia do Aleksandrii (Egipt), gdzie uczył się astronomii, geometrii, a przede wszystkim medycyny. Powrócił do Konstantynopola i pełnił na dworze cesarskim urząd lekarza. Powierzono mu opiekę nad zdrowiem cesarzy Juliana Apostaty i Walensa. Cieszył się więc sławą wybitnego lekarza.
Ówczesnym zwyczajem Cezary nie przyjął chrztu jako człowiek młody, ale dopiero po dojrzałym namyśle i przygotowaniu. Musiał prowadzić życie naprawdę budujące, skoro jego brat, św. Grzegorz z Nazjanzu, w swoich pismach nie szczędził mu pochwał.
W roku 368 Bitynię w Małej Azji nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi. Rozsypało się w gruzy wiele miast, zginęło wielu ludzi. Cezary, który właśnie wtedy tam się znalazł, ocalał. Dostrzegł w tym dla siebie ostrzeżenie, by się dłużej nie wahał. Katastrofa ta była przyczyną bezpośrednią przyjęcia przez niego chrztu świętego w wieku 38 lat.
W roku 368 cesarz Walens mianował Cezarego kwestorem nad prowincją Bitynii. Oddał mu w zarząd wszystkie dobra i finanse. Święty wszakże niedługo pozostał na tym zaszczytnym urzędzie, gdyż rok później (369 r.) umarł. W testamencie zarządził, aby cały jego majątek rozdać pomiędzy ubogich. Kazanie na jego pogrzebie wygłosił jego brat, św. Grzegorz z Nazjanzu.
http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-25a.php3
************

św. Cezary z Nazjanzu
CEZARY Z NAZJANZU, święty (Swiatyj Kiesarij Nazianzin, wracz), 9/22 marca. Przyszedł na świat w 330 r. w Azjanzos koło Nazjanzu, w Kapadocji. Pochodził z bardzo bogobojnej rodziny. Był młodszym bratem św. Grzegorza Teologa, zwanego też Grzegorzem z Nazjanzu. Chwały ołtarzy dostąpiła również jego matka – Nona oraz siostra Gorgonia.
Po ukończeniu miejscowych szkół udał się na dalsze studia do Aleksandrii w Egipcie, gdzie uczył się astronomii, geometrii, a przede wszystkim medycyny. Następnie powrócił do Konstantynopola i na dworze cesarskim pełnił funkcję lekarza odpowiedzialnego za zdrowie władców i ich najbliższych. Szybko zasłynął ze swej wyjątkowej mądrości i pokory. Lecząc ludzi Cezary nigdy nie stawiał swej wiedzy ponad innymi. Jego życie było tak cnotliwe, iż jego brat – św. Grzegorz w swych pismach nie szczędził mu pochwał.
Gdy w 368 r. Bitynię w Azji Mniejszej nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi, w gruzach poniosło śmierć wielu ludzi. Znajdujący się tam Cezary ocalał, lecz dojrzał w tym ostrzeżenie, by nie wahać się z przyjęciem chrztu. Ówczesnym zwyczajem było bowiem przyjmowaniem chrztu dopiero w wieku dojrzałym, po przygotowaniu i namyśle.
W tym samym roku cesarz mianował Cezarego na kwestora prowincji Bitynia. Urząd ten sprawował jednak krótko, gdyż po niespełna roku, w 369 r. zmarł. Zgodnie z zapisem w testamencie cały jego majątek rozdano biednym. Kazanie na pogrzebie wygłosił św. Grzegorz Teolog.

Imię Cezary jest pochodzenia łacińskiego, ale o trudnej do ustalenia etymologii. W archaicznej łacinie caesar oznaczało dziecko urodzone w wyniku cesarskiego cięcia. Niektórzy wywodzą je od rzeczownika caesaries – “długie włosy, czupryna”.

oprac. Jarosław Charkiewicz
http://www.cerkiew.pl/index.php?id=swieci&tx_orthcal%5Bsw_id%5D=162&cHash=3d33f56c9e

Matki, żony i… Kobiety w życiu świętych

Michał Gryczyński

Fot.

Któż zliczyłby strofy poświęcone roli, jaką kobiety odegrały w życiu rozmaitych mężczyzn? Nie inaczej bywało w życiu świętych.

 

 

 

 

W chrześcijaństwie niewiasty od zawsze wywierały przemożny wpływ na życie mężczyzn. I to wbrew przeświadczeniu ludzi niechętnych Kościołowi, którzy głoszą, że chrześcijaństwo naznaczone jest piętnem męskości i dyskryminuje kobiety. Zapominają, zazwyczaj, o naszej szczególnej czci dla Maryi Panny.

 

 

Matki

 

Biedna św. Monika! Jej małżonek był porywczy, syn zaś prowadził hulaszcze życie, a potem żył w konkubinacie i związał się z sektą manichejczyków. Wylała morze łez, wypraszając dobrocią i cierpliwością, wytrwałymi modłami i cierpieniami nawrócenie dla nich obu. Jakże była szczęśliwa, gdy przyjęli chrzest i odmienili swoje życie! Augustyn został kapłanem, a w 396 r. biskupem Hippony. Jego żarliwa wiara zaowocowała wieloma znakomitymi dziełami, a swojej matce wystawił przejmujące świadectwo na kartach „Wyznań”. Do jej  grobu pielgrzymują obecnie z różnych stron świata matki zatroskane o los swoich dzieci.

Żywot św. Sylwii, matki św. Grzegorza Wielkiego – Doktora Kościoła, nie był taki dramatyczny. Miała dobrego męża, św. Gordiana Anicjusza, z którym stworzyła autentycznie chrześcijańską rodzinę. Przyszły papież – jeden z najwybitniejszych, o czym wymownie świadczy przydomek „Wielki” – wzrastał więc u boku kochających i pobożnych rodziców. Na jego wychowanie wywarły również wpływ dwie ciotki, które mieszkały z  nimi, św. Farsylia i św. Emiliana. Kiedy władał już Kościołem, jego matka zamieszkała w niewielkim domu na Wzgórzach Awentyńskich, wiodąc żywot mniszki. Często przesyłała synowi jarzyny na srebrnej tacy. On wspominał ją w swoich pismach, a kiedy zmarła, polecił umieścić wizerunki obu rodziców w kościele św. Andrzeja.

Matką św. Brunona I Wielkiego – od 953 r. arcybiskupa Kolonii – była św. Matylda z Ringelheim. Jeśli, jako dostojnik Kościoła, zyskał opinię człowieka skromnego i pobożnego, to niemała w tym zasługa jego matki, małżonki Henryka Ptasznika, króla Niemiec. Ostatnie lata życia spędziła na modlitwach i dziełach miłosierdzia, wspomagając kościoły i klasztory.

Natomiast św. Ludwik IX nie zostałby zapewne monarchą Francuzów, gdyby nie jego matka św. Blanka Kastylijska. Jej osobisty przykład sprawił, że był on nie tylko rozważnym władcą, ale i wzorowym mężem oraz ojcem. Nazywano go „królem mnichów”, bo wiódł skromne życie, nie stroniąc od posługiwania ubogim i chorym. Reformując odważnie państwo, podjął także walkę z lichwą, prostytucją i zakazał pojedynków. O tym, jak wielkim zaufaniem darzył matkę, świadczy fakt, że gdy wyruszał na krucjatę do Ziemi Świętej – już jako król Ludwik IX – ustanowił ją regentką. Do końca życia pamiętał słowa: „Synu, wolałabym cię widzieć na marach niż w grzechu”. Przesłanie to przypomina to, co usłyszał od matki św. Jan Bosko: „Jeśli masz być marnym kapłanem, nie zostawaj nim w ogóle”. To właśnie ona, po jednym z jego proroczych snów, podsunęła mu myśl, że może zostać księdzem.

 

Żony

Św. Nona (lub Nonna) zasługuje na wspomnienie nie tylko jako matka dwóch wybitnych synów, św. Grzegorza z Nazjanzu, doktora Kościoła, i św. Cezarego z Nazjanzu, bo na ołtarze wyniesiona została również jej córka św. Gorgonia. Co więcej, św. Nona była także małżonką św. Grzegorza (zwanego też Starszym), biskupa Nazjanzu (w Kapadocji). Jak to możliwe? Cóż, w IV wieku duchownych jeszcze nie obowiązywał celibat. Taka kumulacja świętości w rodzinie wystawia św. Nonie certyfikat chrześcijanki, która nadzwyczaj skutecznie potrafiła wpływać na życie mężczyzn.

Małżonki potrafią wpływać na mężów już od Adama i Ewy. Ewa, po wygnaniu z raju, była przez wiele lat wsparciem dla Adama, który w pocie czoła pracował na chleb. A po wiekach pojawiła się „druga Ewa”, czyli Maryja Panna. Ona także była małżonką i odegrała szczególną rolę w życiu św. Józefa. Jej dziewicze poczęcie, za sprawą Ducha Świętego, było dla niego nie lada problemem. Swoim postępowaniem wyzwoliła jednak u niego najlepsze męskie cechy: takt i dyskrecję, subtelność i powściągliwość, mądrość i roztropność. Pomimo wewnętrznego rozdarcia i licznych wątpliwości, przeszedł ów test celująco. Bo też musiał być mężczyzną wyjątkowym, skoro sam Bóg powierzył mu wychowanie swojego Syna.

Z kart Pisma Świętego pamiętamy także rodziców Maryi Panny. Św. Anna odegrała niemałą rolę w życiu Joachima. Długo nie mieli dzieci, i dlatego Ruben zakwestiono­wał prawo Joachima do pierwszeństwa w składaniu ofiar Bogu. Wówczas Joachim udał się – za przyzwoleniem małżonki – na pustkowie, aby przez czterdzieści dni i nocy, pos­tem oraz modlitwą, błagać Boga o łaskę ojcostwa. I został wysłuchany.

 

Z Dziejów Apostolskich znamy Pryscyllę i jej małżonka,  współpracowników  św. Pawła, którzy wywodzili się z rzymskiej wspólnoty chrześcijan żydowskiego pochodzenia. Apostoł Narodów spotkał ich w Koryncie, dokąd zostali wypędzeni z Rzymu – wraz z innymi Żydami – przez cesarza Klaudiusza. Św. Paweł zamieszkał w ich domu i razem z nimi pracował. Potem przenieśli się do Efezu (Azja Mniejsza), gdzieodegrali kluczową rolę w dopełnieniu formacji chrześcijańskiej aleksandryjskiego Żyda Apollosa. To dowód, że wśród chrześcijan od początku kobiety odgrywały rolę nie mniejszą niż mężczyźni. W I Liście do Koryntian zawarte są pozdrowienia od „Akwili i Pryscylli razem ze zbierającym się w ich domu Kościołem” (16, 19).

Na przełomie III i IV w. żyli w Nikodemii, stolicy Bitynii (obecnie Turcja), święci małżonkowie Natalia i Adrian. On, oficer armii cesarskiej, nawrócił się widząc męstwo chrześcijan idących na śmierć. Kiedy oświadczył, że sam uważa się za chrześcijanina – choć nie był ochrzczony – został uwięziony. Natalia odwiedzała męża i umacniała go w wierze, ale kiedy został skazany na śmierć, zakazano jej kolejnych widzeń. Dzielna niewiasta przekupiła strażników i przebrana za chłopca odwiedziła Adriana, aby prosić go o opiekę, gdy już znajdzie się w niebie. Trwała przy nim także podczas egzekucji, gdy odrąbywano mu ręce, miażdżono nogi i wrzucano na stos. Niebawem zmarła na jego grobie.

Bł. Maria Toribia była z kolei małżonką św. Izydora – oracza. On, od najmłodszych lat, wyróżniał się pobożnością, miłym usposobieniem, łagodnością i pracowitością. Z tego powodu często spotykały go drwiny. Kiedy poślubił Marię, odnalazł w niej bratnia duszę. Od tej pory razem chadzali każdego dnia do kościoła, pielgrzymowali do sanktuariów i wspólnie modlili się, a także pracowali.

Na szacunek zasługuje także Dorota Wyss, małżonka św. Mikołaja z Flűe. Choć miał żonę i dziesięcioro dzieci, pozostawał niespokojny duchem, poszukując samotności, pokuty, chwil na modły i medytacje. Dorota wyraziła zgodę na rozstanie z Mikołajem, pozwalając mu na przeniesienie do pustelni. Rychło zyskał sławę człowieka świętego, obdarzonego charyzmą dobrej rady; pełnił rolę mediatora, doradcy władców i obrońcy pokoju. Bez jej heroicznej ofiary nie zostałby, zapewne, patronem Szwajcarii.

Bł. Maria Corsini-Quattrocchi i jej mąż Alojzy to pierwsza para małżeńska wyniesiona na ołtarze. Maria przyczyniła się do ożywienia wiary męża, jako autorka wielu książek o charakterze formacyjno-ascetycznym, poświęconych małżeństwu, rodzinie i wychowaniu dzieci, członek  Zarządu włoskiej Akcji Katolickiej i promotorka dzieł charytatywnych. Pod wpływem żony Alojzy systematycznie uczestniczył w praktykach religijnych i pogłębiał  wiedzę teologiczną na Gregorianum. A po dwudziestu latach małżeństwa – kiedy wychowali czworo dzieci – wspólnie złożyli ślub czystości.

 

Babki

Wspomniana św. Anna była również babką Pana Jezusa. A przecież wiemy, jaki wpływ miewają babcie na wychowanie wnuków. Potwierdza to przykład św. Ludmiły Czeskiej, babki św. Wacława, którego wychowywała. Na rozkaz niegodziwej synowej Drahomiry została uduszona, a potem wnuk przeniósł jej  ciało do praskiego kościoła św. Jerzego.

Wyjątkowym przykładem w dziejach Kościoła jest też inna babka, św. Makryna. Wywarła ona przemożny wpływ na rodzinę, skoro jej liczni potomkowie dostąpili chwały ołtarzy. Do grona  wnuków św. Makryny należą tacy wybitni święci, jak: Bazyli Wielki,  Grzegorz z Nyssy czy Piotr z Sebasty.

 

Siostry

Wnuczką św. Makryny – rodzoną siostrą wymienionych świętych – była św. Makryna Młodsza. Jej życie i postawa są przykładem, jaką rolę może odegrać siostra w życiu mężczyzny. Pochodziła z Cezarei Kapadockiej, gdzie urodziła się ok. 327 r. Po śmierci narzeczonego zajęła się wychowywaniem młodszego rodzeństwa. Zaprowadziła w domu styl życia na wzór klasztorny. Jeden z braci, św. Grzegorz z Nyssy, poświęcił jej po latach wspomnienie, które jest wymownym świadectwem tego, jak wielką rolę odegrała w ich życiu.

Niezwykłą siostrę miał również św. Ambroży, biskup Mediolanu, wybitny myśliciel chrześcijański, Ojciec i Doktor Kościoła. Pod wpływem jego nauk nawrócił się św. Augustyn i z jego rąk przyjął chrzest. Wśród pism moralno-ascetycznych św. Ambrożego szczególne miejsce zajmują traktaty poświęcone dziewictwu.Dzieło „De virginibus” napisał na prośbę siostry, św. Marceliny, która była uosobieniem ideału dziewictwa, bo należała do grona konsekrowanych dziewic. Po śmierci została pochowana obok brata. Do naszych czasów zachowały się trzy listy Ambrożego adresowane do Marceliny.

Siostrę bliźniaczkę miał patron Europy i ojciec zachodniego monastycyzmu, św. Benedykt z Nursji. Była w niego zapatrzona, podziwiała go i starała się go naśladować. A kiedy utworzył w Subiaco klasztor dla mężczyzn, ona założyła podobny dla niewiast. Św. Scholastyka widywała się z bratem raz do roku, oboje radowali się z tych spotkań, tocząc rozmowy na tematy duchowe. Kiedy zmarła, Benedykt ujrzał jej duszę ulatującą do nieba pod postacią gołębicy. Została pochowana w skalnym grobie przygotowanym dla brata.

Szczególne rodzeństwo tworzyli również św. Gabriel od Matki Boskiej Bolesnej i Franciszka-Maria Ludwika. Naprawdę nazywał się Franciszek Possenti. Miał zaledwie 4 lata, gdy zmarła mu matka, a wtedy ciężar wychowania wziął na siebie ojciec, zaś miłością matczyną otoczyła go siostra. To ona służyła mu radą, opieką i wsparciem. Niestety, w 1855 r. podczas epidemii cholery zmarła – miała wtedy 26 lat. Zabrakło siostry, więc prosił Matkę Boża o pomoc w odnalezieniu drogi życia. Został pasjonistą. W swoim krótkim życiu podejmował liczne wyrzeczenia w duchu pokuty, zachowując pogodę ducha. Włosi nazywają go do dziś „świętym uśmiechu”.


Przyjaciółki

O niezwykłej więzi duchowej łączącej św. Klarę z Biedaczyną z Asyżu napisano już wiele. Idąc za przykładem św. Franciszka również Klara wybrała ubogie życie, przywdziała habit i została pierwszą klaryską. A w swoim testamencie uznała siebie za siostrę i duchową córkę św. Franciszka z Asyżu.

Nie mniej znana jest przyjaźń duchowa, która łączyła św. Jana od Krzyża ze św. Teresą od Jezusa. Ona przez długie lata toczyła bój o reformę zakonu, on wspierał ją jako spowiednik klasztorny. Jan zamierzał przenieść się do kartuzów, ale Teresa przekonała go, aby się wstrzymał z decyzją do chwili reformy Karmelu. I dobrze uczynił, bo w 1568 r. sam zobowiązał się do zachowywania pierwotnej reguły, przyjął z jej rąk habit i został pierwszym karmelitą bosym. Jan był mężczyzna niewielkim, więc Teresa przekomarzała się z nim, mówiąc, że jest „pół-bratem”. On zaś nie pozostawał dłużny i podawał jej pół komunikanta.

Mamy również parę przyjaciół duchowych z Polski, św. brata Alberta – Adama Chmielowskiego, i młodszą o trzydzieści lat bł. siostrę Bernardynę – Marię Jabłońską. Poznała go podczas odpustu franciszkańskiego na Horyńcu. Mówiła do niego „tatuśku”, a on nazywał ją Dyneczką. Brat Albert pomagał jej zgłębiać tajniki życia kontemplacyjnego i był jej kierownikiem duchowym. Nazwano ich „przyjaciółmi dobrymi jak chleb”.

https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2010/Przewodnik-Katolicki-10-2010/Wiara-i-Kosciol/Matki-zony-i-Kobiety-w-zyciu-swietych
***************
25 lutego
Błogosławiony Dominik Lentini, prezbiter
Błogosławiony Dominik Lentini Dominik urodził się 20 września 1770 r. w Laurii na południu Włoch. Był ostatnim z pięciorga dzieci w ubogiej, pobożnej rodzinie. Od 14. roku życia uczył się w niższym seminarium w Policastro.
Kiedy jego ojciec Makary dowiedział się, że syn pragnie wstąpić do seminarium, nie sprzeciwił się. Wiedział jednak, że nie było go stać, by opłacić naukę. Zastawił więc swój skromny dom, by syn mógł wstąpić do seminarium (później sam Dominik spłacił długi). Ku radości ojca w 1793 r. w Mormanno Dominik został wyświęcony na diakona, a 8 czerwca 1794 roku otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze w Marsico Nuovo. Był potem do końca życia proboszczem w swojej parafii w Laurii. Głosił też kazania w okolicznych miastach.
Starał się z wielką energią ewangelizować, głosząc rekolekcje i katechizując. Swoje mowy opierał na Piśmie świętym, doktrynie Ojców Kościoła i Tradycji katolickiej. Szczególną uwagą otaczał młodych, których uczył niezłomności wiary, oraz ubogich, którym oddawał wszystko, co miał. Nazywano go “Aniołem ołtarza”. Jego pobożność, asceza i dzieła miłosierdzia były przykładem i powodem wielu nawróceń. Największą jego radością było to, że jest kapłanem, a największą miłością darzył Syna Bożego. Mówił często: “Jezus Chrystus jest moim dobrem. Jezus Chrystus jest moim skarbem. Jezus Chrystus jest dla mnie wszystkim”.
Zmarł wieczorem 24 lutego 1828 r. Papież Pius XI, który 27 stycznia 1935 r. uznał heroiczność cnót Dominika Lentini, mówił, że był on kapłanem “bogatym tylko w swoje kapłaństwo”. Te słowa przypomniał św. Jan Paweł II, gdy 12 października 1997 r. beatyfikował tego “kapłana o niepodzielnym sercu, który potrafił połączyć wierność Bogu z wiernością człowiekowi”.
http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/02-25b.php3
**************
25 lutego
Święci męczennicy
Alojzy Versiglia, biskup, i Kalikst Caravario, prezbiter
Święty Alojzy Versiglia Alojzy Versiglia urodził się 5 czerwca 1873 r. w Olivia Gessi koło Turynu. Wzrastał w pobożnej atmosferze domu rodzinnego. W wieku 12 lat rozpoczął naukę w turyńskim oratorium salezjańskim. Z czasem uległ wpływowi ks. Bosko i klimatowi niezwykłej pobożności oratorium. Wstąpił więc do bardzo młodego jeszcze zgromadzenia w roku śmierci jego Założyciela. Ukończył nowicjat w Foglizzo, a 11 października 1889 r. złożył uroczyste śluby zakonne. Widząc jego wielką gorliwość, wyznaczano mu coraz trudniejsze zadania. Po ukończeniu filozofii na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, zaczął uczyć kleryków w Foglizzo.
Święcenia kapłańskie przyjął 21 grudnia 1895 r. Przez kolejnych 9 lat był dyrektorem nowo utworzonego nowicjatu w Genzano, niedaleko Rzymu. Ze swoich obowiązków wywiązywał się doskonale, wyróżniał się pracowitością i dobrocią. Żywił głębokie nabożeństwo do Maryi.
W roku 1906 powierzono mu misje w Makao. Salezjanie mieli tam objąć portugalski sierociniec. Alojzy był kierownikiem pierwszej wyprawy do Chin, aby zapoczątkować tam dzieło ks. Bosko. Obowiązki przełożonego wspólnoty chrześcijańskiej wypełniał z wrodzoną gorliwością i zapałem. Prace budowlane, sprawy organizacyjne, niezliczone podróże apostolskie do misji porozrzucanych na wielkim obszarze – to wszystko kosztowało go wiele wysiłku, osłabiając siły już uszczuplone latami ascezy.
W 1920 r. został mianowany wikariuszem apostolskim okręgu Schiu Chow, a rok później – biskupem tytularnym Cariste. Jego dzieło misyjne rozwijało się mimo politycznych zamieszek i nienawiści do obcokrajowców. Podczas podróży wizytacyjnej do Lin Chow, którą odbywał wraz z młodszym współbratem, ks. Kalikstem Caravario, który pracował na tutejszej placówce, zostali obydwaj napadnięci przez uzbrojonych żołdaków. Sprzeciwili się uprowadzeniu dziewcząt chińskich, które wraz z nimi podróżowały wynajętą barką do Lin Chow. To rozwścieczyło napastników, którzy żywili wielką nienawiść do wyznawców obcej im wiary.
Biskup Versiglia był duchowo przygotowany do męczeństwa; uważał nawet, że jest ono potrzebne dla owocnego rozwoju misji. Przed śmiercią prosił tylko napastników, aby darowali życie młodemu ks. Caravario, którego sam niegdyś zachęcił do wyjazdu na misje. Jego prośba nie została wysłuchana: obaj salezjanie zostali zamordowani bestialsko 25 lutego 1930 r. Szczątki ciała biskupa Alojzego umieszczono w krypcie prokatedry w Schiu Chow.

Święty Kalikst Caravario Kalikst Jakub Caravario urodził się w Courgne koło Turynu 8 czerwca 1903 r. Gdy miał pięć lat, jego rodzice przenieśli się do Turynu, gdzie zaczął uczęszczać do salezjańskiego oratorium św. Józefa. Kontynuował naukę w kolegium św. Jana. Wyróżniał się posłuszeństwem, pobożnością i działaniami apostolskimi podejmowanymi wśród kolegów. Mając 15 lat, postanowił wstąpić do salezjanów.
19 września 1919 r. złożył śluby zakonne w Foglizzo i wyraził chęć podjęcia pracy misyjnej. Trzy lata później spotkał się z biskupem Alojzym Versiglia, który przyjechał, by wziąć udział w obradach kapituły generalnej. Zachęcony jego opowiadaniami o misjach, Kalikst poprosił przełożonych o zgodę na wyjazd do Chin.
W kilka tygodni po złożeniu ślubów wieczystych (24 września 1924 r.) opuścił Włochy i ruszył na Daleki Wschód. Jego pierwszą placówką stał się sierociniec w Szanghaju: opiekował się tu chłopcami, ucząc się jednocześnie języka i studiując teologię. Gdy w 1927 r. miasto zostało zdobyte przez wojska Chang Kai Sheka, wyjechał najpierw do Makao, a potem przez dwa lata przebywał na wyspie Timor u brzegów Australii, gdzie wypędzeni z Chin salezjanie otrzymali parafię.
Po powrocie do Chin znalazł się w Schiu Chow. Tutaj 18 maja 1929 r. przyjął z rąk biskupa Alojzego święcenia kapłańskie. Mimo młodego wieku był już wówczas skutecznym misjonarzem. Doskonale znał język, wykazywał się odwagą i zapałem w działaniach i pracy. W 1930 r., objeżdżając stacje misyjne, gorliwie przygotowywał wiernych do zapowiedzianej wizytacji biskupa. W drodze na miejsce zginął męczeńsko razem z biskupem Alojzym Versiglia w dniu 25 lutego 1930 r., stając w obronie niewinnych dziewcząt.

Święci Alojzy i Kalikst

Pogrzeb męczenników przekształcił się w wielką manifestację religijną. Powszechna cześć dla nich sprawiła, że już 6 lat po pogrzebie rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji obu salezjańskich męczenników w dniu 15 maja 1983 r. na placu św. Piotra w Rzymie. 1 października 2000 r. kanonizował 120 męczenników chińskich, a wśród nich biskupa Versiglia i ks. Caravario. Tym samym dzieło salezjańskie w Chinach zyskało patronów i orędowników w niebie.

http://www.idziemy.com.pl/wiara/swiety-tygodnia-dominik-lentini-1770-1828-/

Czas męczenników

Czas męczenników Don BOSCO 12/2012

dodane 2012-12-06 21:29

ks. Jarosław Wąsowicz SDB

Wyraźnym nurtem teologicznej spuścizny, którą pozostawił po sobie bł. Jan Paweł II jest wielokrotnie wyrażane przez niego przekonanie, iż Kościół w XX w. stał się Kościołem męczenników.

 

W ostatnim stuleciu w wielu miejscach świata z powodu wiary w Chrystusa ginęli chrześcijanie różnych wyznań i obrządków. Szacuje się, że śmierć męczeńską poniosło wówczas kilkaset tysięcy świadków wiary. Ta przerażająca rzeczywistość przeniosła się niestety i w czasy nam współczesne. Prześladowania chrześcijan nie tylko nie skończyły się, ale narastają. Według ogólnodostępnych danych na świecie w ciągu jednego zaledwie dnia ginie średnio 438 wyznawców Jezusa Chrystusa.

Męczennicy z Rodziny Salezjańskiej

To bolesne doświadczenie współczesnego Kościoła stało się także udziałem Rodziny Salezjańskiej. Większość wyniesionych na ołtarze przedstawicieli duchowej rodziny księdza Bosko stanowią właśnie świadkowie wiary, którzy swoją wierność Chrystusowi i Kościołowi przypłacili życiem.

Panteon salezjańskich męczenników otwierają święci bp. Alojzy Versiglia i ks. Kalikst Caravario. Byli misjonarzami w Chinach. 25 lutego 1930 r. wypłynęli razem z katechetami i uczennicami na wizytację duszpasterską w kierunku Lin Chow. Około południa zatrzymała ich grupa komunistycznych partyzantów, którzy zażądali okupu i wydania im dziewcząt. Salezjanie stanowczo odmówili i stanęli w obronie godności uczennic. Wywleczono ich do lasu i zamordowano strzałem w głowę. Ich pogrzeb stał się wielką manifestacją wiary. Przedstawiciel cesarza chińskiego podczas ceremonii wypowiedział zdanie: „Kościół katolicki jest wspaniałą instytucją. Potrafi wychować i dać społeczeństwu ludzi, którzy aż do śmierci stoją na straży swych obowiązków, ludzi gotowych nawet umrzeć za swe duchowe dzieci”. Na ołtarze wyniósł ich Jan Paweł II, beatyfikując 15 maja 1983 r. w siedemdziesiątą siódmą rocznicę otwarcia misji salezjańskich w Chinach, i następnie kanonizując w grupie 120 męczenników z tego kraju 1 października 2000 r.

Pokaźną grupę męczenników wyniesionych na ołtarze stanowią salezjanie, salezjanki i salezjanie współpracownicy, ofiary prześladowań antykatolickich okresu hiszpańskiej wojny domowej, zamordowani z nienawiści do wiary w latach 1936-1939. Komunistyczni siepacze sprowadzeni do walki z konserwatywną częścią narodu dokonali wówczas rzezi chrześcijan z niespotykanym dotąd okrucieństwem i bestialstwem. Bojownicy międzynarodowego Frontu Ludowego rozstrzelali tysiące księży i sióstr zakonnych. Te ostatnie także masowo gwałcono. Niektórych księży palono, grzebano żywcem, obcinano im uszy. Wśród świadków Chrystusa z czasów tych prześladowań 11 marca 2001 r. zostało beatyfikowanych kilkunastu przedstawicieli Rodziny Salezjańskiej na czele z księdzem inspektorem Josč Calasanzem Marqučsem. Kolejna grupa salezjańskich męczenników z Hiszpanii z Madrytu i Sewilli, została wyniesiona na ołtarze 28 października 2007 r.

Oto kilka przykładów ich heroicznego męczeństwa: Koadiutor Jaime Alzueta – wychowawca z Salezjańskiej Szkoły Zawodowej w Barcelonie – został zabity, ponieważ znaleziono przy nim kilka medalików Matki Bożej. Ks. Sergio Cidy zginął wyrzucony z tramwaju przez komunistycznych żołnierzy, kiedy zorientowali się, że jest kapłanem i właśnie odmawia różaniec. Siostry Carmen Moreno i Amparo Carbonell zostały rozstrzelane na hipodromie. Papież Jan Paweł II podczas uroczystości beatyfikacyjnej jednej z grup hiszpańskich męczenników powiedział: „W dniu dzisiejszym dziękujemy za tę moc, która stała się udziałem męczenników na ziemi hiszpańskiej. Moc wiary, nadziei i miłości, która okazała się potężniejsza od przemocy. Zwyciężyła okrucieństwo egzekucyjnych plutonów i całego systemu zorganizowanej nienawiści”.

W grupie salezjańskich męczenników wyniesionych na ołtarze znajdujemy także przedstawicieli Rodziny Salezjańskiej z Polski. Podczas pielgrzymki do Ojczyzny 13 czerwca 1999 r. Jan Paweł II – w gronie 108 męczenników II wojny światowej – ogłosił błogosławionymi salezjanina ks. Józefa Kowalskiego; wychowanków salezjańskiego oratorium z Poznania: Czesława Jóźwiaka, Edwarda Kaźmierskiego, Franciszka Kęsego, Edwarda Klinika i Jarogniewa Wojciechowskiego; michalitów: ks. Władysława Błądzińskiego, ks. Wojciecha Nierychlewskiego; kapłana diecezjalnego, dobrodzieja zgromadzenia salezjańskiego i salezjanina współpracownika ks. Michała Woźniaka. I znów, podkreślając dar świętości tych duchowych synów ksiedza Bosko, przywołajmy znamienite słowa Ojca Świętego, które wypowiedział w czasie homilii przy okazji ich beatyfikacji: „Jeśli dzisiaj radujemy się z beatyfikacji stu ośmiu męczenników duchownych i świeckich, to przede wszystkim dlatego, że są oni świadectwem zwycięstwa Chrystusa – darem przywracającym nadzieję. Gdy bowiem dokonujemy tego uroczystego aktu, niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował (por. Rz 8,37). Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!”.

Dodać w tym miejscu należy, że w kolejnej grupie męczenników II wojny światowej oczekują na beatyfikację kolejni salezjanie służy Boży, którzy zginęli w Auschwitz i Dachau: ks. Ignacy Antonowicz, ks. Ignacy Dobiasz, ks. Karol Golda, ks. Franciszek Harazim, ks. Franciszek Miśka, ks. Ludwik Mroczek, ks. Włodzimierz Szembek, ks. Jan Świerc, ks. Kazimierz Wojciechowski. Mamy nadzieję, że Kościół święty ubogaci naszą Rodzinę Salezjańską ich rychłym wyniesieniem na ołtarze.

Męczennik znaczy świadek

Kościół u progu XXI w. nie przypadkowo tak często odwołuje się do męczeństwa swoich wyznawców, ponieważ pragnie wydobyć bogactwo przesłania pozostawionego nam przez tych, którzy do końca pozostali wierni Chrystusowi. Bo męczennik już od czasów starożytnych znaczy po prostu świadek (gr. μάρτυς, mártus, łac. martyr), a świadków wiary we współczesnym zlaicyzowanym świecie nam najbardziej potrzeba. Bycie dzisiaj chrześcijaninem nie jest łatwe. Świat ciągle zaskakuje nas coraz bardziej wymyślnymi i perfidnymi atakami skierowanymi w naukę Pana Jezusa, kierując swoją agresję także na tych, którzy starają się przestrzegać w życiu jego przykazań. Antychrześcijańskie wystąpienia stały się dzisiaj nie tylko rzeczywistością znaną z telewizyjnych newsów z krajów arabskich. Coraz częściej doświadczamy dyskryminacji wierzących w Jezusa Chrystusa także w wielu krajach europejskich. Polityczne elity zorientowane na tzw. poprawność polityczną systematycznie rugują chrześcijańskie wartości z życia społecznego. Także w Polsce jesteśmy świadkami takich działań. Nie ma tygodnia, w którym mainstreamowe media nie atakowałyby wartości, z których wyrasta w większości katolickie społeczeństwo.

Pod sztandarami nowoczesności promuje się obce nam standardy moralne – homoseksualizm, wczesną inicjację seksualną, rozwiązłość, życie z wieloma tzw. partnerami, zabijanie nienarodzonych dzieci. Atakuje się instytucję rodziny, próbując upowszechniać związki na próbę albo podejmując próby legalizacji związków osób tej samej płci. W zanadrzu tej antychrześcijańskiej krucjaty czeka już sprawa eutanazji. Pod stałym nadzorem, niezwykle czujnych w tym wypadku mediów, są potknięcia biskupów i innych osób duchownych, których przewinienia są często przejaskrawiane i wyolbrzymiane. Modny dzisiaj staje się też prymitywny antyklerykalizm, którego apogeum przeżywaliśmy podczas wydarzeń pod pałacem prezydenckim w 2010 r. na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wyśmiewanie, ubliżanie i fizyczna przemoc wobec modlących się wówczas przy krzyżu, uskuteczniane przez pijaną hordę barbarzyńców, wielu czołowych polityków nazwało wtedy „sympatycznym happeningiem”.

***

Nie jest więc łatwo być dzisiaj chrześcijaninem wiernym swoim wartościom. Wychowanie dzieci i młodzieży do takiej postawy jest współcześnie ze wszech miar trudnym wyzwaniem dla rodziców, pedagogów czy też katechetów. Stają przed dylematem, jak nauczyć odwagi świadectwa przynależności do Chrystusa i wierności Kościołowi w środowisku, które o czym mogliśmy się przekonać z przywołanych przykładów, jest coraz bardziej agresywne wobec wierzących.

Domeną jednak chrześcijan jest nadzieja na przezwyciężenie wszelkich trudności. Dysponujemy w swoim zasobie chrześcijańskiego dziedzictwa świadectwem wielu naszych braci i sióstr, którzy także we współczesnych nam czasach, potrafili – pomimo zewnętrznych przeciwności – stawić im czoła. Bogactwem salezjańskiej pedagogiki w tym względzie jest postawa poznańskiej piątki. Błogosławieni wychowankowie poznańskiego oratorium przy ul. Wronieckiej mogą się stać niezwykle atrakcyjnymi dla nas partnerami w misji wychowania młodzieży na świadków wiary. Byli zupełnie zwyczajnymi młodymi ludźmi. W sposób doskonały zakorzenili w sobie trzy filary młodzieżowej duchowości zaproponowanej wychowankom przez księdza Bosko: życie sakramentem spowiedzi i komunii świętej oraz zawierzenie Najświętszej Maryi Panie Wspomożeniu Wiernych swojej codzienności. To są właśnie klucze do naszych wychowawczych sukcesów.

http://prasa.wiara.pl/doc/1385038.Czas-meczennikow

***************************************************************************************************************************************
REKOLEKCJE
****************
JEZUICI

#MwD: Co robisz każdego dnia?

Modlitwa w Drodze

Przemysław Mąka SJ

(fot. Reji / Foter / CC BY-NC-SA)

Wycisz się, przestań zwracać uwagę na otaczające cię dźwięki, wsłuchaj się w to, co Pan chce dziś tobie powiedzieć. Co mówi w twoim wnętrzu?

 

Dzień powszedni

Łk 11, 29-32 Ściągnij plik MP3 (ikonka) ściągnij plik MP3

Dzisiejsze Słowo pochodzi z Ewangelii wg Świętego Łukasza
Łk 11, 29-32
Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: «To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz».

Chrystus zwraca się do tłumu, który wzbrania się przed przyjęciem Dobrej Nowiny. Wiara kształtuje się na przestrzeni naszego życia. Przyglądnij się swojej osobistej historii zbawienia. Jakie znaki Bóg ci dał? Pamiętasz szczególne zdarzenia, osoby które spotkałeś. Jak one wpłynęły na twoją wiarę?

Jonasz i Jezus. Obaj byli znakami, zdawałoby się słabymi, nieskutecznymi, takimi, które można odrzucić. Cóż bowiem zrobił Jonasz? Po wyjściu z wnętrzności ryby wszedł do Niniwy i głosił prostą wiadomość: jeszcze 40 dni i Niniwa zostanie zburzona. Tyle. Spójrz na Jezusa – jakże więcej uczynił, a jednak byli tacy, którzy widzieli w Nim tylko jednego z nas, syna cieśli, jeszcze inni wariata i opętanego. Został odrzucony. Co robisz każdego dnia, by być wrażliwym na najmniejsze nawet poruszenia i znaki od Boga, by ich przedwcześnie nie odrzucić?

Pomyśl, czy jak królowa z południa potrafisz pokonać przeszkody i być wytrwałym, by usłyszeć głos Boga w swoim życiu? Co robisz z otrzymaną od Boga łaską? Czy podobnie jak mieszkańcy Niniwy reagujesz nawróceniem?

Jeszcze raz spójrz na swoją wiarę, jaką jest teraz i podziękuj Bogu za to, jak trudził się do tej pory w tobie. Podziękuj za wiarę, jaką On pokłada w tobie i otwórz się na więcej.

http://www.modlitwawdrodze.pl/home/

Rachunek Sumienia

Poniżej dostępne są pliki, które mogą ci pomóc w codziennej modlitwie rachunku sumienia. Jest to metoda wymyślona przez św. Ignacego Loyolę. Przygotowaliśmy 7 wprowadzeń, na każdy dzień tygodnia jedno. Pierwsze dni wprowadzają do kolejnych punktów metody modlitwy. Ostatni to zastosowanie metody w całości.

Swoje rozważania czyta o. Józef Augustyn SJ.

 

Dzień 1. – Dziękczynienie [I]

Rachunek sumienia to nie jest wyliczanie swoich grzechów. Pierwszym jego punktem jest zobaczenie jak Pan Bóg działa konkretnie w moim życiu.

Zadaj sobie pytanie gdzie w tym dniu była obecna Boża Łaska?

Dzień 2. – Dziękczynienie [II]

Dziękować w języku biblijnym oznacza być dla kogoś źródłem radości. Dziękuje ten, kto przeżywa radość, kto uczy się radości.

Co kieruje moim życiem? Czy jest to chęć przeżycia przygody, czy raczej przygnębienie i znużenie?

Za co mogę dziś podziękować?

Dzień 3. – Poznanie grzechów

Poproś o łaskę poznania swoich grzechów i siłę do odrzucenia ich.

Chodzi o wewnętrzne odczucie, że grzech jest źródłem nieszczęścia dla mnie samego i dla innych.

Które z twoich grzechów sprawiają ci najwięcej cierpienia i bólu?

Poproś, aby Pan pokazał ci związek między grzechem, a twoim cierpieniem.

Dzień 4. – Pragnienia nie uporządkowane

Przypomnij sobie pragnienia, jakie pojawiały się w tobie dzisiaj.

Jakie było ich źródło? Ku czemu one prowadziły? Jakie tendencje zauważasz w sobie? Opowiedz o nich Panu Bogu.

Dzień 5. – Pojednanie

Przebaczenie dotyka zawsze tego co nas najbardziej boli w relacji z innymi. Dlatego może jest takie trudne.

Czy poczułem się dziś skrzywdzony? A może to ja dziś kogoś skrzywdziłem.

Na ile jest we mnie żywe pragnienie pojednania.

Dzień 6. – Odrzucenie zła

Przebaczenie to coś więcej niż zapomnienie krzywdy. Tak naprawdę, to dokonać tego może w nas tylko Bóg.

Poproś aby to Pan Bóg wziął na siebie jego ciężar, za Twoje zło.

Zastanów się też, jakie jest źródło Twojego grzechu.

Dzień 7. – Całość rachunku sumienia

Przejdź teraz wszystkie punkty ignacjańskiego rachunku sumienia.

Zacznij od dziękczynienia, za osoby, wydarzenia i słowa, których doświadczyłeś, ale i które ofiarowałeś innym. Zobacz jak w nich przejawiała się Boża Obecność.

Następnie przeproś za każdą Łaskę, którą zmarnowałeś, za każde zło, za każdy moment niewierności.

Poproś też o siłę na kolejny dzień. O łaskę odrzucenia zła i wierności dobru.

 

***************
DOMINIKANIE

Mleko i miód. Odcinek 4: Trzy okresy

Langusta na palmie

Adam Szustak OP

(fot. shutterstock.com)

Adam Szustak OP: Mojżesz jest zabójcą. Trzeba pamiętać, że człowiek którego Pan Bóg powołał na jednego największych ludzi w  historii jest mordercą. Taki jest Boży zamysł, taki jest Boży plan działania: On zawsze wybiera jakiegoś patałacha, który nie tyle jest słaby ile jest grzeszny…

 

Czwarty odcinek internetowego słuchowiska wielkopostnego MLEKO I MIÓD prowadzonego przez o. Adama Szustaka OP. Po więcej zapraszamy na: www.langustanapalmie.pl

 

*****************
FRANCISZKANIE

Namrqcenie, odc. 8: Jak wierzysz?

franciszkanie.tv

Leszek Łuczkanin OFMConv

Dobrze jest wiedzieć co to znaczy wierzyć, bo w Piśmie Świętym czytamy, że na nawet złe duchy wierzą i drżą…

 

Franciszkańskie rekolekcje na Wielki Post 2014 – NAMRQCENIE. Rekolekcje oglądać można codziennie od 18 lutego do 5 kwietnia 2015 r. na DEON.pl i franciszkanie.tv Tegoroczny cykl prowadzi o. Leszek Łuczkanin OFMConv, Wikariusz Prowincji św. Maksymiliana.

 

*******************
SERCANIE

Internetowe Rekolekcje Wielkopostne 2015, ks. Andrzej Gołębiowski SDB (zapowiedź)

 

Internetowe Rekolekcje Wielkopostne 2015, ks. Andrzej Gołębiowski SDB Cz. I

 

 

PRZYGOTOWANIE DO SPOWIEDZI – POWTÓRKA

180 Sekund – KATECHIZM

W 180 Sekund chcemy przedstawić zagadnienia katechizmowe patrząc przez pryzmat ewangelizacji.
To kolejna cegiełka w budowaniu największej ambony w polskim Internecie.
Włącz się w to budowanie!

 

OBEJRZANY

180 Sekund – Chorych nawiedzać Profetopl
3:33
180 Sekund – Spragnionych napoić Profetopl
3:13
180 Sekund – Głodnych nakarmić Profetopl
2:39
180 Sekund – Modlić się za żywych i umarłych (video) Profetopl
3:34
180 Sekund – Urazy chętnie darować (video) Profetopl
3:59
180 Sekund – Strapionych pocieszać Profetopl
3:21
180 Sekund – Grzesznych napomnieć Profetopl
3:56
180 Sekund – Umarłych grzebać
*******************
BENEDYKTYNI

Porządek złych myśli

Ps-po
wydrukuj

Szymon Hiżycki OSB

W ostatnich dniach liturgia słowa wybrzmiała słowami proroka Izajasza, który wzywa nie do bezmyślnego zachowywania zewnętrznych postaw, lecz do nawrócenia serca: “rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków”. Dla proroka istotne jest, by dostrzec bliźniego i przyjść mu z pomocą.

 

Tego nie potrafi człowiek skupiony wyłącznie na sobie, a każdy grzech jest przecież szukaniem przede wszystkim swojej korzyści. W czasie Wielkiego Postu szukamy wspólnie drogi do tego, by przemienić się wewnętrznie i uwolnić od namiętności i grzechów, do których te prowadzą. Kościół po dziś dzień przestrzega przed popełnianiem siedmiu grzechów głównych. U początku tej nauki w łonie chrześcijaństwa stoi właśnie Ewagriusz z Pontu.

 

W dzisiejszym odcinku ojciec Szymon Hiżycki przybliży nam kolejność złych myśli. Zwyczajowa nauka o “siedmiu grzechach” zagubiła ten istotny przekaz, a mianowicie – że zło ogarnia człowieka stopniowo i według pewnej logiki. Czy ma to znaczenie? Owszem – dla każdego, kto pragnie od tego zła się uwolnić; asceza również musi mieć swoje etapy.

 

 

**************

Rekolekcje internetowe “Do ostatniej kropli”

KAI / ptt

(fot. photophilde / Foter / CC BY-SA)

W ostatnim tygodniu lutego ruszają Internetowe Rekolekcje Wielkopostne pn. “Do ostatniej kropli”, które poprowadzi ks. Marcin Boryń – duszpasterz Wspólnoty “Zarażę Cię Bogiem”.

14 odcinków rekolekcji pojawi się m.in. na: facebooku oraz na kanale Youtube. Będzie je można także odnaleźć na stronie internetowej www.zcb.wojciech.najlepsza.pl

 

Tematyka rozważań rekolekcyjnych będzie dotyczyła m.in. nadmiernych pragnień i spowodowanej nimi “pustyni braku”. – Chodzi o to, aby z pragnienia nie umrzeć. Ludzie, którzy przepełnieni są różnymi pragnieniami, które często mają źródło w głębi serca, mogą doświadczyć pustyni braku. Brak tego, co ugasi pragnienie, może doprowadzić do śmierci – przekonuje ks. Marcin Boryń. Będzie także mowa o rozczarowaniach oraz o kropli, która potrafi odmienić całe życie.

 

“Zarażę Cię Bogiem” to wspólnotą młodych ludzi, w tym studentów, działająca przy parafii św. Wojciecha w Kielcach. Ich duszpasterzem jest ks. Marcin Boryń.

 

Celem wspólnoty jest “trwanie w kontakcie z Bogiem” i dążenie do tego, by tę relację umożliwić innym osobom. “Zarażają Bogiem” głównie poprzez wspólną Eucharystię, modlitwę, adorację, nabożeństwa, czytanie i rozważanie Słowa Bożego. Grupa prowadzi też zespół muzyczny, szeroką działalność wolontaryjną, charytatywną oraz formację intelektualno – duchową.

 

Członkowie wspólnoty uczestniczą także w Diecezjalnych i Światowych Dniach Młodzieży, Ogólnopolskich Spotkaniach Młodzieży w Lednicy, Europejskich Spotkaniach Taize, Pieszej Kieleckiej Pielgrzymce na Jasną Górę czy Akademickiej Pielgrzymce na Jasną Górę, Rajdzie Świętokrzyskim czy Nocy Świętych.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,21386,rekolekcje-internetowe-do-ostatniej-kropli.html

 

***************************************************************************************************************************************
TO WARTO PRZECZYTAĆ
****************************

Rekolekcje – ponowne zbieranie

ks. Artur Stopka

(fot. shutterstock.com)

Warto zwrócić uwagę, że rekolekcje parafialne nie są “wyjściem na pustynię”. Rekolekcjonista nie ma prawa marnować czasu swoich słuchaczy. Im należy się szacunek.

 

W wielu parafiach odbywają się zawsze w tym samym terminie, na przykład w trzecim tygodniu Wielkiego Postu albo trwają od czwartku czwartego tygodnia do piątej niedzieli wielkopostnej. Są parafie, gdzie od lat głoszą je przedstawiciele tego samego zgromadzenia zakonnego. W innych proboszczowie proszą o ich przeprowadzenie starannie wybranych księży, czasami zamawiając termin kilka lat wcześniej. Bywa też, że głoszący je kaznodzieje są zupełnie przypadkowi i łapani na ostatni moment. Rekolekcje parafialne.

 

“Poszłam na rozpoczęcie naszych parafialnych rekolekcji, dowiedziałam się, jaki jest ich program i tematyka. Nie znalazłam niczego dla siebie. Muszę poszukać gdzie indziej. Chyba tam, gdzie byłam na rekolekcjach w zeszłym roku”. Mam w tym roku prowadzić rekolekcje w pewnej parafii. Zastanawiam się z niepokojem, jak liczni będą ci, którzy po pierwszym dniu, a może nawet wcześniej, zobaczywszy temat i program planowanych relokacji, powiedzą mniej więcej to samo, co o rekolekcjach w swojej wspólnocie parafialnej powiedziała mi kiedyś znajoma katoliczka. Mieszka w dużym mieście, więc ze znalezieniem rekolekcji, które w jakiś sposób nie tylko trafiłyby do niej, ale również przyniosły jej duchowy pożytek, nie miała problemu. W parafiach w mniejszych miejscowościach nie jest to już takie proste.

 

Nie mam złudzeń, że uda mi się przygotować parafialne rekolekcje “dla wszystkich”. Jednak pamiętam, co pisał św. Paweł “Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych” (1 Kor 9, 22). Dlatego nie jest mi obojętne, dla kogo będę głosił rekolekcyjne homilie i konferencje. Adresat jest dla rekolekcjonisty bardzo ważny (nie zapominając oczywiście, że kaznodzieja jest pierwszym słuchaczem słowa Bożego, które następnie głosi ludowi Bożemu). W pytaniu o adresatów chodzi jednak nie tylko o to, czy będą to głównie siedzący cały dzień za biurkiem urzędnicy, robotnicy z wielkich zakładów przemysłowych czy rolnicy. Najważniejsze pytanie jest inne. Brzmi: Jakie jest miejsce wiary w ich życiu?

 

Niejednokrotnie byłem świadkiem wygłaszanych przez rekolekcjonistów (czasami bardzo ostrych) połajanek dotyczących opuszczania niedzielnej Mszy św. i w ogóle słabego uczestnictwa w praktykach religijnych. Jedna z uczestniczek takich rekolekcji pytała mnie później “Dlaczego ten ojciec zakonny krzyczał na nas, że nie chodzimy do kościoła? Przecież w naszych czasach na parafialne rekolekcje przychodzi najgorliwsza część parafian, ci, którzy co niedzielę są na Mszy św.”. Gdy przekazałem tę uwagę zacnemu kaznodziei z dość popularnego zgromadzenia, zmierzył mnie wzrokiem mocno krytycznym i odrzekł: “To niech przekażą tym, którzy nie chodzą”.

 

Z dostosowywaniem treści rekolekcji do konkretnych adresatów trzeba jednak uważać. Zdarzyło mi się głosić rekolekcje w parafii, w której trwał pewien poważny konflikt między dwoma grupami mieszkańców. Dotyczył m. in. spraw ze sfery moralnej. Wiedzę o tym fakcie zdobyłem samodzielnie, nie od proboszcza. Gdy jednak – tylko na zasadzie przykładu – wspomniałem o istniejącej sytuacji, natychmiast odczułem dużą nieprzychylność ze strony zgromadzonych w kościelnych ławkach słuchaczy. Proboszcz też nie był zachwycony, ponieważ musiał się tłumaczyć przed parafianami, że to nie on rozpowiada komu popadnie o wewnętrznych problemach tamtejszej wspólnoty.

 

Z jakiegoś powodu rekolekcje parafialne głoszą kaznodzieje “z zewnątrz”, którzy nie są uwikłani w miejscowe problemy. To nie przypadek. Ich zadaniem jest przede wszystkim głoszenie Ewangelii i wskazywanie, w jaki sposób w naszych czasach żyć zgodnie z tym, czego naucza Jezus, ale – jak wynika z moich obserwacji – nie oczekuje się od rekolekcjonisty, że będzie proponował z ambony bardzo szczegółowe rozwiązania konkretnych spraw z terenu parafii.

 

Myślę, że w dzisiejszych czasach rekolekcje parafialne powinny być przede wszystkim umocnieniem dla ich uczestników. Zgodnie ze słownikowym znaczeniem słowa “recolligere”, ich głównym sensem powinno być przypominanie, ponowne zbieranie tego, co ich uczestnicy już przecież wiedzą, czym starają się żyć, ale co wśród codziennego zabiegania i natłoku zwykłych, powszednich trosk, często się rozsypuje, traci zwartość i wyrazistość, gubi się gdzieś wśród odcieni szarości, w których trzeba podejmować setki i tysiące decyzji małych, średnich, wielkich.

 

Warto zwrócić uwagę, że rekolekcje parafialne nie są — choćby krótkotrwałym jak np. rekolekcje zamknięte – “wyjściem na pustynię”. Ich uczestnicy chodzą do pracy, zajmują się swoimi rodzinami, wykonują codzienne obowiązki. W napiętych grafikach kilka dni pod rząd wygospodarowują jednak pewien czas na dodatkowe pójście do kościoła, na zajęcie się przez kilkadziesiąt minut sprawami wiary, ducha, swoją relacją Bogiem, w sposób intensywny, by nie powiedzieć wyłączny. Na podstawie rozmów toczonych przy okazji prowadzenia parafialnych rekolekcji dochodzę do wniosku, że dla wielu ich uczestników jest to w pewnym sensie “luksus”, zdarzający się raz do roku. Dlatego bliska mi jest uwaga pewnego doświadczonego kaznodziei, który stwierdził: “Rekolekcjonista nie ma prawa marnować czasu swoich słuchaczy. Im należy się szacunek”.

 

Chodziło mu, według mnie, nie tylko o powtarzanie w czasie rekolekcyjnych konferencji banałów. Biorąc pod uwagę  okoliczności, w jakich padły cytowane słowa, przypuszczam, że miał na myśli również o to, aby prowadzący parafialne rekolekcje nie pojawiali się przed słuchaczami ze zżółkłymi kartkami i wyuczonymi na pamięć formułkami, które z emfazą, ale bez większego zaangażowania, wygłosili już setki razy gdzie indziej. Muszę przyznać, że zatroskanie budzą we mnie rekolekcjoniści, którzy w czasie Wielkiego Postu wygłaszają “serie” rekolekcji, czasami ułożone w ten sposób, że nie mają nawet jednego dnia przerwy. Na przykład kończą w jednej parafii w środę wieczorem, a w następnej zaczynają od czwartku rana.

 

Przysłuchiwałem się pewnego razu nauce stanowej dla kobiet, wygłaszanej w czasie parafialnych rekolekcji. Kaznodzieja w pięknych frazach mówił o macierzyństwie, ograniczając się do jego bardzo wąskiego rozumienia, mówił o przyjmowaniu życia poczętego, o trosce o męża i dzieci, o szczególnej odpowiedzialności matki za przekaz wiary w rodzinie itp. Tymczasem w kościelnych ławkach przeważały wdowy i… singielki. W tym samym roku zresztą usłyszałem w innej miejscowości, jak członkini rady parafialnej pytała proboszcza: “Czy nie dałoby się w tym roku podczas rekolekcji parafialnych zamiast nauk stanowych dla kobiet i mężczyzn zrobić jednej konferencji dla małżeństw, a drugiej dla osób samotnych w różny sposób? Mamy ich tak dużo w naszej wspólnocie…”. Podobno eksperymentalnie wprowadzono tak takie punkty do programu rekolekcji i świątynia pękała w szwach.

 

Ktoś mi przed laty zwrócił uwagę, że do prowadzenia parafialnych rekolekcji nie są szczególnie poszukiwani kaznodzieje, których konferencje przypominają rwący strumień, zdolny porwać wszystko wokół i ponieść ze sobą. Preferowani są podobno rekolekcjoniści, których nauki porównać można do spokojnie płynącego potoku, który łagodnie obmywa wszystko, co się znajdzie w jego zasięgu.

 

Być może tak jest, bo przecież rekolekcjonista, podobnie jak św. Paweł do Koryntian, nie przybywa do parafii, aby błyszczeć i uwodzić swoim słowem oraz ludzką mądrością, lecz aby dawać świadectwo Chrystusowi. Moją ulubiona anegdota dotycząca rekolekcji mówi o kaznodziei, który koniecznie chciał się dowiedzieć, który fragment jego konferencji był tak bardzo poruszający, że skłonił kogoś do przystąpienia do spowiedzi po wielu, wielu latach. “To było wtedy, gdy ksiądz powiedział ‘Przejdźmy od punktu pierwszego do drugiego’…” – wyznał penitent.

 

 

W piątek zapraszamy na kolejny odcinek rekolekcji “Żyj, nie biegnij”. Stanisław Biel SJ o tym, co mogą nam dać Ignacjańskie Ćwiczenia Duchowne i dlaczego warto je odprawić.

http://www.deon.pl/religia/rekolekcje-wielkopostne/wielki-post-2015/zyj-nie-biegnij/art,2,rekolekcje-ponowne-zbieranie.html

************

Jak spotkać tego, kto kocha?

Magdalena Korzekwa i Ks. Marek Dziewiecki

(fot. shutterstock.com)

Magdalena Korzekwa: Wiele osób ma trudności z tym, by znaleźć osobę, z którą mogłyby zbudować mocną więź miłości, zawrzeć małżeństwo i założyć rodzinę. Takie osoby pytają o to, co wtedy robić? Czy zapisać się do wielu grup formacyjnych? Czy angażować się we wszystkie możliwe formy duszpasterstwa akademickiego?

 

Ks. Marek Dziewiecki: Zanim powiem, co konkretnie, co “technicznie” warto czynić, by poznać kogoś wartościowego, chciałem zwrócić uwagę na to, że w pierwszej kolejności każdy z nas powinien dorastać do miłości. Spotkanie wspaniałego kandydata na małżonka nic mi nie da, jeśli ja nie będę umiał kochać.

 

Większość ludzi zgodzi się chyba z tym, że miłość to postawa, a nie popęd, seks, hormony, uczucie, zakochanie, tolerancja, akceptacja czy naiwność. Miłość to postawa troski o drugą osobę i o jej rozwój aż do świętości.
Jednak to, że w miarę precyzyjnie opiszemy miłość, nie znaczy, że będziemy już w stanie kochać drugą osobę, gdyż to nie miłość kocha, lecz człowiek – z jego silnymi i niedojrzałymi aspektami. Jeżeli dwoje ludzi bierze ślub, to nie jest tak, że on mówi: Biorę Ciebie za żonę, a moja miłość ślubuje Ci, że będzie Cię kochać. Nie! To JA Ci ślubuję, że będę Cię kochał. Jeżeli rozczaruję Ciebie moją postawą, to nie moja miłość Cię rozczaruje, lecz to JA rozczaruję Ciebie. A jeżeli będę kochał Ciebie coraz bardziej i coraz mądrzej, to nie jakaś tajemnicza miłość Cię zachwyci, tylko JA Cię zachwycę.

 

Żeby móc pokochać kogoś, nie wystarczy więc wiedzieć, na czym polega miłość i co stanowi jej istotę. Trzeba stać się dojrzałym, mądrym, wiernym, odpowiedzialnym człowiekiem, zdolnym do panowania nad sobą, wytrwałości i dyscypliny. Trzeba wymagać od siebie takiej mądrości, takiej siły woli, takiej stanowczości, a jednocześnie takiej czułości, żeby mieć szansę na to, by kochać naprawdę: zawsze i za każdą cenę, w dobrej i złej doli.
To, że trzeba odróżniać miłość od osoby, wynika nie tylko z teoretycznej, akademickiej poprawności, lecz z praktyki codziennego życia. Popatrzmy na konkretny przykład. Oto mamy rodzinę, w której mama i tata okazują miłość swoim dzieciom za pomocą podobnych słów i gestów. Tyle tylko, że tata przeżywa poważny kryzys alkoholowy. Często przychodzi do domu pijany i zachowuje się wtedy w sposób agresywny i wulgarny. W tej sytuacji, gdy mówi: Kocham Cię, córeczko, i przytula ją, to na tę córkę jego słowa wcale nie działają pozytywnie. Co z tego, że w tym momencie ojciec deklaruje szczerze miłość i okazuje córce czułość, skoro za chwilę może się upić i zada wielkie cierpienie własnemu dziecku. Tata alkoholik jest nieobliczalny. To nie jest mocarz dobra, któremu córka może zaufać, do którego może pójść z każdym swoim problemem. Nie może, bo wie, że tata nie radzi sobie z własnym życiem i z własnymi słabościami. Tymczasem ten, kto kocha, jest stanowczy w dobru, wolny od zła, przewidywalny i obliczalny w swoich zachowaniach. Jest sejfem, przy którym inni czują się całkiem bezpiecznie.
Wiele dziewcząt, które wiążą się z kimś, kto nie potrafi kochać, popełnia właśnie ten błąd, że nie odróżnia osoby od miłości. Gdy w swej kobiecej intuicji czują, że chłopak szczerze deklaruje miłość, to myślą, że to wystarczy. W rzeczywistości to nie wystarczy. Jeśli jestem niedojrzały, to mogę ci całkiem szczerze deklarować miłość, ale nie jestem w stanie mojej deklaracji zrealizować. Każda dziewczyna powinna pamiętać o tym, że jeżeli jakiś chłopak deklaruje jej, że ją bardzo kocha i jest to naprawdę szczere, to jeszcze nie znaczy, że warto związać się małżeństwem z kimś takim. Trzeba najpierw przez wiele miesięcy uważnie przyglądać się jemu oraz jego cechom i zachowaniom.

 

Trzeba sprawdzać, czy jest to rzeczywiście ktoś mocny w dobru, pracowity, prawdomówny, wolny od uzależnień, panujący nad popędami i nad swoim ciałem. Trzeba sprawdzać, jakimi normami moralnymi i wartościami kieruje się na co dzień, czy i jakie stawia sobie wymagania. Trzeba sprawdzać, na ile jest związany z Bogiem, gdyż to Bóg jest najlepszym nauczycielem miłości. Jeśli okaże się, że ta osoba, z którą zaczynam budować bliższą więź, ma poważne problemy z wolnością, jest uzależniona, oszukuje mnie, krzywdzi innych ludzi, to mogę taką osobę kochać, ale – przynajmniej na razie – nie powinienem wybierać jej na małżonka, ani na rodzica moich przyszłych dzieci.
Powyższa zasada działa oczywiście w obie strony, czyli odnosi się zarówno do mężczyzn, jak i do kobiet. Jeśli jakiś student widzi, że dziewczyna, z którą tworzy parę, szczerze się nim cieszy, podobnie jak on nią, ale stopniowo okazuje się, że ma ona poważne słabości, że nie radzi sobie z samą sobą i z własnymi słabościami, że rozlatuje się emocjonalnie w obliczu drobnych nawet trudności, to na razie nie jest ona gotowa, by dojrzale kochać. W obliczu marzeń o małżeństwie i założeniu rodziny trzeba więc uważnie przyglądać się danej osobie i jej zachowaniom, a nie tylko jej najszczerszym choćby deklaracjom.
Co więc możemy zrobić, by znaleźć osobę, z którą moglibyśmy zbudować radosną więź miłości aż do śmierci? Najpierw trzeba samemu stać się takim dojrzałym człowiekiem, który jest w stanie pokochać drugą osobę i który potrafi dojrzale kochać samego siebie. Co to znaczy? Kocham samego siebie wtedy, gdy stawiam sobie tak wysokie wymagania, jakie wynikają ze słów i czynów Jezusa, z Jego miłości do nas. Kochać siebie to odnosić się do samego siebie z przyjaźnią, ale bez naiwności i bez rozpieszczania samego siebie. To przyjmować samego siebie z czułością, z cierpliwością, ale bez naiwności i bez mylenia miłości z egoizmem. To wymagać od siebie, by codziennie się rozwijać, by każdego dnia stawać się większym od samego siebie, by codziennie bardziej kochać tych, których kocham. To także mówić sobie całą prawdę na własny temat: i tę radosną, i tę czasem bolesną, niepokojącą, wzywającą do nawrócenia. Im bardziej kocham, tym większą mam szansę, że gdzieś w tłumie rozpoznam kogoś, kto też bardzo kocha, albo że zostanę rozpoznany przez taką osobę.
Z tego, co Ksiądz mówi, wynika, że największe szanse na znalezienie osoby, z którą można budować wielką miłość, mają ci, którzy dbają o swój własny rozwój duchowy, moralny, religijny, społeczny…

 

Właśnie tu leży istota sprawy! Dojrzałość polega na tym, by wymagać od samego siebie takiej dojrzałości, solidności, wierności i miłości, jakiej oczekuję od wymarzonego przeze mnie kandydata na małżonka. W kontekście przygotowania do małżeństwa jedyne, co chłopak i dziewczyna mogą sobie zagwarantować, to to, że każde z nich dorośnie do miłości, że stanie się takim człowiekiem, który będzie w stanie zawrzeć małżeństwo i okaże się wiernym małżonkiem oraz dobrym rodzicem swoich dzieci. Nikt z nas nie ma gwarancji, że na naszej drodze życia stanie ktoś, kto okaże się kimś podobnie dojrzałym i równie mocno kochającym. Kto jednak dorasta do wiernej i mądrej miłości, ten ogromnie powiększa prawdopodobieństwo, że spotka kogoś równie dojrzałego. A nawet jeśli nie spotka, to i tak będzie miał piękne więzi z rodzicami, z rodzeństwem, z przyjaciółmi, z samym sobą i z Bogiem, a to podstawa szczęścia na ziemi. Nie będzie to oczywiście jeszcze wtedy szczęście pełne, ale już prawdziwe.
Co warto czynić w kontekście marzeń o małżeństwie, oprócz zadbania o własny rozwój?

 

To zależy od płci. Zadaniem chłopaka, który uczy się kochać, jest rozglądać się na wszystkie strony, mieć oczy dookoła głowy po to, by szukać dziewczyny, która umie kochać i z którą aż się chce związać los doczesny. Gdy chłopak zobaczy pierwszą taką dziewczynę, która mu się spodoba fizycznie, która emocjonalnie zacznie go bardzo cieszyć, która będzie miała podobne jak on – albo jeszcze większe! – wartości, normy moralne i ideały, to powinien próbować budować z nią miłość na zawsze.

 

Jeśli ktoś będzie rozumował tak: Najpierw sprawdzę jeszcze, czy nie pojawi się druga, równie niezwykła, a może jeszcze bardziej niezwykła od tej dziewczyna – to taki mężczyzna wiele ryzykuje i prawdopodobnie nie potrafi podjąć decyzji na zawsze. Mówię uczciwie: jeśli nie zwiążesz się z tą pierwszą, która spełnia kryteria, to znaczy, że nie traktujesz poważnie własnego życia i postępujesz tak, jak byś miał istnieć na tej ziemi przez całą wieczność. Prawdopodobnie nie zwiążesz się małżeństwem z żadną dziewczyną i pozostaniesz osamotniony z własnej winy.
Jeżeli jakiś chłopak będzie rozumował w stylu: Ta dziewczyna pociąga mnie fizycznie, jest bardzo ładna, zadbana i cieszy mnie emocjonalnie, ma podobne ideały i wartości, rosnę przy niej i wiem, że można jej zawierzyć los doczesny oraz przyszłe dzieci, ale jeszcze trochę poczekam z oświadczynami, rozejrzę się po świecie, porównam ją do innych dziewczyn – to taki chłopak ma mentalność przegranego. Coś w nim nie gra. Albo boi się podejmowania decyzji na zawsze, albo jest tchórzem, albo jest egoistą, albo maminsynkiem, który niby chce, ale jednak nie chce, bo mamusia całkiem dobrze gotuje, sprząta po nim, pierze i prasuje, to co tu miałby zmieniać. Zadaniem dojrzałego młodego mężczyzny jest szukać dojrzałej i kochającej dziewczyny. I to szukać aktywnie, mądrze, w dobrym towarzystwie. Gdy spotka pierwszą dziewczynę, która spełnia wysokie kryteria i która go pociąga, gdy się o tym upewni, to powinien jej wprost o tym powiedzieć i zrobić wszystko, by ona się z nim związała.
Jakie jest z kolei zadanie dziewczyny? Jej zadaniem nie jest szukać męża, lecz pozwolić się znaleźć. To chłopak ma do Ciebie podejść, to on ma zacząć walczyć o Ciebie. A kiedy chłopak będzie chętnie walczył o Ciebie? Wtedy, gdy okażesz się tak mocna w Twojej przyjaźni ze sobą, z Bogiem, z rodzicami i przyjaciółmi, że wiesz, że potrafisz pogodnie i radośnie żyć nawet bez małżeństwa. Marzysz ogromnie o małżeństwie, ale też wiesz, że nawet wtedy, gdy nie spotkasz kogoś równie dojrzałego i kochającego, jak Ty, będziesz miała udane życie, poradzisz sobie ze wszystkim, zbudujesz mocne i wierne więzi przyjaźni, będziesz miała piękny wkład w życie bliskich, a także w życie społeczne w Twojej parafii, w Twoim środowisku zawodowym, wśród znajomych.
Im bardziej dziewczyna nie narzuca się chłopakom, im bardziej jest cierpliwa i nie zazdrości koleżankom, które już kogoś “mają”, tym bardziej staje się atrakcyjna i fascynująca dla mężczyzn i tym szybciej zostanie przez któregoś z nich znaleziona i doceniona. Oczywiście dziewczyna też powinna pomagać chłopakowi, by ją mógł odnaleźć, ale powinna czynić to dyskretnie, z klasą, cierpliwie.

 

Co powinnyście robić, dziewczęta, na co dzień? To, co Was interesuje! Nie naśladujcie tych dziewcząt, które tak rozumują: Może pójdę się wspinać na tamtą górę, bo tam mogą być bardziej wysportowani chłopcy, albo pójdę popływać, bo tam może będą przystojniejsi, albo pójdę się modlić całą noc, bo w kaplicy będą najbardziej pobożni. Nie myśl w ten sposób! Idź tam, gdzie Tobie to pasuje, gdzie jest Tobie po drodze. Masz tego dnia ochotę, by popływać, to idź pływać.

 

Chcesz dzisiaj wspinać się w górach, to idź się wspinać. Wolisz w tym momencie pójść się pomodlić, to idź się modlić. Czujesz, że teraz masz potrzebę się zdrzemnąć, to idź, schowaj się przed światem i odpocznij. Rób to, co Tobie pasuje, rozwijaj się na Twój sposób i na Twojej drodze życia. To właśnie wtedy masz największe szanse na to, że znajdzie Ciebie taki mężczyzna, który umie szukać i kochać. Dojrzałość polega na tym, by najważniejsze pragnienia i priorytety realizować wiernie, a nie szybko.

 

Wiecej w książce:

 


LABORATORIUM MIŁOŚCI TOM 1 PRZED ŚLUBEM

red. Zigniew Kaliszuk

******************************

Co mam robić w życiu – czyli kim jestem?

RTCK

Czytam opis spotkania: Za co byłbyś gotów oddać wszystko co masz?…hmm – odważnie, myślę. Dalej widzę pytania: Kim jesteś? Jaki jesteś? Po co jesteś? Kolejny raz ktoś próbuje zmierzyć się z pytaniami, które zgłębiam odkąd żyję na tyle świadomie, aby sobie te pytania zadać.

 

Spotkanie jest z serii “Rób to co Jezus”. No cóż, ciężko sięgnąć wyżej po Nauczyciela w tym temacie. Będę.

 

Jestem na spotkaniu. Prawie pełna sala. Na scenę wchodzi dominikanin, uśmiecha się łagodnie, bije od niego duży spokój, czuć to wyraźnie, nawet z piątego rzędu, gdzie siedzę. Kogo dziś słucham? Ojciec Tomasz Nowak, od wielu lat głosi, prowadzi inicjatywy modlitwy uwielbieniowej, jest muzykiem, i jak podano na koniec, trochę z uśmiechem, od niedawna jest “szefem” o. Adama Szustaka w łódzkim klasztorze. Poza tym, to drugi w Polsce, obok o. Adama dominikanin ze statusem wędrownego kaznodziei. Zapowiada się ciekawie.

 

Zaczyna się konferencja…Ojciec Tomek mówi spokojnym, ciepłym głosem. Cicho, ale na tyle wyraźnie, że docierają do mnie wszystkie słowa wraz z emocjami, które się w nich kryją.
Jedna z najważniejszych kwestii wybrzmiewa już w pierwszej połowie spotkania: Ważniejsze jest to, kim jesteś, od tego co masz robić. Bo to, co masz robisz, wynika z tego, kim jesteś, nie odwrotnie.
Mija godzina. Niektóre słowa trafiają prosto do mojego serca. Wszystkie natomiast są ważone przez Ojca, zanim się pojawią. Nie ma tu przypadku. Czuć, że za każdym z nich stoi wielkie doświadczenie i wielka pokora człowieka, który otwiera się na Ducha Św.

 

Skupione twarze ludzi obok pozwalają mi poczuć się w pewnej bliskości z nimi, choć to przecież nieznajomi. Obserwuję, że ich także dotyka to, co słyszą. Widać, że nie tylko słuchają ale słyszą… Niewiele osób dziś potrafi mówić tak, aby inni naprawdę chcieli słyszeć. Ojciec Tomek trafia. Jest autentyczny.

 

Nie ma w tym głoszeniu fajerwerków, ani nadmiernego “show”. Jest człowiek. Człowiek zapatrzony w Boga, który zdecydowanie ma coś ważnego do powiedzenia i jest gotowy, aby dzielić się tym z innymi.

 

Zaczyna się druga część. Jest o talentach, o tym, jak rozpoznać te służebne względem tych, które są główne. Pojawia się ważny motyw cierpienia, które towarzyszy powstawaniu wszystkich wielkich dzieł i które, tak jak ziarnko piasku dostające się do muszli w procesie powstawania perły – jest impulsem do zmian i towarzyszy całemu procesowi rozwoju ku dobremu.
Słucham o potrzebie wyjścia ze swojej strefy komfortu...Nie chcę o tym słuchać, bo aż za dosłownie uderza to we mnie, ale w tym momencie przenosimy się wszyscy pod krzyż i możemy wspólnie spojrzeć na Tego, który jak nikt inny wciąż przekraczał swoje granice komfortu…aż do granicy śmierci. To co słyszę, jest do bólu prawdziwe.

 

Na koniec ma miejsce seria pytań. Ciekawy moment, bo mogę skonfrontować z innymi swoje wrażenia słuchając, o co pytają inni.

 

Już w drugim pytaniu pada mocny strzał: Gdzie jest Bóg, gdy zło dzieje się na świecie? Pytanie zadaje młody chłopak z pierwszego rzędu.

 

Na sali w momencie zapada absolutna cisza… Ojciec Tomek, wbrew oczekiwaniom, mierzy się z tematem, prawdopodobnie zupełnie inaczej, niż się spodziewaliśmy. Cisza, po jego pełnej mocy odpowiedzi, o ile to możliwe, jest jeszcze głębsza. Nieśmiało zadaję jedno pytanie o kwestie marnowania swoich szans.

 

Dostaję odpowiedź, nie prostą, ale wskazującą kierunek. Inni też pytają, o rzeczy ważne, fundamentalne. Widać głębokie poruszenie. Też jestem poruszona, choć obowiązki każą mi natychmiast po konferencji wrócić do swoich zajęć. Aż chce się raz jeszcze, na spokojnie wsłuchać  w te treści.

 

 

Czy dostałam odpowiedzi na pytania, z którymi przyszłam na to spotkanie? W większości tak, choć inne, niż sobie to “zaplanowałam”. Na szczęście inne.

 

Uczestniczka spotkania


Dziś, 25 lutego ma miejsce premiera nagrania o. Tomasza Nowaka OP ze spotkania “Poszukiwacze Pereł. Za co byłbyś gotów oddać wszystko co masz?”, które odbyło się 17 stycznia w Nowym Sączu.
Dodatkowo, na stronie www.robtocokochasz.pl można otrzymać darmowy dostęp do pełnej sesji pytań do ojca Tomasza po tej konferencji w formie video.
Patronem medialnym wydania “Poszukiwaczy Pereł” jest Deon.pl

 

 

********

Wpływ dzieciństwa na obraz Boga

slo / Stanisław Morgalla SJ / Życie Duchowe
 

Gdy byłem dzieckiem… (fot.sxc.hu)

Jestem pewien, że Bóg, którego Rozalia będzie kiedyś publicznie wyznawała, będzie miał coś z dyskretnego ciepła jej mamy, ekstrawagancji taty i neokatechumenalnego radykalizmu. Bóg, który jest w niebie, nie zawaha się i będzie posługiwał się tymi nieswoimi atrybutami jak własnymi, aby trafić do niejednego ludzkiego serca z Dobrą Nowiną.

 

“Róziu , zrób «Amen»!” – ciepłym głosem zachęca córeczkę Janek, aktywny członek wspólnoty neokatechumenalnej. Dziewczynka z radością składa rączki w charakterystycznym geście. Czy jest to pierwsza modlitwa, czy tylko zabawa w modlitwę? Wyuczony odruch czy początki religijnych postaw? Jaką świadomość Boga posiada to dziecko i jak to się będzie miało do religijności dorosłej Rozalii? A co by było, gdyby Janek nie był gorliwym katolikiem, tylko walczącym ateistą lub nałogowym alkoholikiem? Czy Rozalkowy Bóg w ogóle by się “narodził”? Czy też byłby wiecznie “nieobecny” i “pijany”? Pytania można mnożyć, ale ostatecznie chodzi o jeden i ten sam, ogromnie ważny dla każdego problem: wpływ dzieciństwa na obraz Boga. Problem równie pasjonujący, co trudny i złożony, dlatego ograniczymy się tylko do kilku kwestii.

I stworzył człowiek Boga…

Podobnie jak wszystko inne także obraz Boga tworzy się w umyśle człowieka stopniowo, z poszanowaniem praw rozwoju intelektualnego, emocjonalnego i moralnego. Idąc śladem Jeana Piageta, prekursora nowoczesnego podejścia do ludzkiego rozwoju, moglibyśmy się spodziewać, że obraz ten najpierw będzie materialny i konkretny, a dopiero z czasem nabierze cech abstrakcyjnych i formalnych, uzyskując ostatecznie status bytu duchowego, niezależnego od ludzkiej subiektywności. I tak mniej więcej sprawy wyglądają, o czym przekonują różne nurty psychologii rozwojowej. Można powiedzieć, że w mikroskali ludzkiego umysłu powtarza się dzieło stworzenia świata: od pierwotnej jedności (nicości) przechodzi się do wielości, od chaosu i arbitralności do hierarchii ważności i porządku, od materii do ducha. Odmiennie niż w Biblii w naturalistycznej historii stworzenia zwieńczeniem jest pojawienie się nie człowieka, lecz Boga, który jednak – jak chciał Ludwig Feuerbach – nosi wszelkie znamiona podobieństwa do swego stwórcy, czyli wyidealizowanego człowieka. Taka, w ogromnym skrócie, jest geneza obrazu Boga u ludzi dorosłych. Obrazu, który często niewiele mówi o Bogu, ale za to bardzo dużo o konkretnym człowieku i jego dotychczasowej historii życia. Teza tyle śmiała, co banalna, ponieważ łatwo ją udowodnić czy zweryfikować w potocznym doświadczeniu religijnym.

Skąd bowiem biorą się tak wielkie różnice w wizji Boga konkretnych ludzi, które często bywają sprzeczne między sobą, a bynajmniej nie chodzi tu o różnice doktrynalne czy wyznaniowe? Jedna kobieta lubi modlić się do Boga Ojca, a druga w ławce obok nie może spokojnie nawet pomyśleć o Bogu jako dobrym ojcu czy w ogóle kimś rodzaju męskiego. Ktoś z upodobaniem kontempluje obraz Jezusa miłosiernego, a jego sąsiad z przeciwka otwarcie kontestuje ideę Bożego miłosierdzia i nie przyjmuje do wiadomości, że Bóg sprawia, iż słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi (Mt 5, 45). Czym usprawiedliwić te różnice, skoro wszyscy wyznają jedną wiarę, jeden chrzest i modlą się do jednego Boga? Na przekór oczekiwaniom specjalistów od ludzkiego rozwoju i na złość filozofom oraz teologom obraz Boga wcale nie dąży do emancypacji z subiektywnych uwarunkowań, ale wprost przeciwnie – uwielbia się w nich pławić. Widać ludzkim umysłom istota Boga nie została dana raz na zawsze, tak jak istota drzewa: boskości nie sposób odcedzić z całego oceanu spostrzeżeń, wyobrażeń i myśli, tak jak jest to możliwe w przypadku “drzewowatości”. To dlatego każdy dorosły człowiek zareaguje konsternacją, gdy poprosimy go, żeby namalował… Boga, natomiast bez wahania narysuje drzewo. Jednak skoro z banalnego rysunku drzewa psycholodzy potrafią wyciągnąć wiele trafnych uwag dotyczących autora i historii jego życia, o ileż bardziej niezastąpione źródło informacji o intymnym życiu osoby stanowi jej wyobrażenie Boga.

W tym temacie każdy jest artystą par excellence i, chcąc nie chcąc, tworzy własny obraz Najwyższego, przy użyciu środków i technik, które zdobywa całe życie, poczynając nieomal od pierwszego dnia. Dlatego ostateczna wersja kryje w sobie całą i długą historię poszukiwań czy prób, a pod warstwami świeżej farby odkryć można wcześniejsze, które bynajmniej nie były niepotrzebne – przydają ostatecznemu kształtowi dzieła jego głębię, choć jednocześnie są podstawą do powrotu bardziej prymitywnych wyobrażeń Boga i form religijności. Wbrew pozorom nie chodzi tu o idolatrię, ale o jak najbardziej prawomocne przedstawienie (ang. representation) Boga.

 

Gdy byłem dzieckiem…

Bóg “domowej roboty” łatwo mógłby stać się bożkiem i niczym by się nie różnił od bałwanów, które strugali i czcili nasi antenaci, gdyby nie fakt, że człowiek z natury potrzebuje takich mentalnych przedstawień i wyobrażeń; nie tylko Boga, ale także siebie i innych ludzi. Więcej, to dzięki takim przedstawieniom i zapośredniczeniom możliwy jest rozwój, a dzięki stopniowemu rozwojowi możliwe staje się przejście od tego, co konkretne, biologiczne czy psychiczne, do tego, co symboliczne, metafizyczne, interpersonalne i religijne. Tej kolejności nie da się przeskoczyć: najpierw człowiek jest dzieckiem, mówi, czuje i myśli jak dziecko, a dopiero w dalszej kolejności staje się dorosły. Jego dorosłość w znacznym stopniu zależy jednak od tego, czy jako dziecko miał do czynienia z dorosłymi, którzy okazali się godni jego zaufania i wiary.

Współczesne badania nad ludzkim rozwojem jednomyślnie podkreślają kluczowe znaczenie pierwotnego środowiska, w którym kształtuje się nowe ludzkie istnienie. Odmiennie od biblijnego pierwowzoru to stworzenie nie powstaje z niczego i nie dzieje się w próżni. Od łona matki zaczynając, poprzez ścisłą z nią symbiozę pierwszych miesięcy i zależność kolejnych lat życia, aż po coraz bardziej intensywną interakcję z poszerzającym się światem przedmiotów, ludzi, idei i myśli – człowiek kształtuje wizję siebie i wszystkiego innego, opierając się na dostarczanych mu bodźcach i materiałach. Razem z “mlekiem matki” całe otoczenie wsącza się do wnętrza dziecka i tworzy – oczywiście w ciągłej interakcji z jego rozwijającymi się równolegle zdolnościami – własną wewnętrzną kopię. Uciekamy się do języka nieco metaforycznego, bo nie sposób nawet częściowo omówić ten proces, ale też nie wolno go pominąć czy przemilczeć. Niech pomocą w uzmysłowieniu sobie jego wagi będzie dygresja na temat schematu tworzenia się funkcji psychicznych.

Jest już rzeczą powszechnie wiadomą, że wszystkie funkcje psychiczne kształtują się w ściśle określonym momencie rozwoju, a ich anatomiczne fundamenty tworzą się pod wpływem właściwej stymulacji zmysłowej otoczenia. Przykładowo, gdyby w decydującym okresie dziecko nie było stymulowane dźwiękiem ludzkiej mowy, stałoby się niezdolne do posługiwania się nią, gdyż kora mózgowa odpowiedzialna za język rozwinęłaby się w sposób niewłaściwy. Podobnie z innymi funkcjami zmysłowymi, na przykład widzeniem czy słyszeniem, nie mówiąc już o strukturach odpowiedzialnych za rozwój emocjonalny czy społeczny. Jeśli zabraknie właściwej i odpowiedniej do wieku stymulacji ze strony otoczenia, nie pojawią się też stosowne funkcje psychiczne i psychika nie rozwinie się w sposób prawidłowy.

Wpływ otoczenia na kształtowanie się jednostki jest do tego stopnia deterministyczny, że Bruce Wexler, podsumowując osiągnięcia współczesnej neurobiologii, nie wahał się stwierdzić, że “środowisko kształtuje mózg dziecka na swój własny obraz” . Bóg, którego wyobrażają sobie dzieci, będzie Bogiem ich rodziców, a w początkowych fazach nawet będzie “jak” jego rodzice, bo nadając formę tej tajemniczej postaci o imieniu Bóg, dziecko ucieknie się do wyobrażenia własnych rodziców, jak to na wiele sposobów wykazała swego czasu Ana-Maria Rizzuto w głośnej książce pod tytułem Narodziny żyjącego Boga . Rok temu (w 2007 roku) w Rzymie, podczas sesji naukowej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, autorka podkreślała to, mówiąc: “Nigdy nie jesteśmy w pełni sami sobą, jeśli inni nie wchodzą, by stać się częścią naszej struktury biologicznej i psychicznej. Być może to jest ontyczny sposób, w jaki Bóg daje nam poznać, że jesteśmy ostatecznie tylko stworzeniami”.

 

Kiedy stałem się dorosły…

Sygnalizując determinizmy i złożoność procesu kształtowania się obrazu Boga w ludzkim umyśle, chcemy przede wszystkim wytrącić ze świętego spokoju nasze poczucie bezpieczeństwa co do stanu osobistej wiary. Jeśli pocieszająca jest prawda, że katolicyzm niejako wysysamy z mlekiem matki, to już mniej optymistyczny staje się fakt, że jest to katolicyzm skrojony na miarę, która nie we wszystkich miejscach przystaje do wiary jednego, świętego, katolickiego Kościoła powszechnego. Może to oczywiste, ale warto przypomnieć, że czym innym jest obraz Boga, a czym innym Bóg Objawienia. Dysproporcja między jednym a drugim jest najczęściej taka, jak między garścią wody a oceanem, by posłużyć się znanym wyobrażeniem św. Augustyna. Choć Bóg godzi się na swoje obrazy i zapośredniczenia, co stanowi o niesamowitej aktualności tajemnicy Wcielenia, nigdy jednak nie ogranicza się do nich. Przeciwnie, poprzez nowe wydarzenia i nowych ludzi, których stawia na drodze człowieka, odsłania ciągle nowe horyzonty, bo choć droga wiary zawsze kiedyś się zaczyna, to nigdy się nie kończy. Kto więc w tym temacie już spoczął na laurach, niech bacznie uważa, na czym siedzi.

Nie miejsce tu, by zbytnio rozwijać kwestię relacji między osobistym aktem przylgnięcia do wiary (łac. fides qua creditur) a wiarą poddaną do wyznawania przez Kościół, czyli Objawieniem Bożym (łac. fides quae creditur). Konfrontacja naturalnego obrazu Boga, o której tu wiele napisaliśmy, z zawartością wiary katolickiej zaczyna się już od pierwszych lat życia poprzez kontakt kolejno z rodzicami, katechetami i duchownymi. Ufamy, że w ramach tej interakcji obraz Boga zbliża się do tego, co wyraża na tyle sposobów Kościół. Zapominamy jednak zbyt łatwo, że poprzez katechezę i innego rodzaju przekazy religijne oddziałujemy raczej na sferę racjonalną człowieka, podczas gdy o obrazie Boga częściej decydują aspekty emocjonalne. Dlatego naszej katechezie – zwłaszcza szkolnej – zawsze można będzie postawić zarzut racjonalizowania wiary, czyli sprowadzania jej do treści formuł i doktryny. Taki rodzaj obiektywizowania obrazu Boga może mieć niewielki wpływ na jego bardziej prymitywne formy, których jedyną, ale za to decydującą o trwałości zaletą jest to, że zrodziły się na podstawie żywych i emocjonalnych więzi. Jeśli chce się realnie zmienić obraz Boga, trzeba przyjrzeć się jakości relacji, jakie mają miejsce w przekazywaniu prawd wiary: muszą być osobiste i głębokie, a nie urzędowe i czysto formalne.

Wróćmy choćby do wspomnianych wcześniej osób, z których jedna nie potrafiła przyjąć Boga jako dobrego Ojca, a druga nie akceptowała obrazu Boga miłosiernego. Niewątpliwie przyczyny tak charakterystycznych rysów obrazu Boga należy poszukiwać w historii ich życia, najczęściej w dzieciństwie. Nierzadko przyczyny te wiążą się z traumatycznymi doświadczeniami, których wspomnienie zostało wyparte z pamięci i pogrzebane w nieświadomości. Dla zwykłego duszpasterstwa – co zrozumiałe – takie rejony są niedostępne, ale często też – powiedzmy to uczciwie – zupełnie bagatelizowane przez osoby odpowiedzialne, na przykład spowiedników czy kierowników duchowych. Temat ten jednak pozostaje aktualny i wraca w środowisku coraz bardziej popularnych praktyk terapeutycznych. I to stamtąd przychodzą sygnały, które rzucają niezwykle ważne światło na poruszany przez nas problem.

Jak bolesne są powroty do zapomnianej przeszłości, a z drugiej strony jak jeszcze trudniejsze są zmiany, wiedzą najlepiej terapeuci. Oni także przekonują, że od kwestii Boga nie sposób uciec i to przy zachowaniu całej neutralności światopoglądowej. Oni też dają świadectwo o wadze osobistego kontaktu z drugim człowiekiem, który to kontakt jest w stanie zmienić radykalnie nawet najtrudniejsze doświadczenia z przeszłości. Wspomniana nieco wcześniej Ana-Maria Rizzuto mówiła, że “zarówno mózg, jak i plastyczność psychiki pozwalają na powtórne przejście i zreorganizowanie doświadczenia własnego «ja» i jego podstaw za każdym razem, gdy nowe spotkania z innymi ludźmi […] wymagają włączenia tego, co jest nowe i inne, a nawet sprzeczne z poprzednimi doświadczeniami”. To przekonanie zilustrowała bogatym materiałem z terapii niewierzącej kobiety, która pod wpływem doświadczenia relacji terapeutycznej przewartościowała wizję nie tylko siebie, ale osób znaczących w jej życiu i w końcu także obraz Boga. Ostatecznie wróciła do wiary w Boga i praktyk religijnych. Determinizmy rozwojowe w kwestii wiary nie są więc tak absolutne, jak się wydają.

Co jednak począć, gdy ktoś nie może pozwolić sobie na wieloletnią terapię, a nosi w sobie tak zwane zranienia z dzieciństwa? Czy już na zawsze pozostanie ich bezwolną ofiarą? Nie sposób odpowiedzieć ogólnikowo na takie pytania, zwłaszcza gdy zadawane są w dramatycznym kontekście historii osób, które zostały na przykład wykorzystane seksualnie przez własnych rodziców lub doświadczyły nieludzkiego okrucieństwa. Odpowiedzią jest jednak sama tajemnica obecności Boga w świecie, który – może wbrew chwilowym rozczarowaniom i zawodom – działa i stawia odpowiednich ludzi na drodze wiary. Czasem dostrzeżenie ukrytej Obecności pośród zwyczajnych ludzkich obecności jest już krokiem w głąb tajemnicy zbawienia. Stworzyciel bowiem nie zapomniał o swoim stworzeniu i pragnie je w całości przygarnąć do siebie, a Jego ramionami są ludzie dla ludzi. To jest lekcja chrześcijańskiego realizmu, do której zachęca cytowany w motcie Romano Guardini . To jest też sfera osobistej odpowiedzialności, z której nikt nas nie zwolni: każdemu z nas jego przeszłość, w tym i dzieciństwo, została nie tylko dana, ale i zadana. Nigdy też nie wiemy, jaka ona będzie, bo z perspektywy czasu nabiera nowych znaczeń, a jej wymowa ciągle się zmienia. I często doświadczenia graniczne – te bolesne i te radosne – podlegają przewartościowaniu.

Na zakończenie wróćmy do Rózi. Jestem pewien, że Bóg, którego Rozalia będzie kiedyś publicznie wyznawała, będzie miał coś z dyskretnego ciepła jej mamy, ekstrawagancji taty i neokatechumenalnego radykalizmu. Bóg, który jest w niebie, nie zawaha się i będzie posługiwał się tymi nieswoimi atrybutami jak własnymi, aby trafić do niejednego ludzkiego serca z Dobrą Nowiną. Cała ta szczególna otoczka wiary Rózi będzie kolejnym przejawem tajemnicy Wcielenia i Kościoła, bo taka jest wola Stwórcy, który jako Bóg żywy objawiał się w dziejach ludzkości, a ostatecznie objawił się w Jezusie Chrystusie i działa dalej w Jego świętym Kościele. Obraz Boga, który ukazujemy sobą i naszą działalnością, jest jednocześnie naszym autoportretem i ikoną Boga, poprzez którą inni mogą dostrzec oblicze żywego Boga. I nie ma tu żadnej sprzeczności. Przecież jesteśmy powołani do tego, by być jedno w Chrystusie, tak jak On stanowi jedno z Bogiem Ojcem w Duchu Świętym.

 

Życie Duchowe

http://www.www.deon.pl/inteligentne-zycie/wychowanie-dziecka/art,72,wplyw-dziecinstwa-na-obraz-boga.html

***************

Gdzie jesteś tato? – czyli za kim tęskni każda kobieta [VIDEO]

Vimeo / kk

Składam Cię ze swojej niepamięci. Ze wspomnień próbuję wydobyć Twoją dumę, bo przejechałam rowerem kilka metrów, a przy wierszu na dzień ojca zapomniałam tylko jednej zwrotki. Szukam Twojej obecności, kiedy pierwszy raz przekraczałam próg szkoły; wzruszenia, gdy odbierałam ostatnie świadectwo. Wypatruję Twojego gniewu, bo ktoś miał odwagę złamać mi serce i troski na widok tego jak płaczę

https://vimeo.com/13930699

 

Pielęgnuję w sobie obraz Twoich nieprzespanych nocy, pracy ponad siły… Przecież nie mogło mi niczego zabraknąć.  W końcu, a może przede wszystkim, patrzę na to jak traktowałeś mamę – nigdy nie wątpiła, że jest tą jedną i najważniejszą.

 

Tęsknię do tego, jak mówiłeś, że jestem piękna, mądra i ważna. Potrzebuję tego zwłaszcza teraz, bo mnie samej coraz trudniej w to wierzyć.

 

Potrzebuję Cię Tato

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ojcostwo/art,149,gdzie-jestes-tato-czyli-za-kim-teskni-kazda-kobieta-video.html

*********

ks. Marek Dziewiecki
Jak wychowywać chłopców?
Don Bosco
Najważniejszym miejscem wychowania chłopców – podobnie jak i dziewcząt – jest dom rodzinny. To tutaj chłopcy powinni uczyć się wszystkiego, co jest ważne dla ich prawidłowego rozwoju i dla ich dobrej przyszłości.

Integralne wychowanie
Mądre wychowanie to troska o ciało i ducha, bo wychowanek nie jest ani aniołem, ani zwierzęciem.

Realistycznie myśleć, mądrze kochać, solidnie pracować
Zadaniem rodziców jest troska o wszechstronne i harmonijne wychowanie syna.  Każda jednostronność w wychowaniu jest szkodliwa i prowadzi do zaburzenia rozwoju. Celem mądrego wychowania nie jest ani zwycięstwo ducha nad ciałem, bo chłopiec nie jest bezcielesnym aniołem, ani też zwycięstwo ciała nad duchem, bo chłopiec nie jest pozbawionym duchowości zwierzęciem. Wychowanie to zatem respektowanie zasady, że zdrowego ducha najłatwiej jest kształtować w zdrowym ciele. To oznacza, że im zdrowszy ma chłopiec tryb życia, im mądrzej się odżywia, im bardziej jest wysportowany i zaprawiony do wysiłku, tym większe osiągnie sukcesy w rozwijaniu sfer duchowej, moralnej i religijnej. Zasada ta działa też w drugą stronę, gdyż człowiek jest jednością ciała i ducha. Do wychowania odnosi się zatem biblijna zasada, że kto ma, temu jeszcze będzie dodane, a kto nie ma, temu zabiorą i to niewiele, co osiągnął. Jeśli rodzice i inni wychowawcy chcą, by wychowanie chłopca było rzeczywiście wszechstronne, a zarazem harmonijne, to muszą postawić sobie trzy główne cele. Pomaganie chłopcu, by uczył się:
– realistycznie myśleć,
– mądrze kochać,
– solidnie pracować.
Pierwsza metoda wychowawcza: Miłość
Gdy chodzi o metody wychowania, to pierwszą i najważniejszą z nich jest miłość. Najłatwiej wychować tych chłopców, którzy wiedzą, że są bardzo kochani. Zadaniem, zwłaszcza rodziców, jest wystrzeganie się tego, by nie pomylić miłości z naiwnością, z rozpieszczaniem czy z pobłażaniem słabościom syna. Jedną skrajnością jest stawianie wymagań, bez wspierania chłopca miłością cierpliwą, ofiarną i czułą. Wtedy mamy do czynienia z wojskowym drylem czy tresurą, a nie z wychowaniem. Wychowanek, który nie czuje się kochany, traci radość życia i nie znajduje w sobie zapału ani entuzjazmu, który jest konieczny do pracy nad sobą. W takiej sytuacji wychowanek może się jedynie buntować lub załamać, wycofać w samotność albo uciekać od trudnej rzeczywistości w alkohol, narkotyki czy wirtualny świat internetu. Drugą skrajnością jest naiwność i przesadna dobrotliwość rodziców, która przejawia się w tym, że wprawdzie okazują synowi miłość, ale nie stawiają mu wymagań koniecznych do jego rozwoju.
Druga metoda wychowawcza: Perspektywa rozwoju
Metoda druga wychowania wszechstronnego i harmonijnego polega na fascynowaniu chłopców perspektywą pięknego rozwoju. Rolą dorosłych jest pobudzanie u chłopców zdrowej ambicji, mobilizowanie ich do stawiania sobie wysokich, a jednocześnie realistycznych celów, pokazywanie pozytywnych przykładów chłopców i mężczyzn z najbliższego środowiska, opowiadanie o wspaniałych mężczyznach w dziejach ludzkości, począwszy od wielkich postaci biblijnych – Abrahama, Mojżesza, św. Józefa czy św. Piotra. Ogromnie ważne jest fascynowanie chłopców postacią Jezusa, gdyż wcielony Syn Boży to najwspanialszy wzór dla chłopców i mężczyzn wszystkich czasów. Trzeba zatem pomagać wychowankom, by od dzieciństwa poznawali słowa i czyny Jezusa, by coraz lepiej rozumieli Jego mądrość, Jego dobroć i stanowczość, Jego postawę wobec dzieci i kobiet, wobec ludzi szlachetnych i błądzących. Trzeba wręcz zachwycać chłopców upewnianiem ich o tym, że jeśli będą korzystali z pomocy Boga i mądrych ludzi, to staną się tak silnymi i dojrzałymi mężczyznami, że piękne i szczęśliwe dziewczęta będą marzyły o tym, by ich poślubić. Wychowywać chłopców to stanowczo mobilizować ich do stawania się takim mężczyzną, któremu w przyszłości żona i dzieci będą dziękować za miłość i przy kim będą czuć się bezpieczni w każdej sytuacji.
Trzecia metoda wychowawcza: Demaskowanie zagrożeń
Trzecią metodą wychowania chłopów jest demaskowanie zagrożeń. Wychowankowie nie powinni być pozostawieni samym sobie w obliczu demoralizatorów, z którymi mogą zetknąć się dosłownie wszędzie: Wśród sąsiadów i rówieśników, w szkole, na ulicy, w dyskotece, w mediach. Trzeba wyjaśniać chłopcom, że najchętniej i najbardziej nachalnie usiłują uczyć nas sztuki życia ci, którzy sami żyć nie umieją, na przykład politycy, artyści czy osoby znane z mediów, które mają poważne problemy we własnym małżeństwie i rodzinie, albo przedwcześnie umierają, bo wpadają w alkoholizm czy narkomanię. Trzeba wyjaśniać chłopcom, że najgroźniejszą pułapkę zastawiają na nas ci, którzy obiecują nam łatwe i szybkie szczęście.

Czwarta metoda wychowawcza: Reagowanie na zachowania wychowanków
Czwarta metoda to mądre reagowanie na zachowania wychowanków. Jeśli korzystają z pomocy dorosłych, stawiają sobie wymagania, jeśli wzrastają w mądrości i miłości u Boga i ludzi, to wtedy wychowawcy powinni z radością to dostrzegać i mówić im o tym, że razem z nimi cieszą się ich sukcesami. Pamiętajmy, że wsparcia ze strony dorosłych potrzebują nawet ci chłopcy, którzy wspaniale się rozwijają i którzy stają się wręcz wzorem dla swoich rówieśników. Ich też może dopaść zniechęcenie, gdyż praca nad sobą nikomu nie przychodzi łatwo. Jeśli okaże się, że chłopiec nie stawia sobie wymagań, lekceważy własny rozwój, ulega lenistwu, zaczyna wikłać się w złe więzi z toksycznymi rówieśnikami czy wchodzić na drogę uzależnień, to wtedy rodzice i inni wychowawcy powinni reagować już na pierwsze oznaki kryzysu. Im wcześniejsza i bardziej stanowcza będzie ich reakcja, tym większa będzie szansa na to, że chłopiec szybko zrozumie swój błąd, zmobilizuje się i powróci na drogę rozwoju. Gdy wychowanek błądzi, wtedy nie potrzeba stosować kar. Zwykle wystarczy egzekwować naturalne konsekwencje błędów, jakie popełnia. O konsekwencjach mówimy wtedy, gdy pojawiają się one nieuchronnie na skutek błędnego zachowania danego wychowanka, czyli nie wymagają interwencji ze strony wychowawców. W przypadkach, w których konsekwencje popełnianych przez wychowanka błędów nie pojawiają się w tak automatyczny i niemal nieuchronny sposób, konieczne jest zastosowanie rozsądnych sankcji, które tradycyjnie nazywamy karami. Dla przykładu, jeśli wychowanek okradł kolegę w szkole, to skradzione przez niego pieniądze same nie wrócą do właściciela. Podobnie, jeśli sięga po narkotyki, to policja sama się nie pojawi w jego domu czy szkole. Wtedy potrzebna jest interwencja ze strony dorosłych. Chodzi o to, by taka interwencja nie była formą zemsty, ale by mimo to powodowała bolesne konsekwencje – proporcjonalne do czynu – dzięki którym wychowanek będzie mobilizowany do tego, by się zastanowić i zmienić. Optymalną postawą wychowawców jest więc wspieranie wychowanka w tym, co czyni dobrego i dopilnowanie, by ponosił konsekwencje, jeśli błądzi. Pamiętajmy o tym, że gdy wychowanek błądzi i cierpi, to problemem nie jest wtedy to, że cierpi, lecz to, że błądzi. Zadaniem wychowawców jest takie reagowanie, by przestał błądzić, a nie tylko, by przestał cierpieć.
Rodzina podstawowym miejscem wychowania syna
Najważniejszym miejscem wychowania chłopców – podobnie jak i dziewcząt – jest dom rodzinny. To tutaj chłopcy powinni uczyć się wszystkiego, co jest ważne dla ich prawidłowego rozwoju i dla ich dobrej przyszłości.
Parafia, szkoła, a także inne instytucje, jak na przykład harcerstwo czy grupy wolontariatu, mogą pełnić jedynie funkcję pomocniczą w wychowaniu chłopców.
Rodzice powinni aktywnie współpracować z nauczycielami, a także rozmawiać z synem o tym, co dzieje się w szkole – w czasie lekcji, na przerwach, na boisku, w drodze do i ze szkoły. Powinni też zapoznawać się z treściami programowymi, zwłaszcza gdy chodzi o przedmioty humanistyczne, takie jak język polski, historia, wiedza o społeczeństwie czy przygotowanie do życia w rodzinie. Przedmioty te wpływają bowiem na sposób myślenia ich syna, jak również na jego sposób moralnego wartościowania osób, zjawisk i zachowań. W przypadku zauważenia niepokojących zjawisk rodzice powinni otwarcie rozmawiać o tym z nauczycielami i ewentualnie z dyrekcją szkoły.
Ważnym zadaniem rodziców jest dyskretne obserwowanie kolegów i koleżanek, z którymi ich syn się spotyka. Syn powinien rozumieć, że nie każdego rówieśnika można wpuszczać do domu i że nie każdy zasługuje na zaufanie. Wszystkich natomiast należy respektować i za wszystkich należy się modlić.
ks. Marek Dziewiecki
Don BOSCO 2/2015

fot. Nisha A Sun, Son and dad…
www.flickr.com

http://www.katolik.pl/jak-wychowywac-chlopcow-,24632,416,cz.html
************
rozmowa z Agnieszką Litwą-Janowską
Kiedy nie wiem, kim jestem
List

z Agnieszką Litwą-Janowską, dyrektorem Krakowskiego Centrum Terapii Uzależnień rozmawiają Joanna Pastuszak i Sławomir Rusin

Zacznijmy od nazwy. Jak rozumieć określenie “dorosłe dziecko alkoholika”?

Termin ten ukuty został w Stanach Zjednoczonych, niemal równocześnie z rozpoczęciem programu samopomocy dla anonimowych alkoholików. Zauważono, że istnieje pewna zależność między osobą długotrwale nadużywającą alkoholu, a pozostałymi członkami jego rodziny, którzy niejako adaptują się do sytuacji uzależnienia. Początkowo uważano, że domowe otoczenie alkoholika reaguje podobnie.

Okazało się jednak, że w inny sposób radzą sobie dorośli partnerzy, którzy mogą mieć większy wpływ na daną sytuację, a w inny sposób dzieci, które zmuszone są do trwania w wykreowanej przez rodziców czy opiekunów destrukcyjnej rzeczywistości. Osoby, które wychowywały się w rodzinach z problemem uzależnienia od alkoholu, nazywa się zwyczajowo DDA. Jest to określenie wskazujące na źródło trudności adaptacyjnych, z jakimi muszą radzić sobie te osoby, a więc na ich przeszłość. Nie jest to opisana klinicznie jednostka chorobowa, lecz etykieta.

Psychoterapeuci mówią raczej o syndromie DDA, czyli charakterystycznym zespole cech występujących u części osób dorosłych, które dorastały w określonych warunkach systemu rodziny z problemem uzależnień.

Jakimi cechami charakteryzuje się ten syndrom?

Zwykle wymienia się lęk przed bliskością i trudności w relacjach, nieufność i wzmożoną kontrolę, problemy w przeżywaniu i wyrażaniu uczuć i potrzeb, zależność i trudności związane z osobami i sytuacjami. W dzieciństwie, kiedy osoby z tym syndromem musiały radzić sobie z wieloma trudnościami, m.in. z dystansem ze strony rodziców, ich nieprze-widywalnością, powodowało to w ich życiu wiele traum. Wczesne i długotrwałe trudności z budowaniem więzi z matką, ojcem czy opiekunami, zwykle owocuje u tych osób zaburzeniami, które opisywane są raczej jako trudności na poziomie osobowościowym niż nerwicowym.

Dzieci przyjmują zatem postawy adekwatne do tego, co dzieje się w ich domach…

Osoby z syndromem DDA wywodzą się z domów, w których relacje z ważnymi dla nich dorosłymi były zakłócone. Trudno im było przejrzeć się w oczach ojca i matki, trudno było zostać “nakarmionym” emocjonalnie, ponieważ jeden z rodziców był skoncentrowany na swoim piciu, a drugi na próbie rozwiązania alkoholowego problemu partnera. W związku z tym, dzieci zawsze były opuszczone, doświadczały poczucia osamotnienia, ich potrzeby nie były zaspokojone, obarczane były nadmiernymi wymaganiami, wykraczającymi poza ich zwykłe, dziecięce role. System rodzinny wymuszał na nich na przykład podjęcie roli zastępczego partnera względem jednego z rodziców czy zastępczego rodzica wobec swojego rodzeństwa. Dzieci z rodzin z problemami uzależnień wychowywane są w klimacie tajemnicy, udawania, że wszystko w domu jest w porządku. Problem uzależnienia, i często współobecnej przemocy, jest ukrywany, maskowany, zaprzeczany. Z tego powodu dzieci tłumią swoje uczucia, swoją indywidualność, stają się nadmiernie czujne, nieufne, kontrolujące i zależne.

A jaką rolę odgrywają rodzice niepijący, tzw. współuzależnieni?

Skrót DDA można by rozwinąć jako “dorosłe dziecko alkoholika i osoby współuzależnionej”. Nieuzależniony rodzic często bywa przez dziecko idealizowany, stawiany na piedestale, gdyż jest jedyną nadzieją na wsparcie. Dzieci, aby przetrwać, często wyrzekają się swoich potrzeb, by wspomagać trzeźwego rodzica, jawiącego się im jako bezradna, słaba i pokrzywdzona osoba. Jednak podczas terapii zwykle okazuje się, że krzywda rodzica zasłaniała wykorzystywanie przez niego dziecka do swoich celów, np. pieniędzy alkoholikowi, szukania go, wielogodzinnego rozmawiania z pijanym rodzicem, by go uspokoić itp. Trzeba dodać, że syndrom współuzależnienia opisywany jest jako niszcząca adaptacja do sytuacji życia w związku z osobą uzależnioną. Jeśli tak funkcjonuje drugi rodzic (jest bezradny, depresyjny, skoncentrowany na alkoholiku, zobojętniały na świat wokół), to oprócz swojego cierpienia, z pewnością przysporzy wiele bólu i niedostatku swoim dzieciom.

Czy każde dziecko wychowujące się w domu z problemem alkoholowym w przyszłości będzie wymagać pomocy terapeutycznej?

Oczywiście, że nie. Na to, czy ktoś będzie potrzebować specjalistycznej pomocy, czy też nie, wpływa wiele czynników. Jednym z nich jest temperament, czyli siła konstrukcji psychicznej. Czasami zdarza się, że partner alkoholika nie ma syndromu współuzależnie, bierze odpowiedzialność za siebie i buduje zdrowe relacje z dziećmi, daje im zaplecze emocjonalne. Bywa również tak, że dzieci znajdują pomoc poza rodziną, np. u cioci, wujka, księdza czy trenera. To pomaga im w jakimś stopniu kompensować braki domu rodzinnego. Starsze dzieci szukają pomocy w ruchach religijnych, harcerstwie, sporcie. To ważna alternatywa, ponieważ daje poczucie uporządkowania moralnego, którego brakuje w ich domach. Dzieci szukają tam także miłości, wsparcia, wzmocnienia poczucia własnej godności, akceptacji. Wybierają wspólnoty oferujące bliskość, której brakuje im w domach zdominowanych przez agresję i przemoc fizyczną albo chłód emocjonalny. Takie alternatywne formy, jeśli nie powtórzą totalitarnego systemu rodzinnego, pomagają leczyć doznane zranienia, uczą budowania wzajemnych relacji, szanowania zasad, itp.

Jakie postawy społeczne przyjmują DDA? Są otwarci świat, czy raczej wycofani, zalęknieni?

Osoby te często miewają zaburzenia lękowodepresyjne, a także cechy osobowości zależnej. Mimo że są pozornie niezależne, zaradne, przez wiele lat potrafią opiekować się rodzicami, to kiedy muszą zająć się własnym życiem, stają się zupełnie bezradne. Z jednej strony mogą robić trzy fakultety naraz, angażować się w pomoc słabszym, działać w ruchach religijnych, a z drugiej, kiedy muszą zająć się swoimi problemami, uciekają, chowają się, nie podejmują walki o własne dobro. Określenie “dorosłe dziecko” dobrze odzwierciedla sposób ich funkcjonowania. Swoim zachowaniem ujawniają, że są uwięzione w przeszłości, czyli w sytuacjach, w których nie mogły prosić o miłość, nie mogły mówić, że są głodne czy chore. Sytuacja zmuszała je jednak do tego, by przyjmowały postawy dorosłe, musiały np. same zanosić swoje dokumenty z przedszkola do podstawówki, organizować przeprowadzki, prowadzić uzależnionemu rodzicowi dom pod nieobecność drugiego rodzica itp. W dorosłym życiu DDA potrafią świetnie doradzać, realizować wiele zadań jednocześnie, zajmować się ludźmi, ale nie sobą. Zwykle, w tej ostatniej sytuacji, czują się nieporadne, a nawet winne.

Nadmierne eksploatowanie siebie może powodować problemy zdrowotne…

U takich osób osobiste problemy ujawniają się w postaci objawów psychosomatycznych, jak np. porażenia ciała, duszności, uczucia ucisku w klatce piersiowej, zaburzenia miesiączkowania, bólów głowy. Mogą występować również inne objawy, jak chociażby poczucie życia w odrealnieniu, we mgle, w bardzo wyraźnej postawie nieufności wobec ludzi oraz silna potrzeba czujności i kontroli relacji. Są to cechy charakterystyczne np. dla żołnierzy biorących udział w wojnach na pierwszej linii frontu, którzy nie mają pewności, że przeżyją.

Podobnie jak dzieci alkoholików…

Trwają one w nieustannym napięciu, ponieważ nigdy nie mają pewności, czy po powrocie ze szkoły zastaną spokojną atmosferę i ciepły obiad na stole, czy też libację i przypadkowe osoby, które będą spać w ich łóżkach. Towarzysząca przewlekłemu piciu rodziców przemoc, agresywne kłótnie, wy, znikanie rodziców na kilka dni bez wyjaśnień powodują w konsekwencji, że u wielu osób pochodzących z rodzin z problemem uzależnień pojawia się tzw. zespół stresu pourazowego.

Jakie są objawy tego zespołu?

Spośród wielu, trzy są najbardziej charakterystyczne. Pierwszym z nich jest pobudzenie. Kiedy traumatyczne zjawisko trwa dłuższy czas, lub jest gwałtowne i silne, maleje zdolność do radzenia sobie z nim. System samoobronny rozpada się, pojawia się stałe pobudzenie, nadmierne reagowanie na sytuacje stresowe, np. na egzamin czy nawet wizytę u lekarza. Pobudzona osoba trwa w nieustannej gotowości do działania, trudno jest jej się relaksować, spać, regenerować siły. Organizm pracuje ciągle na najwyższych obrotach, tak jak w chwili, kiedy występowała sytuacja stresowa. To nic, że zmieniły się okoliczności, że od tego okresu minęło już sporo lat, raz zaprogramowany sposób działania nie wycisza się.

Drugim objawem jest tzw. flashback, czyli wtargnięcie. Jest to pojawiający się nagle obraz z przeszłości. To jak powtórzenie jakiejś dramatycznej sceny w filmie kryminalnym, w postaci przebłysku. Pojawianie się takich obrazów wskazuje na chwile, w których załamywał się system obronny danej osoby. Takie wtargnięcia potrafią wyrywać ze snu, z wykonywanych zwyczajowo czynności. Są to pewnego rodzaju okruchy wspomnień pojawiających się w sposób nieprzewidziany i niekontrolowany. Zwykle są to zbitki bardzo trudnych wspomnień, obrazy, dźwięki wywołujące określone uczucia. Przykładowo, osoba idąc ulicą zauważa kogoś, kto wykonuje pewien gest, który kojarzy się jej z dawnym, negatywnym wydarzeniem, a to powoduje u niej paraliżujący lęk. Nie jest to więc reakcja na to, co dzieje się tu i teraz, lecz na wydarzenie z przeszłości.

Trzeci objaw syndromu pourazowego to zawężenie. Zwykle spotykamy się z nim w sytuacji bieżącego stresu, kiedy np. stoimy naprzeciw napastnika i musimy zdecydować, czy podejmujemy walkę, czy uciekamy. W naturalny sposób skupiamy wtedy całą naszą uwagę na problemie, zawęża się nasze pole świadomości, istnieje wtedy tylko problem i my. U osób z zaburzeniem stresu pourazowego takie zawężenie powoduje, że odbierają oni bieżące sytuacje niejako z zewnątrz, jak gdyby byli biernymi obserwatorami i nie mieli wpływu na to, co się dzieje.

Żyją jakby w nierealnym świecie…

To nie musi być stan ciągły, może się pojawiać tylko sporadycznie. Poczucie nieade-kwatności tego, co jest, z tym, co się widzi, może powodować także kreowanie fikcyjnego świata. Pacjenci budują sobie w marzedomy, tworzą całe rodziny zgodnie z zasadami, według których sami chcieliby żyć. Jest to mechanizm obronny, próba wynagrodzenia sobie przeszłości, np. braku kochającej rodziny.

Czy osoby pochodzące z rodzin alkoholowych mają większe do uzależniania się od alkoholu?

To pytanie, na jakie fachowcy od wielu lat szukają odpowiedzi. Istnieją teorie mówiące, że może pojawić się skaza na chromosomie mająca wpływ na ewentualne uzależnienie, ale póki co, nie ma na to wystarczających dowodów. Większą rolę można przypisać środowisku, w jakim przebywają dzieci. Jeśli na co dzień widzą pijących rodziców, którzy w taki sposób “radzą” sobie z napięciem, wielce prawdopodobne, że będzie to dla nich informacja, że warto wypróbować taką formę odreagowania.

Czynniki środowiskowe przyczyniają się do przejmowania przez dzieci wzorców zachowań dorosłych, ale mogą one przyjąć również postać przeciwną, czyli nadmierne kontrolowanie siebie, z obawy przed powtórzeniem zachowań rodziców. Jest to problem nadkontroli – całkowite odrzucenie alkoholu, abstynencja oparta na lęku, że straci się kontrolę nad sytuacją, że nie będzie można przestać pić. Często dorastającym dzieciom, alkohol pomaga się rozluźnić, zapomnieć o nieustannym stresie w domu, a to przyczynia się do uzależnienia kolejnego pokolenia. Jednak nie jest to regułą, a problem uzależnienia od alkoholu nie dotyczy każdego DDA.

Czy DDA chętnie zgłaszają się po pomoc do terapeuty?

Są to osoby odznaczające się tzw. przymusem dzielności. Są przyzwyczajone do tego, że nie można korzystać z pomocy osób trzecich. W dzieciństwie nie dostawały wsparcia, najczęściej jeszcze same udzielały go innym. W związku z tym, bardzo trudno jest im prosić o poradę czy przyznać się przed sobą, że sobie z czymś nie radzą. Największym problemem jest dla nich pokonanie nieufności, zrezygnowanie z kontroli i powiedzenie, że coś ich przerasta. Wstydliwe jest nazwanie rodziców alkoholikami, dostrzeżenie, że nie są idealni. Motywem DDA do zgłaszania się po pomoc bywa chęć kierowania do terapii swoich bliskich, partnerów, rodziców. Średnia wieku tych pacjentów to dwadzieścia-trzydzieści kilka lat i jest to właściwy moment na rozpoczęcie terapii. Dzięki temu, dają sobie szansę na popełnienie mniejszej liczby błędów oraz na lepsze życie po ukończeniu leczenia.

Z jakimi problemami najczęściej przychodzą?

Jednym z pojawiających się najczęściej jest nieumiejętność budowania trwałych związków, pogłębiania ich. Mają również problemy z seksualnością. W ich wspomnieniach wiele jest sytuacji naruszania intymności fizycznej, psychicznej. Oprócz trudności w zaufaniu drugiemu człowiekowi, przeżywają konflikty lojalności względem rodziny, z której pochodzą. Nawet kiedy mają już własne domy, trudno jest im odseparować się od problemów rodziców, rodzeństwa, co przyczynia się do powstawania napięć w nowym związku, który starają się tworzyć. Nie umiejąc oddzielić się od rodziny, stale angażują się w jej sprawy, dzwonią, są w stałym lęku, wypytują o szczegóły, są gotowe pomagać w każdej chwili, oddalając od siebie swoje dorosłe życie. Boją się mieć dzieci, być rodzicami, by nie powtórzyć błędów swoich matek i ojców.

Jakie są formy terapii DDA?

Może być ona prowadzona dwutorowo, tj. indywidualnie albo grupowo. W ośrodku, którym kieruję, zanim osoba zostanie przyjęta, konsultuję ją z lekarzem psychiatrą, by wykluczyć głębsze zaburzenia, rozpoznać, czy nie trzeba rozpocząć leczenia farmakologicznego. Następnie przeprowadza się diagnozę psychologiczną, pod kątem możliwości i kierunków korzystania z psychoterapii.

Zanim zapadnie decyzja o zakwalifikowaniu do psychoterapii, analizowany jest problem, z jakim potencjalny pacjent przychodzi do terapeuty, oraz weryfikuje się motywację zainteresowanego. Zdarza się tak, że na terapię przychodzą osoby, które zostały nakłonione do niej np. przez przełożonego bądź współmałżonka, niemające wewnętrznego przekonania o potrzebie leczenia. Wówczas, jeśli nie uda się odnaleźć wewnętrznego motywu, nie umawiamy się na terapię. Forma psychoterapii, indywidualna lub grupowa, zależy od oferty ośrodka, ale przede wszystkim dopasowywana jest do potrzeb.

Czego pacjenci mogą spodziewać się na terapii?

Zwykle pracujemy w oparciu o historię życia. U DDA, przez działanie wewnętrznych systemów obronnych, dokonuje się tzw. wyparcie złych doświadczeń ze swojej pamięci. Dlatego trzeba podjąć próbę urealnienia problemów, które były zaprzeczane, o których się nie pamięta. Opowiadanie swojej historii w grupie pomaga odzyskiwać pamięć, urzeczywistniać problemy, które często były negowane, marginalizowane. Kiedy ktoś opowiada, że był bity, to kolejnym osobom przypominają się podobne zdarzenia. Gdy pacjent był np. świadkiem współżycia seksualnego rodziców, a wcześniej matka mówiła nienawiści względem ojca oraz, że chce się z nim rozwieść, pojawia się ogromne napięcie, którego źródło w trakcie terapii musi zostać rozpoznane, przepracowane. Opowiadanie o swoich przeżyciach i doświadczeniach, w terapii indywidualnej, czy grupowej, pomaga je porządkować oraz wyrazić uczucia bólu, wstydu, gniewu, nienawiści. Terapeuta w relacji indywidualnej jest lustrem, pomaga zinterpretować i zrozumieć, a potem zintegrować to, co najtrudniejsze, tak by pacjent odnalazł w sobie oparcie i sens własnego życia. W relacjach z terapeutą czy osobami z grupy, pacjent doświadcza nowej jakości budowania więzi i odzyskuje swoją autonomię, dodatkowo odkrywa, że jedno nie stoi w sprzeczności z drugim.

Czy kolejnym etapem jest przebaczenie rodzicom?

Terapia zapoczątkowuje proces wybaczania, który nie może być rozumiany jako zapomnienie ani usprawiedliwienie. DDA kierują się w życiu sztywnymi zasadami, często są bardzo ortodoksyjni w swoich religijnych przekonaniach, dlatego, jeśli usłyszą podczas spowiedzi, że powinny przebaczyć, będą się starać to zrobić, nawet kosztem własnych uczuć. A tego etapu nie można przyspieszyć, przebaczenie musi postępować w swoim własnym tempie. Zanim do niego dojdzie, należy uświadomić sobie krzywdy, które mają być wybaczone.
Terapia jest po to, aby DDA mogły odnaleźć zamrożone gdzieś w sobie poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, które nie pozwala normalnie funkcjonować i zapomnieć o przeszłości. Przeprowadzona psychoterapia może uruchomić procesy egzystencjalne, które dostarczą odpowiedzi na pytania o porządek świata, własne wartości, czyli na te kwestie, które bezpośrednio dotykają każdego człowieka.

Czy można przestać być dorosłym dzieckiem alkoholika?

Jest to jak najbardziej możliwe. O tym, co się wydarzyło w dzieciństwie, nie zapomni się nigdy, ale można myśleć o przeszłości jako o obszarze, który rozumiem i integruję w sobie. Jeśli osoba po dwuletniej terapii mówi, że nadal jest DDA, to znaczy, że nie do końca wykorzystała okres leczenia. Osoba po terapii zwykle nie potrzebuje etykiety, nie tworzy sobie podwalin poczucia tożsamości w oparciu o bycie ofiarą systemu rodziny z problemem alkoholowym. Dzięki cechom wyniesionym z domu rodzinnego, determinacji, umiejętności życia w ekstremalnych warunkach oraz wytrzymałości, poznaje w trakcie terapii nowe narzędzia, za pomocą których będzie mogła radzić sobie samodzielnie, i – na co można mieć nadzieję – być bardziej szczęśliwa i spełniona.

http://www.katolik.pl/kiedy-nie-wiem–kim-jestem,2859,416,cz.html?s=3

***************************************************************************************************************************************
CHRZEŚCIJAŃSTWO A NASZA RZECZYWISTOŚĆ
*******************************************************

Kolumbia za adopcją przez pary homoseksualne

KAI / pk

(fot. shutterstock.com)

“Pary homoseksualne mogą dokonać adopcji jedynie wtedy, gdy prośba taka dotyczy biologicznego dziecka stałego partnera lub partnerki [osoby ubiegającej się o jego adoptowanie]”. To fragment orzeczenia Sądu Konstytucyjnego w Kolumbii, który pod pewnymi warunkami uznał prawo do adopcji dzieci przez pary tej samej płci.

 

Prywatny pozew w tej sprawie złożył Kolumbijczyk, który zakwestionował kilka artykułów Kodeksu Praw Dziecka, uznając je za zbyt restrykcyjne co do możliwości tego typu adopcji. Wobec takiej decyzji trybunału Kościół jednoznacznie ogłosił, że nie ustanie w dalszej walce o to, by możliwość adopcji miały jedynie pary heteroseksualne.
Biskupi wyrażają sprzeciw wobec tej kontrowersyjnej decyzji. Planują także złożyć wniosek o stwierdzenie jej niekonstytucyjności. Wskazują przy tym, że ewentualna dyskusja na ten temat powinna się odbyć na forum parlamentu. Podkreślają zarazem, że argumenty wysuwane przez Kościół w żadnym wypadku nie mają na celu obrażania ani dyskryminowania osób o skłonnościach homoseksualnych.

 

“Kościół w Kolumbii potępia wszelkie formy dyskryminacji czy nieuzasadnionej przemocy fizycznej lub słownej, skierowane przeciwko osobom o skłonnościach homoseksualnych. Przygarnia z matczyną miłością wszystkich ludzi, bez względu na ich orientację [seksualną], gdyż każda osoba ma tę samą godność przed Bogiem i wobec państwa” – czytamy w komunikacie tamtejszego episkopatu. Biskupi równocześnie wyrażają uznanie katolikom i ludziom należącym do innych Kościołów, wspólnot chrześcijańskich czy grup religijnych za wspieranie działań na rzecz obrony rodziny i poszanowania praw osób nieletnich.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,21389,kolumbia-za-adopcja-przez-pary-homoseksualne.html

*******

Abp Mokrzycki o spotkaniu z papieżem – RV

Radio Watykańskie

RV / ptt

(fot. Grzegorz Gałązka / galazka.deon.pl)

O spotkaniu z papieżem Franciszkiem ukraińskich biskupów apb Mieczysław Mokrzycki – Magazyn RV

http://www.deon.pl/religia/radio-watykanskie/magazyn-radia-watykanskiego/art,1664,abp-mokrzycki-o-spotkaniu-z-papiezem-rv.html

*********

Chiny: Kościół rozwija się bardzo szybko

Radio Watykańskie

RV / pt

(fot. ·JERRYANG· / Foter / CC BY-NC-ND)

Jak podaje chiński socjolog Yang Fenggang w Chinach żyje już dzisiaj 180 mln chrześcijan, 20 mln katolików i 160 mln protestantów. W ciągu najbliższych 15 lat liczba uczniów Chrystusa w tym kraju może wzrosnąć do 250 mln.

 

Dane te potwierdza ks. Sergio Ticozzi, misjonarz, który od ponad 40 lat pracuje w Hong Kongu i monitoruje sytuację Kościoła w Chinach. W wywiadzie dla tygodnika Tempi podkreśla on, że dane te są oczywiście szacunkowe, ale bardzo prawdopodobne.

 

Potwierdza on, że szybciej rozwijają się wspólnoty protestanckie. Głównie za sprawą świeckich kaznodziejów, których nauczanie silnie oddziałuje na ludzi zniewolonych ateizmem. Ważne znaczenie mają też cuda, zarówno psychiczne, jak i fizyczne, faktyczna przemiana życia. Ks. Ticozzi przyznaje, że niekiedy są to doświadczenia czysto emocjonalne i powierzchowne, większość konwertytów trwa jednak w nowej wierze i z czasem przeżywa prawdziwe nawrócenie.

 

Włoski misjonarz potwierdza również, że z dynamicznego rozwoju chrześcijaństwa w pełni zdaje sobie sprawę reżim w Pekinie. Dlatego ostatnio nasiliły się represje. Nowy prezydent Xi Jinping nie przewiduje żadnych kompromisów. Pod tym względem powracamy do reżimu w stylu Mao Zedonga – mówi ks. Ticozzi. Nowością jest walka z chrześcijaństwem poprzez promowanie religii tradycyjnych konfucjanizmu i buddyzmu, zorientowanych na patriotyzm.

 

Misjonarz z Hong Kongu jest jednak przekonany, że nowe represje nie powstrzymają rozwoju chrześcijaństwa w Chinach. Umocnieniem dla wyznawców Chrystusa jest przykład męczenników, w tym świadectwo biskupów, którzy umierali w więzieniach. “Jest w tym coś silniejszego niż śmierć – mówi ks. Ticozzi. – Tak wielu Chińczyków, rozczarowanych ateistycznym komunizmem odnajduje w Kościele nadzieję, bardziej ludzki sposób życia, który potrafi sprostać również represjom”.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,21388,chiny-kosciol-rozwija-sie-bardzo-szybko.html

**********

Islamiści uprowadzili sto chrześcijańskich rodzin

Radio Watykańskie

RV / ptt

(fot. PAP/EPA/YOUSSEF BADAWI)

Ponad sto chrześcijańskich rodzin zostało porwanych w Syrii przez dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego. Zamęczyli oni także 17-letniego chłopca oraz spalili dwa kościoły (w tym jeden z najstarszych w kraju, w Tell Hormiz) i setki domów należących do wyznawców Chrystusa.

 

Do kolejnego w ostatnich dniach dramatu doszło w leżącym na pograniczu z Irakiem regionie Khabour. Znajduje się tam 35 wiosek zamieszkanych głównie przez wiernych Asyryjskiego Kościoła Wschodu. Informacje te podał archimandryta Emanuel Youkhana. Wcześniejsze doniesienia mówiły o 90 uprowadzonych chrześcijanach.

 

Terroryści otoczyli wczoraj o świcie trzy wioski i uprowadzili z nich łącznie 104 rodziny (Tel Shamiram 50 rodzin, Tel Hormizd 26 i Tel Jazira 28). Dodatkowo porwali jeszcze dwunastu mężczyzn i dwie kobiety. Pracujący na zaatakowanym terenie bp Mar Aprem Natniel podkreślił, że ofensywa dżihadystów przybiera na sile i chrześcijanie coraz bardziej niepokoją się o swoją przyszłość. Wyraził zarazem nadzieję, że uprowadzeni zostaną jak najszybciej oswobodzeni i nie spotka ich los egipskich Koptów. Poinformował jednocześnie, że ok. 600 rodzinom udało się uciec przed islamistami.

 

Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka ujawniło, że w zamian za wypuszczenie na wolność chrześcijan islamiści zażądali oswobodzenia swych towarzyszy broni, którzy zostali ostatnio schwytani przez kurdyjskich bojowników prowadzących ofensywę przeciwko Państwu Islamskiemu. Podkreśla się, że celem ostatnich ataków dżihadystów jest m.in. wytyczenie korytarza ku granicy z Turcją tak, by ułatwić przepływ do Syrii broni i nowych bojowników.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,21387,islamisci-uprowadzili-sto-chrzescijanskich-rodzin.html

********

 

O autorze: Judyta