Kilka luźnych uwag o gender i konwencji “przemocowej”

Gdy myślę o podpisanej niedawno przez Komorowskiego (jakoś trudno mi go nazwać moim prezydentem) „Konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet” i tym wszystkim, co się wokół niej dzieje, to mam wrażenie, że tkwię w środku jakiegoś snu wariata, w którym absurd goni absurd, chociaż mam pełną świadomość, że cała sprawa ma swoje racjonalne, pragmatyczne dno.

Sen wariata.
Jak może być gwarantem powszechnej równości prawo, które wskazuje jakąś wybraną grupę społeczną jako szczególnie chronioną, czyli uprzywilejowaną w stosunku do innych grup, ze względu na płeć, kolor skóry, albo upodobania seksualne?
Dlaczego w imię równouprawnienia płci, zamiast poprawić skuteczność egzekwowania obecnie obowiązujących przepisów prawa, chroniącego dobra wszystkich obywateli (także godność i nietykalność cielesną), bez rozróżnienia na płeć, kolor skóry i upodobania seksualne, wprowadza się zapis prawny, ewidentnie dyskryminujący część obywateli ze względu na płeć?
Czym, co do zasady, różni się faworyzowanie na gruncie prawa jakiejś grupy społecznej ze względu na płeć (konwencja „przemocowa”), kolor skóry lub upodobania seksualne (inne lewackie „programy afirmacyjne”), od faworyzowania ze względu na rasę lub pochodzenie społeczne, jak to czyniło prawo nazistowskie i komunistyczne?
Skoro konwencja „przemocowa” orzeka, że „… (strony) opierają się na uwzględnieniu kwestii płci społeczno-kulturowej w pojmowaniu przemocy wobec kobiet, oraz przemocy domowej”, to kogo właściwie chroni ta konwencja – kobiety jako płeć biologiczną, czy społeczno-kulturową?
Podobno ideologia gender, dla niepoznaki nazywana nauką, rozróżnia dużo więcej niż dwie płci społeczno-kulturowe. Skoro więc konwencja jednoznacznie odwołuje się do tej ideologii, to zasadnym staje się pytanie: która z płci społeczno-kulturowych będzie utożsamiana z tytułową kobietą, którą chroni konwencja i dlaczego akurat ta?
Czy jeśli Krzysio uzna, że jest kobietą, starannie się ogoli, założy sukienkę i perukę, a następnie w urzędzie stanu cywilnego zmieni imię na Anna, to będzie objęty ochroną tej konwencji, czy może wystarczy samo uznanie się mężczyzny za kobietę, bez tych wszystkich kłopotliwych ceregieli?
Oczywiście, największe protesty, zresztą całkiem słusznie, wywołuje Art. 12 pt. 1 konwencji, który przytoczę w całości:
„Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn, w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiety i mężczyzny.”
Tradycja to nic innego, jak gromadzone i przekazywane z pokolenia na pokolenie doświadczenie. To ona osadza nasze działania i obyczaje w prawie naturalnym i to ona warunkuje wszelki postęp w każdej dziedzinie, bo pozwala zobaczyć przebytą drogę i ocenić, w jakim kierunku idą zmiany (idziemy do przodu, czy się cofamy?). To dzięki tradycji nie musimy w każdym pokoleniu wymyślać od nowa koła sposobów krzesania ognia.
Skoro więc konwencja programowo zwalcza tradycję, odrzucając tym samym doświadczenie, a pośrednio także prawo naturalne jako źródło wzorców społecznych i kulturowych, to skąd mają być brane te nowe wzorce zalecane przez konwencję? Kto i, co najważniejsze, na jakiej podstawie będzie te nowe wzorce ustalał?
Jeśli, zgodnie z ideologią gender, mają być uwzględniane płci społeczno-kulturowe, to czy będą zwalczane prawnie, jako „stereotypowe modele roli kobiety i mężczyzny”, wszystkie właściwości fizyczne i fizjologiczne, wynikające z biologii kobiety i mężczyzny, takie choćby jak menstruacja, menopauza, działanie estrogenu i testosteronu, albo męskie i żeńskie funkcje rozrodcze?
Czy za przemoc domową będzie uznawane wymuszanie płaczem przez niemowlaka na rodzicach ich „stereotypowych modeli roli kobiety i mężczyzny”, czyli obowiązków ojca i matki?
Można znaleźć jeszcze wiele tego typu pytań, na które bez kłamstw i manipulacji nie da się odpowiedzieć w taki sposób, by konwencja „przemocowa” zachowała choćby pozory jakiegoś sensu.
Swoją drogą, ciekaw jestem, kiedy, w myśl ateistycznego i lewackiego pojmowania równości między ludźmi, a zwłaszcza równości płci, zostanie wprowadzony przymus współzawodnictwa sportowego kobiet i mężczyzn we wszystkich dyscyplinach sportowych i na tych samych zasadach (z oczywistą szkoda dla kobiet), albo w ogóle zostaną zakazane jakiekolwiek zawody sportowe, skore są oparte na zasadzie rywalizacji, w której zawsze ktoś musi być lepszy, a ktoś gorszy?

Prawo.
Ciągle słyszę w różnego typu dyskusjach publicznych, dotyczących różnych absurdów życia społecznego, gospodarczego, politycznego itd. argument, który jest traktowany jako ostateczny i rozstrzygający: „tak stanowi prawo”. Zupełnie, jakby prawo stanowione było tożsame z prawem naturalny i jak ono było obiektywne i niezmienne, a to przecież nieprawda. Takie bezwzględne i bezkrytyczne podporządkowanie się prawu stanowionemu, to chore pojmowanie legalizmu, którym kierowali się oprawcy nazistowscy i komunistyczni, i w myśl którego żołnierze podziemia antyhitlerowskiego i antykomunistycznego byli uznawani za bandytów.
Prawo stanowione jest podrzędne wobec prawa naturalnego, oraz moralnego i jest pewną formą umowy społecznej, zawsze opartą na jakimś systemie wartości, oraz rozróżnieniu dobra, prawdy i natury człowieka. Krótko mówiąc, prawo stanowione zawsze ma podstawę światopoglądową i jeśli ktoś mówi o neutralności światopoglądowej prawa, to albo nie wie co mówi, albo świadomie mąci ludziom w głowach.
Z treści konwencji jednoznacznie wynika, że jej źródłem jest światopogląd ateistyczny, a jej cele (prawo stanowione jest zawsze celowe) są ideologiczne. Chodzi tu o kolejny lewacki, ideologiczny wariant uszczęśliwienia ludzkości poprzez zmianę natury człowieka, co ma swoje podłoże w ateistycznym przesądzie, że człowiek nie ma swoich obiektywnych, nadanych mu przez Boga właściwości, lecz nabywa je na drodze kształtowania kulturowego. Zgodnie z tym przesądem, by uwolnić człowieka od wszystkich wad i uczynić go szczęśliwym, wystarczy wymazać istniejący kod kulturowy i zastąpić go nowym (zapis w konwencji, zalecający wymianę wzorców społecznych), zaprojektowanym prze „oświecone elity”. Dlatego stałym elementem tego typu projektów ideologicznych zawsze są próby niszczenia tradycji (Art. 12 pt 1 konwencji), oraz etyki i aksjologii chrześcijańskiej.
Ciągle ponawiane od czasów Oświecenia próby uszczęśliwienia ludzkości tą metodą, zawsze miały takie same skutki, przynosząc ludziom zamiast powszechnej szczęśliwości, bezmiar cierpień, poniżenia i zbrodni. Jest więc rzeczą całkiem zasadną posądzać lewaków o obłęd, opętanie, albo zwykłą głupotę, skoro wbrew wielokrotnie powtarzanemu doświadczeniu, uporczywie starają się powtarzać te same działania, w nadziei, że za którymś razem będą miały zupełnie inny skutek.
Jednak z cała pewnością nie można podejrzewać o głupotę właścicieli wielkich korporacji, którzy finansują lewackie organizacje i ich działania, właścicieli wielkich koncernów medialnych, intensywnie promujących lewackie ideologie, ani polityków tworzących i egzekwujących prawo, będące realizacją utopijnych, lewackich wizji ideologicznych, bo oni wszyscy wielokrotnie udowadniali swoją racjonalność, pragmatyczność i skuteczność w osiąganiu swoich celów, zdobywaniu władzy i przywilejów, oraz czerpaniu z nich maksymalnych korzyści i to w sposób całkowicie wolny od odpowiedzialności (konsekwencja działania przywilejów). Możemy być więc absolutnie pewni, że ich celem nie jest realizacja obłąkanych, lewackich utopii, lecz że są to cele realne i osiągalne. Ich prawdziwe cele, które chcą osiągnąć za pomocą konwencji „przemocowej”, mimo całej zasłony propagandowej, wcale nie są takie trudne do rozpoznania.
Owa przeprowadzana przez lewaków wymiana kodu kulturowego, która zawsze była mieszanką przymusu prawnego (często przyjmującego formę krwawego terroru), oraz intensywnej indoktrynacji ideologicznej, nigdy nie doprowadziła do powstania nowego, doskonałego i szczęśliwego człowieka (bo nie mogła), za to zawsze przynosiła pewien powtarzalny i łatwy do przewidzenia efekt społeczny. Ludzie poddawani takiej obróbce socjotechnicznej, bardzo często tracą stałe punkty odniesienia, które wskazuje im tradycja i religia, wraz ze swoją etyką i aksjologią, a które pozwalają im świadomie i odpowiedzialnie odnosić się do rzeczywistości. Tracą poczucie tożsamości (w omawianym przypadku tożsamości płciowej), zdolność oceny moralnej i świadomość własnych naturalnych, istotnych potrzeb, takich choćby jak potrzeba prawdy, dobra, miłości, piękna i nieśmiertelności, chociaż same potrzeby nie zanikają, bo są integralną częścią naszej ludzkiej natury. Stają się oni jakby ludźmi poruszającymi się w gęstej mgle, albo ciemności, w której nie widać żadnych punktów orientacyjnych i bezkrytycznie kierującymi się wskazaniami swoich władców, zamiast własną świadomą wolą.
Tacy zdezorientowani i bezwolni poddani to obiekt pożądania każdego władcy, dlatego jeśli nasi władcy mają jakiś realny cel we wprowadzaniu w życie takiego absurdalnego potworka prawnego, jak konwencja „przemocowa” (a z całą pewnością mają), to jest nią możliwość uzyskania wyżej opisanego efektu społecznego. Mówiąc bardziej dosadnie, chodzi tu o hodowlę mentalnych niewolników.

Komorowski nie kłamie.
Hasło wyborcze Komorowskiego „Zgoda i bezpieczeństwo”, często wywołuje drwiny i szyderstwa, oraz zarzuty fałszu i obłudny kierowane pod adresem obecnie urzędującego strażnika żyrandola. Jednak uważam, że te zarzuty są bardzo krzywdzące. Wszystko sprowadza się do właściwej interpretacji hasła wyborczego. Jeśli przejmiemy, że chodzi tu o bezwarunkową zgodę poddanych na to, co z nimi robią ich władcy, oraz o bezpieczeństwo naszych władców, a zwłaszcza o zabezpieczenie ich przed zagrożeniem ze strony poddanych, to przecież zarzuty pod adresem Komorowskiego stają się zupełnie bezzasadne.
Taka interpretacja jego hasła wyborczego każe też zupełnie inaczej spojrzeć na fakt podpisania przez niego konwencji „przemocowej”, bo okazuje się, że w ten sposób konsekwentnie i z determinacją realizuje program zawarty w tym haśle. Wszak wprowadzenie w życie tej konwencji, w dłuższej perspektywie powinno skutkować wykształceniem u poddanych bierności, bezradności i dezorientacji, które są gwarancją zgody poddanych na wszystko, co z nimi zrobią władcy, oraz o wiele lepszą gwarancją bezpieczeństwa władców, niż zastępy uzbrojonych po zęby policjantów.
Jak można mu w tej sytuacji zarzucać fałsz i obłudę? Przecież jest szczery do „bulu”.

O autorze: Piotr Marzec