Słowo Boże na dziś – 1 Maja 2015r. – Piątek – św. Józefa Rzemieślnika

Myśl dnia

Praca jest dla człowieka, nie człowiek dla pracy.

św. Jan Paweł II

******
Najkrótsza droga do obłędu wiedzie przez samotność.
Aleksander Minkowski
******
Naśladując Jezusa jesteśmy na właściwej drodze;
patrząc na Niego, odkrywamy prawdę o sobie, o świecie, o Bogu;
zbliżając się do Niego, doświadczamy nowego, pełnego życia.
Mieczysław Łusiak SJ
******
PIĄTEK IV TYGODNIA WIELKANOCNEGO

PIERWSZE CZYTANIE (Dz 13,26-33)

Bóg wskrzesił Jezusa

Czytanie z Dziejów Apostolskich.

Kiedy Paweł przybył do Antiochii Pizydyjskiej, przemówił w synagodze:
„Bracia, synowie rodu Abrahama i ci spośród was, którzy się boją Boga! Nam została przekazana nauka o tym zbawieniu, bo mieszkańcy Jerozolimy i ich przełożeni nie uznali Jezusa i potępiając Go wypełnili głosy Proroków, odczytywane co szabat. Chociaż nie znaleźli w Nim żadnej winy zasługującej na śmierć, zażądali od Piłata, aby Go stracił. A gdy wykonali wszystko, co o Nim było napisane, zdjęli Go z krzyża i złożyli w grobie.
Ale Bóg wskrzesił Go z martwych, a On ukazywał się przez wiele dni tym, którzy z Nim razem poszli z Galilei do Jerozolimy, a teraz dają świadectwo o Nim przed ludem.
My właśnie głosimy wam Dobrą Nowinę co do obietnicy danej ojcom: że Bóg spełnił ją wobec nas jako ich dzieci, wskrzesiwszy Jezusa. Tak też jest napisane w psalmie drugim:
«Ty jesteś moim Synem, Jam Ciebie dziś zrodził»”.

Oto słowo Boże.

PSALM RESPONSORYJNY (Ps 2,6-7.8-9.10-11)

Refren: Tyś moim Synem, Ja Cię dziś zrodziłem.

„Przecież to Ja ustanowiłem swojego króla *
na Syjonie, świętej górze mojej”.
Wyrok Pański ogłoszę: +
On rzekł do Mnie: „Ty jesteś moim Synem, *
Ja Ciebie dziś zrodziłem.

Żądaj, a dam Ci w dziedzictwo narody *
i krańce ziemi w posiadanie Twoje.
Żelazną rózgą będziesz nimi rządził, *
jak gliniane naczynie ich skruszysz”.

A teraz, królowie, zrozumcie, *
nauczcie się, sędziowie ziemi.
Służcie Panu z bojaźnią, *
ze drżeniem całujcie Mu stopy.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (J 14,6)

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

Ja jestem drogą i prawdą, i życiem,
nikt nie przychodzi do Ojca inaczej,
jak tylko przeze Mnie.

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

EWANGELIA (J 14,1-6)

Ja jestem drogą, prawdą i życiem

Słowa Ewangelii według świętego Jana.

Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”.
Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę ?”
Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.

Oto słowo Pańskie.

 

 

KOMENTARZ

 

 

Przygotowane dla nas mieszkania

Jezus jest drogą, prawdą i życiem. Oznacza to, że w Nim otrzymujemy to wszystko, czego potrzebujemy w każdym wymiarze naszego ziemskiego życia. On może nas przeprowadzić przez życiowe meandry, może przemienić nasz umysł i nadać naszej egzystencji właściwy sens. Nie obawiajmy się wzywać Jego pomocy. Tak jak Tomasz z dzisiejszej Ewangelii. Wyraża z całą otwartością swoje wątpliwości. I bardzo szybko otrzymuje odpowiedź na nie. Pokusą jest zwlekać z modlitwą, zwłaszcza w sytuacjach trudnych i zawiłych. Nie bójmy się prosić Pana. On naprawdę pragnie, abyśmy zajęli miejsca w tych mieszkaniach, które są puste i oczekują na lokatorów.

Jezu, który jesteś drogą, prawdą i życiem. Zmiłuj się nade mną, okaż mi swoje miłosierdzie i wprowadź do królestwa Ojca, w którym przygotowałeś dla mnie mieszkanie.

Rozważania zaczerpnięte z „Ewangelia 2015”
Autor: ks. Mariusz Krawiec SSP
Edycja Świętego Pawła

http://www.paulus.org.pl/czytania.html
******
Św. Ambroży (ok. 340-397), biskup Mediolanu, doktor Kościoła
O dobrach przynoszonych przez śmierć, 12, 25-55

„Droga, prawda i życie”

Zbliżajmy się śmiało w stronę naszego Odkupiciela, Jezusa; dołączmy śmiało do zgromadzenia świętych, zgromadzenia sprawiedliwych. Bo idziemy w stronę tych, którzy są naszymi braćmi, którzy nas pouczyli w wierze… Pan będzie światłem dla wszystkich, ta „światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka” (J 1,9) zalśni dla nas. Pójdziemy tam, gdzie Pan Jezus przygotował mieszkania dla swoich sług, abyśmy byli tam, gdzie On jest, bo taka jest Jego wola… I mówi nam, czego pragnie: „Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14,3)…

Pokazał miejsce i drogę, kiedy powiedział: „Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Miejsce – to u Ojca; droga, to Chrystus, jak sam powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. Wejdźmy zatem na tę drogę, przywiążmy się do prawdy, idźmy za życiem. Droga jest tym, co prowadzi, prawda – co utwierdza, życie – co się daje samo z siebie. A żebyśmy dobrze zrozumieli, czego pragnie, dorzuca dalej: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją” (J 17,24).

Idziemy za Tobą, Panie Jezu. Ale, abyśmy poszli za Tobą, wezwij nas, bo bez Ciebie nikt nie dojdzie do Ciebie. Bo Ty jesteś drogą, prawdą i życiem. Ty jesteś także naszą pomocą, wiarą i nagrodą. Ci, którzy należą do Ciebie – przyjmij ich, który jesteś Drogą; umocnij ich, Wiaro; ożyw ich, Życie.

******

*****

PLASTER MIODU. Psalm 2: Śmiechy na śniegu

Drugi odcinek internetowego słuchowiska PLASTER MIODU: PSALMY prowadzonego przez o. Adama Szustaka OP.

 

 

*****

#Ewangelia: Już znamy drogę do szczęścia!

Mieczysław Łusiak SJ

(fot. Islxndis / Source / CC BY-ND)

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele.

 

Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”.

 

Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.

 

[J 14, 1-6]

 

Komentarz do Ewangelii

 

Jezus jest kimś więcej niż prorokiem, czy wybitnym nauczycielem. On jest drogą, prawdą i życiem. To oznacza, że naśladując Go jesteśmy na właściwej drodze; patrząc na Niego, odkrywamy prawdę o sobie, o świecie, o Bogu; zbliżając się do Niego, doświadczamy nowego, pełnego życia.

 

Kto jest na właściwej drodze, zna prawdę i żyje nowym, wiecznym życiem, ten się nie trwoży. I jest po prostu szczęśliwy, nawet jeśli nie jest jeszcze u kresu drogi, jakim jest pełne zjednoczenie z Bogiem, Nawet jeśli ciągle doznajemy różnych smutków i cierpień.
Jezus uczyni nasze życie diametralnie innym, jeśli tylko Mu uwierzymy i poddamy się Mu. Bez wiary w Niego i poddania się Mu nie doświadczymy tego.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/pismo-swiete-rozwazania/art,2414,ewangelia-juz-znamy-droge-do-szczescia.html
******

Na dobranoc i dzień dobry – J 14, 1-6

Na dobranoc

Mariusz Han SJ

(fot. jamelah / flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

Ja jestem drogą i prawdą, i życiem…

 

Do domu Ojca
Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę.

 

Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.

 

Opowiadanie pt. „Moc wyznania wiary”
Dopóki żyjemy Chrystusem, dopóty posiadamy moc wyznania wiary. Kiedy odrywamy wzrok od Niego – upadamy!

 

Można to zobrazować przykładem ze starożytnej mądrości greckiej. Niezwyciężony, wspaniały Alkioneus drwił sobie ze wszystkich ciosów nieprzyjacielskich. Wystarczyło mu dotknąć się tego miejsca ziemi, na którym się urodził, a natychmiast goiły się rany i powracały nowe siły w życiowej walce. Kiedy zaś jego przeciwnik Herakles, porwał go i zaniósł poza granicę ojczyzny, tam dopiero mógł pozbawić go życia – bo oderwał go od korzeni życia.

 

Nic nie powinno nas odłączyć od miłości Chrystusa. On jest dla nas Drogą, Prawdą i Życiem.

 

Nie ma dla mnie powrotu, tutaj mnie przykuli, Czekać muszę na okręt gdzieś w drugiej półkuli, Płynący po głębinie w niezmierzoną dal. Widzę go, ciągle widzę – zginie czy nie zginie? Przykrywają go fale, lecz wciąż jeszcze płynie, Boryka się i walczy i dźwiga się z fal (Antoni Słonimski, Oko w oko)

 

Refleksja
Nasze życie nie powinno być trwogą, ale dążeniem do wolności, która otwiera nas na Boga. Lęk ma to do siebie, że zamyka nas w naszym małym i ciasnym świecie. Tymczasem otwarcie się na innych, a zwłaszcza na Chrystusa, poszerza nasze perspektywy widzenia świata takim, jakim on realnie jest…

 

Jezus zachęca nas, abyśmy nie żyli frustracją źle przeżytych dni przeszłości, ani też z trwogą nie patrzyli w przyszłość. Mamy z odwagą i wolnością „dzieci bożych” poświęcać się budowaniu rzeczywistości „tu i teraz”. To od nas zależy co wybierzemy: „grzebanie się” w przeszłości, czy „bujanie” w przyszłości. Stąd tak ważna jest sama świadomość wyboru, która ma kluczową rolę w dążeniu za Jezusem, jako nasza „droga, prawda i życie”…

 

3 pytania na dobranoc i dzień dobry
1. Wolność i spokój, czy też… trwoga i lęk – co wybierasz?
2. Czy Chrystus pomaga Ci widzieć siebie samego?
3. Żyjesz bardziej przeszłością, przyszłością czy teraźniejszością?

 

I tak na koniec…
Najkrótsza droga do obłędu wiedzie przez samotność (Aleksander Minkowski)

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/na-dobranoc-i-dzien-dobry/art,240,na-dobranoc-i-dzien-dobry-j-14-1-6.html

******

**************************************************************************************************************************************

ŚWIĘTYCH OBCOWANIE

1 MAJA

*****

Święty Józef, Rzemieślnik
Święty Józef, Rzemieślnik Święty Józef był mężem Maryi. Jego postać znamy z przekazów Ewangelii. Czcimy go dwukrotnie w ciągu roku: 19 marca – jako Oblubieńca Matki Bożej, a dzisiaj – jako wzór i patrona ludzi pracujących. 1 maja 1955 roku zwracając się do Katolickiego Stowarzyszenia Robotników Włoskich papież Pius XII proklamował ten dzień świętem Józefa rzemieślnika, nadając w ten sposób religijne znaczenie świeckiemu, obchodzonemu na całym świecie od 1892 r., świętu pracy. Odtąd tego dnia także Kościół akcentuje szczególną godność i znaczenie pracy. To wspomnienie jest wyrazem zrozumienia i poszanowania jej roli w duchowym rozwoju człowieka, a także okazją do złożenia hołdu tym jej wartościom, które pozwalają stosunki między ludźmi ją wykonującymi oprzeć na zasadach pokoju społecznego, dalekich od niezgody, gwałtu i nienawiści.
Całe swoje życie św. Józef spędził jako rękodzielnik i wyrobnik w ciężkiej zarobkowej pracy. Ewangelie określają go mianem tektōn (łac. faber), przez co rozumiano wyrobnika – rzemieślnika od naprawy narzędzi rolniczych, przedmiotów drewnianych itp. Były to więc prace związane z budownictwem, z robotą w drewnie i w żelazie. Józef wykonywał je na zamówienie i w ten sposób utrzymywał Najświętszą Rodzinę. Ta właśnie praca stała się równocześnie dla niego źródłem uświęcenia. Był mistykiem nie przez kontemplację, przez uczynki pokutne czy przez dzieła miłosierdzia, ale właśnie przez codzienną pracę. Praca go uświęciła, gdyż wykonywał ją rzetelnie, wypełniał ją cicho i pokornie jako zleconą sobie od Boga misję na ziemi. Spełniał ją zapatrzony w Jezusa i Maryję. Dla nich żył, dla nich się trudził, dla nich był gotów do najwyższych ofiar. Taki powinien być styl pracy każdego chrześcijańskiego pracownika. Praca ma go uświęcać, ma być źródłem gromadzenia zasług dla nieba, podobnie jak to było w życiu św. Józefa.

Pismo Święte nie tylko nie potępia pracy, ale ją zaleca i nakazuje, i to we wszelkich odmianach, także gdy chodzi o pracę fizyczną. Już pierwsi rodzice w raju pracowali: „Jahwe Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2, 15). Księga Przysłów oddaje najwyższe pochwały kobiecie pracowitej i wylicza, jakie pożytki i dobrodziejstwa ma z tego mąż i cały dom (Prz 31, 10-31). Pismo święte natomiast gromi leniwych i ostrzega przed nimi: „Do mrówki udaj się, leniwcze, patrz na jej drogi… w lesie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm za życia. Jak długo, leniwcze, chcesz leżeć? A kiedyż ze snu powstaniesz?” (Prz 6, 6-9). „Ręka leniwa sprowadza ubóstwo, ręka zaś pilnych wzbogaca” (Prz 10, 4). „Kto ziemię uprawia, nasyci się chlebem” (Prz 12, 11). „Lenistwo nie złowi zwierzyny, ludzka pilność cennym bogactwem” (Prz 12, 27). Św. Paweł wprost pisze: „Gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je” (2 Tes 3, 10). Przypowieść Pana Jezusa o robotnikach w winnicy (Mt 20, 1-16) i o talentach (Mt 25, 14-30; Łk 19, 11-28) akcentuje, że człowiek za swoją pracę odpowiada nie tylko wobec społeczeństwa, ale także w sumieniu wobec Pana Boga.

Praca wyzwala z człowieka najpełniej jego uzdolnienia, energię, inicjatywę. Jest szkołą wielu cnót osobistych i społecznych, takich jak na przykład wytrzymałość, solidarność, cierpliwość, męstwo, odwaga i ład, współpraca, współzawodnictwo. Praca bogaci i łączy ludzi. Wyrównuje także nierówność społeczną. Jeśli człowiek traktuje pracę jako swoje posłannictwo, jako zleconą sobie od Boga misję, staje się ona wówczas dla niego środkiem uświęcenia i gromadzenia zasług dla nieba. Kościół wyniósł na ołtarze nie tylko władców, biskupów, papieży i zakonników, ale także zapobiegliwych ojców, dzielne matki, rzemieślników, żołnierzy i rolników.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-01a.php3
****

JAN XXIII

LIST APOSTOLSKI

Do Biskupów i Wiernych całego świata o odnowieniu nabożeństwa do Niebiańskiego Patrona Kościoła

Czcigodni Bracia i Drodzy Synowie!

Głosy, które ze wszystkich stron ziemi napływają do Nas jako wyraz radosnego oczekiwania i życzeń powodzenia dla Soboru Powszechnego Watykańskiego II, pobudzają coraz bardziej Naszego ducha, by skorzystać z dobrego usposobienia tylu prostych i szczerych serc, zwracających się z miłą samorzutnością ku modlitwie o pomoc niebieską i ku wzmożeniu gorliwości religijnej oraz pragnących wyjaśnienia wskazań praktycznych, jakie dotyczą wszystkiego co odprawienie Soboru zakłada i obiecuje, gdy chodzi o wzrost życia wewnętrznego i społecznego Kościoła i odnowienie duchowe całego świata.

I oto wychodzi nam naprzeciw, jawiąc się z nową tegoroczną wiosną na marginesie świętej Liturgii Wielkanocnej, łagodna i ukochana postać św. Józefa, dostojnego Oblubieńca Maryi, tak droga dla życia wewnętrznego dusz bardziej wrażliwych na powaby ascetyki chrześcijańskiej i na żywe wzory pobożności, odznaczające się umiarem i skromnością, tym bardziej jednak pociągające i miłe.

W historii kultu Kościoła świętego, Jezus, Słowo Boże, które stało się Człowiekiem, otrzymał natychmiast uwielbienie przysługujące tylko Jemu, jako blask istoty Ojca, a promieniujące w chwale Świętych, Maryja, Jego Rodzicielka, od pierwszych wieków Mu towarzyszy, pobożnie czczona w obrazach katakumb i bazylik: Święta Maryja, Matka Boża. Św. Józef natomiast poza jakąś wzmianką jego postaci, pojawiającą się tu i tam w pismach Ojców, pozostał przez długie wieki w charakterystycznym ukryciu, jakby w obrazie życia Zbawiciela był tylko ornamentem. Potrzeba było czasu, aby jego kult sprzed oczu wiernych przeniósł się do serc, wydobywając stamtąd szczególne wzloty modlitewne i ufne oddanie. Te radości, jakże liczne i wspaniałe – zostały przeznaczone pobożności nowszych czasów. Ze szczególną radością pragniemy w tej chwili dokonać charakterystycznego i wymownego ich przeglądu.

Św. Józef w wypowiedziach Papieży ostatniego stulecia

Wśród różnych wniosków, jakie Ojcowie Soboru Watykańskiego I zgromadzeni w Rzymie (1869-1870) przedłożyli Piusowi IX, dwa pierwsze dotyczyły św. Józefa. Proszono przede wszystkim o podniesienie stopnia jego kultu w świętej Liturgii: wniosek ten podpisało 153 biskupów. Drugi, podpisany przez 43 generalnych przełożonych zakonów, zawierał prośbę o uroczyste ogłoszenie św. Józefa Patronem Kościoła Powszechnego. (Acta et Decreta Sacrorum Conciliorum recentiorum – Collectio Lacensis t. VII, col. 856-857).

Pius IX

Pius IX przyjął z radością obydwa wnioski. W początkach swego pontyfikatu (10 XII 1847) wyznaczył on święto i liturgię Opieki św. Józefa na III niedziele po Wielkanocy. Już w roku 1854 w serdecznym i pobożnym przemówieniu ukazał św. Józefa jako najpewniejszą po Najśw. Maryi Pannie nadzieję Kościoła, a 8 XII 1870 po zawieszeniu Soboru Watykańskiego na skutek wydarzeń politycznych, skorzystał z przypadającego święta Niepokalanej, by w sposób najbardziej uroczysty i oficjalny ogłosić św. Józefa Patronem Kościoła Powszechnego, podnosząc święto 19 marca do rytu liturgicznego zdwojonego pierwszej klasy. (Decr. Quaemadmodum Deus, 8 dec. 1870; Acta Pii IX P. M. t. 5, Roma 1873, str. 282).

Ten krótki lecz ujmujący i podziwu godny dekret Urbi et Orbi z 8 grudnia 1870, który zasługuje naprawdę na określenie „Ad perpetuam rei memoriam”, stał się źródłem przebogatych i cennych natchnień dla następców Piusa IX.

Leon XIII

Istotnie, nieśmiertelny Leon XIII wydaje w święto Wniebowzięcia roku 1889 List Quamquam pluries, będący najbardziej obszernym i bogatym dokumentem, jaki kiedykolwiek papieże ogłosili ku czci Przybranego Ojca Pana Jezusa. (Acta Leonis XIII P. M. Roma 1880, str. 175-180). List ten w charakterystycznym świetle wysławia św. Józefa, jako wzór dla ojców rodzin i dla robotników. Stąd też wzięła swój początek piękna modlitwa: „Do Ciebie, o święty Józefie”, która taką słodyczą napełniała Nasze dzieciństwo.

Święty Pius X

Liczne dowody nabożeństwa i miłości ku św. Józefowi dołączył do okazanych już przez Papieża Leona, święty Papież Pius X, chętnie przyjmując uczynioną mu dedykację traktatu ilustrującego kult św. Józefa oraz wzbogacając skarb odpustów nadanych litanii, tak drogiej i miłej w odmawianiu. (Epist. ad R. P. A. Lepicier O. S. M., 12 febr. 1908; Acta Pii X P. M. Roma 1914, str. 168-169). Jakże trafnie brzmią słowa tego nadania: „Sanctissimus Dominus Noster Rius X inclytum Patriarcham S. loseph, divini Redemptoris patrem putativum, Deiparae Virginis sponsum purissimum et catholicae Ecclesiae potentem apud Deum Patronurn” – tu należy podziwiać subtelność osobistego uczucia – „cuius glorioso nomine e nativitate decoratur, peculiari atque constante religione ac pietate complectitur” (A. A. S. I (1909), str. 220). A oto inne słowa uzasadniające przyznanie nowych łask: „Ad augendum cultum erga S. loseph, Ecclesiae universalis Patronum” (Decr. S. Congreg. Rit. 24 lipca 1911; A. A. S. III (1911), str. 351).

Benedykt XV

Gdy u progu pierwszej wojny europejskiej zamknęły się oczy świętego Piusa X dla ziemskiego życia, opatrznościowym jego następcą został Benedykt XV, który, jak dobroczynna gwiazda niosąca wszystkim pocieszenie, przechodzi poprzez lata 1914-1918. On także zaraz przyczynił się do rozwoju kultu Świętego Patriarchy. Jemu mianowicie należy zawdzięczać wprowadzenie dwóch nowych prefacji i do kanonu Mszy: prefacji o św. Józefie i prefacji żałobnej. Zostały one słusznie ogłoszone przez dwa dekrety wydane tego samego dnia 9 kwietnia 1919 (A. A. S. XI (1919), str. 190-191), jakby dla przypomnienia wspólnoty i łączności w bólu i w wzmocnieniu pomiędzy dwiema rodzinami: tą niebiańską z Nazaretu, której św. Józef był głową prawną oraz ogromną rodziną ludzką, dotkniętą powszechnym przerażeniem, z powodu niezliczonych ofiar niszczycielskiej wojny. Jakże smutne lecz zarazem miłe i trafne zestawienie: z jednej strony św. Józef, z drugiej zaś chorąży święty Michał, obydwaj przedstawiają Bogu dusze zmarłych na wieczną światłość.

Do tego samego tematu powrócił Papież Benedykt w roku następnym – 25 lipca 1920 roku – podczas przygotowań do obchodu pięćdziesiątej rocznicy ogłoszenia św. Józefa przez Piusa IX Patronem Kościoła Powszechnego, wydając Motu proprio Bonum sane (25 VII 1920; A. A. S. XII (1920), str. 313), oświetlone doktryną teologiczną, a tchnące czułością i szczególną ufnością. Ponownie zajaśniała łagodna i łaskawa postać Świętego, którego ku obronie Kościoła walczącego lud chrześcijański miał wzywać w chwili, gdy z nową energią przystępował do duchowej, a także materialnej odbudowy. Św. Józef miał zarazem stać się pociechą dla milionów ludzkich ofiar, stojących na progu wieczności, dla których Papież Benedykt pragnął za pośrednictwem Biskupów i pobożnych stowarzyszeń wyjednać orędownictwo modlitwy św. Józefa, patrona umierających.

Pius XI i Pius XII

W te same ślady zalecanego i gorącego nabożeństwa do świętego, Patriarchy wstępowali dwaj ostatni papieże. Pius XI i Pius XII – obydwaj zawsze drogiej i czcigodnej pamięci – dając przykład żywej i budującej gorliwości w przypominaniu, nawoływaniu oraz wysławianiu.

Co najmniej cztery razy w uroczystych przemówieniach o treści związanej z uczczeniem nowych Świętych, a także często w dniu dorocznego święta 19 marca – tak było w roku 1928, potem w roku 1935, wreszcie w roku 1937 – Pius XI korzystał ze sposobności, by okazać światu różne wspaniałe rysy zdobiące duchowe oblicze Opiekuna Jezusowego, Oblubieńca najczystszego Maryi, pobożnego i skromnego robotnika z Nazaretu i Patrona Kościoła Powszechnego, będącego potężna tarczą obronną przeciw zasadzkom grzeszników, zmierzającym do rozkładu narodów chrześcijańskich. (Discorsi di Pio XI, S. E. I. vol. I, 1922 – 1928, str. 779 – 780).

Również Pius XII przejął od swego poprzednika nutę dominującą w tym samym .tonie, dając temu wyraz w licznych przemówieniach zawsze tak pięknych, serdecznych i trafnych. Tak dnia 10 kwietnia 1940 (Discorsi e Radiomessaggi di S. S. Pio XII, vol. II, str. 65 – 69) zachęcił młode małżeństwa, by oddały się pod bezpieczną i słodką opiekę Oblubieńca Maryi. W roku 1945 (tamże, vol. VII, str. 5 – 10) wzywał by czcić św. Józefa jako znakomity wzór i jako niezwyciężonego obrońcę. W dziesięć lat później, w roku 1955 (tamże, vol. XVII, str. 71 – 76), zapowiadał ustanowienie dorocznego święta św. Józefa Rzemieślnika. Istotnie święto to niedawno temu wprowadzone i wyznaczone na dzień 1 maja, zastąpiło święto dotychczas obchodzone we środę drugiego tygodnia po Wielkanocy, podczas gdy tradycyjne święto 19 marca będzie odtąd datą uroczystą i ostateczną Opieki św. Józefa nad Kościołem Powszechnym.

Ten sam Ojciec św. Pius XII raczył ozdobić postać św. Józefa niby wieńcem, gorącą modlitwą przedłożoną pobożności kapłanów oraz wiernych całego świata, a obdarzoną znacznymi odpustami. Jest to modlitwa o charakterze wybitnie zawodowym i społecznym, która nadaje się dla każdego, kto podlega prawu pracy, będącemu dla wszystkich „prawem zaszczytnym, prawem życia spokojnego i świętego, zadatkiem nieśmiertelnego szczęścia”. Między innymi mówi się tam: „Bądź z nami, o święty Józefie, w chwilach pomyślności, gdy wszystko nas zachęca do uczciwego korzystania z owoców naszego trudu. Bądź z nami jednak i wspieraj nas przede wszystkim w godzinach smutku, kiedy wydaje się, iż niebo chce zamknąć się przed nami i gdy nawet narzędzia naszej pracy wysuwają się nam z rak”, (tamże, vol. XX, str. 235).

19 marca: Definitywna data święta Opieki

Czcigodni Bracia i Ukochani Synowie! Wydało się Nam rzeczą stosowną, by te przypomnienia z dziedziny historii i pobożności religijnej przedłożyć zbożnej uwadze Waszych dusz, wychowanych w głębokim wyczuciu życia chrześcijańskiego i katolickiego, właśnie dnia 19 marca, kiedy to święto św. Józefa zbiega się z początkiem okresu Męki Pańskiej i przygotowuje nas do ścisłej zażyłości z najbardziej wzruszającymi i zbawiennymi tajemnicami świętej Liturgii. Przepisy, które każą w dwóch ostatnich tygodniach przed Wielkanocą zakrywać zasłoną obrazy Jezusa Ukrzyżowanego, Maryi i Świętych stanowią wezwanie do wewnętrznego i świętego skupienia, by złączyć się z Panem przez modlitwę, rozmyślanie i błagania, częste i żywe. Pan Jezus, Najświętsza Dziewica i Święci oczekują naszych ufnych próśb; jest rzeczą zupełnie oczywistą, że kierować się one będą ku temu, co najbardziej odpowiada troskom Kościoła Powszechnego.

Oczekiwanie Soboru Powszechnego

Wśród tych trosk naczelne i wyróżniające się miejsce zajmuje bez wątpienia Sobór Powszechny Watykański, na który oczekują serca wszystkich, co wierzą w Chrystusa Zbawiciela, zarówno przynależnych do Kościoła Katolickiego, Matki naszej, jak i należących do niektórych wyznań od Niego odłączonych. Wielu tęskni tam za powrotem do jedności i pokoju, według nauki i modlitwy Chrystusa do Ojca niebieskiego. Jest rzeczą naturalną, że to przypomnienie głosów papieży z ostatniego stulecia ma za główny cel pobudzić świat do współpracy nad pomyślnym wynikiem wielkiego zamierzenia w dziedzinie porządku, podniesienia duchowego i przywrócenia pokoju, do czego też Sobór Powszechny jest powołany.

Sobór na służbie wszystkich dusz

W Kościele, jakim ustanowił go Pan Jezus, wszystko jest wielkie i podkreślenia godne. Podczas odprawiania Soboru gromadzą się wokół Ojców najbardziej wybitne osobistości ze świata katolickiego, obdarzone wielkimi darami wiedzy teologicznej i prawniczej, zdolnościami organizacyjnymi i wzniosłym duchem apostolskim. Oto czym jest Sobór: Papież na czele, wokół niego kardynałowie, biskupi ze wszystkich krajów i wszystkich obrządków, doktorzy i nauczyciele najbardziej kompetentni w różnych dziedzinach i specjalnościach.

Ale Sobór jest zwoływany dla całego ludu chrześcijańskiego, który jest zainteresowany w niezwykle doskonałym przypływie łaski i żywotności, mającej ułatwić i przyspieszyć nabycie prawdziwie cennych dóbr obecnego życia oraz zapewnić szczęście wieczne.

Wszyscy są więc zainteresowani, gdy chodzi o Sobór: duchowni i świeccy, wielcy i mali ze wszystkich części świata, stanów społecznych, plemion i ras. Jeśli zaś jest wskazane, aby Sobór miał swego niebiańskiego Patrona, który by dla przygotowań i całego jego przebiegu uprosił ową moc Boża, dzięki której Sobór zda się być przeznaczony do zapoczątkowania nowej epoki w dziejach współczesnego Kościoła – to nikt ze świętych lepiej tego nie dokona, niż święty Józef, dostojna Głowa Rodziny Nazaretańskiej i Opiekun Kościoła świętego. Gdy raz jeszcze, jak to uczyniliśmy, słuchamy echa słów papieży ostatniego stulecia naszej historii, poruszają nasze serca charakterystyczne zwroty Piusa XI, także dzięki jego rozważnemu i spokojnemu sposobowi wyrażania się. Dochodzą one do naszych uszu właśnie z przemówienia, wygłoszonego dnia 19 marca 1928 r., kiedy to papież nie mógł i nie chciał pominąć wzmianki o świętym Józefie – o drogim i błogosławionym św. Józefie, jak zwykł go określać.

„Jest rzeczą pociągającą – mówił – oglądać z bliska i jakby dostrzegać blask dwóch wspaniałych postaci, stojących obok siebie i towarzyszących sobie w początkach Kościoła. Pierwszą z nich jest św. Jan Chrzciciel, ukazujący się z pustyni, raz z głosem grzmiącym, kiedy indziej pełen łagodności, raz jako lew ryczący, to znowu jako przyjaciel, który raduje się chwałą Oblubieńca i rzuca światu w twarz wspaniałość swego męczeństwa. A drugą jest mocna postać św. Piotra, słuchającego wspaniałych słów Boskiego Mistrza: „Idźcie i nauczajcie cały świat”, oraz skierowanych do niego osobiście: „Ty jesteś Piotr, a na tej opoce zbuduję Kościół mój”. Wielkie posłannictwo, Boże, uroczyste i głośne.

Tak mówił Pius XI. A potem jakże trafnie dodawał: „Wśród tych dwóch wielkich osobistości, wśród tych dwóch posłannictw ukazuje się osoba i posłannictwo św. Józefa. Przechodzi on skupiony, milczący, prawie niedostrzegalny i nieznany, w pokorze, w milczeniu, które zajaśnieć miało dopiero później, w milczeniu, po którym miały nastąpić naprawdę potężne wołania, głosy, chwała wieków” (Discorsi di Pio XI, vol. I, str. 780).

Niech więc święty Józef będzie wzywany i czczony jako Opiekun Soboru Powszechnego Watykańskiego II.

Czcigodni Bracia i Dzieci Rzymu. Bracia i Synowie ukochani z całego świata.

Do tego punktu chcieliśmy Was doprowadzić, wysyłając ten List Apostolski właśnie w dniu 19 marca, aby w uroczystość św. Józefa, Patrona Kościoła Powszechnego, przyszła do dusz waszych zachęta w celu odnowienia niezwykłego zapału, byście tym żywiej, gorliwiej i wytrwałej uczestniczyli w modlitwach dotyczących trosk Kościoła, Nauczyciela i Matki naszej, który będzie nauczał i kierował tym nadzwyczajnym wydarzeniem, jakim jest XXI Sobór Powszechny, a II Watykański, przedmiot żywego zainteresowania i pełnej szacunku uwagi całej prasy światowej.

Wiecie dobrze, że pierwsza faza organizacyjna Soboru przebiega wśród spokojnej, pracowitej i pocieszającej działalności. Kilkuset prałatów i wybitnych duchownych, przybyłych ze wszystkich krajów świata pracuje po kolei w Rzymie w różnych i dobrze zorganizowanych komisjach. Każda z nich poświęca się własnym zbożnym zadaniom według cennych wskazówek znajdujących się w serii imponujących tomów, które zawierają myśli, doświadczenia i zalecenia zebrane przez inteligencję, mądrość i gorący zapał apostolski, wśród tego wszystkiego, co stanowi prawdziwe bogactwo Kościoła, w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Sobór Powszechny dla swego urzeczywistnienia się i powodzenia wymaga światła prawdy i łaski, zdyscyplinowanego studium i milczenia, pogodnego pokoju umysłów i serc. To z naszej ludzkiej strony. Z góry zaś jest potrzebna pomoc niebiańska, której lud chrześcijański powinien wzywać przez żywa modlitewną współprace i przez staranie o wzorowe życie. Uprzedzi ona i stanie się dowodem zdecydowanej postawy każdego z wiernych do wprowadzenia w czyn później nauk i wskazań, jakie zostaną ogłoszone przy upragnionym zakończeniu tego wielkiego wydarzenia, będącego już teraz w obiecującym i pomyślnym toku.

Czcigodni Bracia i Ukochani Synowie!

Świetlana myśl Piusa XI z 19 marca 1928 r. wciąż Nam jeszcze towarzyszy. Tu, w Rzymie, święta Katedra Lateraneńska jaśnieje zawsze chwalą św. Jana Chrzciciela. Ale w największej świątyni św. Piotra, gdzie czczone są drogie pamiątki całego chrześcijaństwa, znajduje się także ołtarz św. Józefa. Zamierzamy i postanawiamy to dzisiaj, by ołtarz św. Józefa okrył się nowym blaskiem, większym i bardziej uroczystym i stał się miejscem pociągającym do modlitwy poszczególne dusze i niezliczone tłumy. Tu bowiem, pod niebiańskim sklepieniem świątyni Watykańskiej, zbiorą się wokół Głowy Kościoła szeregi tych, którzy tworzą Kolegium Apostolskie i ze wszystkich, nawet najbardziej odległych miejsc na ziemi przybędą na Sobór Powszechny.

O święty Józefie, tu, tu jest Twoje miejsce Opiekuna Kościoła Powszechnego. Zapragnęliśmy Ci złożyć wieniec chwały poprzez głosy i dokumenty Naszych bezpośrednich poprzedników z ostatniego wieku, od Piusa IX do Piusa XII. Niech on będzie echem świadectw serdecznej czci, jakie wznoszą się teraz ze wszystkich narodów katolickich i ze wszystkich krajów katolickich. Niech duch Twego pokoju, milczenia, sumiennej pracy i modlitwy w służbie świętego Kościoła zawsze nas ożywia i napełnia radością w zjednoczeniu z Twoją błogosławioną Oblubienicą, najsłodszą i Niepokalaną Matką naszą, w najmocniejszej i słodkiej miłości Jezusa, Króla chwalebnego i nieśmiertelnego wieków i ludów. Amen.

Dan w Rzymie, u św. Piotra, 19 marca 1961 roku, w trzecim roku Naszego Pontyfikatu.

IOANNES PP. XXIII
Źródło: L’Osservatore Romano z dnia 19 marca 1961 r. nr 66; Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie 51 (1961) 289 – 295

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_xxiii/listy/swjozef_19031961.html#

****

Benedykt XVI

Praca a duchowość człowieka

19 III 2006 — Msza św. w uroczystość św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

19 marca, w przeddzień liturgicznej uroczystości św. Józefa, przeniesionej na 20 marca ze względu na to, że w tym roku zbiegła się z III Niedzielą Wielkiego Postu, Benedykt XVI, zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Jana Pawła II, odprawił w Bazylice Watykańskiej Mszę św. dla stowarzyszeń o inspiracji chrześcijańskiej, reprezentujących świat pracy. «Biblia — powiedział w kazaniu Papież — w wielu miejscach ukazuje, że praca należy do pierwotnej kondycji człowieka. Kiedy Stwórca ukształtował człowieka na swój obraz i podobieństwo, nakazał mu uprawiać ziemię. To na skutek grzechu pierwszych rodziców praca stała się trudem i uciążliwością, ale w Bożym planie zachowuje ona niezmiennie swą wartość».

Drodzy Bracia i Siostry!

Wysłuchaliśmy wspólnie znanego, pięknego fragmentu z Księgi Wyjścia, w którym natchniony autor opowiada o tym, jak Bóg przekazał Izraelowi Dekalog. Już w pierwszej chwili uderza jeden szczegół: ogłoszenie Dziesięciu Przykazań jest poprzedzone wymownym nawiązaniem do wyzwolenia ludu Izraela. Czytamy w tekście: «Ja jestem Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli» (Wj 20, 2). Dekalog ma być zatem potwierdzeniem zdobytej wolności. W istocie, przykazania, w ich głębokim rozumieniu, są środkiem, danym przez Pana dla obrony naszej wolności zarówno przed wewnętrznym uzależnieniem od naszych namiętności, jak i przed zagrożeniami ze strony ludzi złej woli. Wszystkie «zakazy» przykazań są zarazem «afirmacją» dla rozwoju prawdziwej wolności. Istnieje też drugi wymiar Dekalogu, na który trzeba zwrócić uwagę: przekazując za pośrednictwem Mojżesza Prawo, Pan objawia, że chce zawrzeć z Izraelem Przymierze. Prawo zatem jest bardziej darem niż nakazem. Jego celem jest nie tyle nakazywanie, co człowiek powinien czynić, lecz raczej ma ono objawić wszystkim wybór Boga: staje On po stronie narodu wybranego; wyzwolił go z niewoli i otacza swą miłosierną dobrocią. Dekalog jest świadectwem miłości wybrania.

Na krzyżu się objawił

Dzisiejsza liturgia przekazuje nam jeszcze jedno przesłanie: Prawo Mojżeszowe zostało wypełnione przez Jezusa, który objawił mądrość i miłość Boga w tajemnicy krzyża, «który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan — jak nam powiedział św. Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu — dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków (…) mocą Bożą i mądrością Bożą» (1 Kor 1, 23-24). Właśnie do tej tajemnicy odnosi się odczytany przed chwilą fragment Ewangelii: Jezus wygania ze świątyni kupców i bankierów. Ewangelista daje nam klucz do odczytania tego znaczącego epizodu, przytaczając werset Psalmu: «Gorliwość o dom Twój mnie pożera» (por. Ps 69 [68], 10). To Jezusa «pożera» owa «gorliwość» o «dom Boży», wykorzystywany do celów niezgodnych z jego przeznaczeniem. Odpowiadając zwierzchnikom religijnym, którzy domagają się znaku potwierdzającego Jego władzę, Jezus mówi: «Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo» (J 2, 19). Były to słowa tajemnicze, niezrozumiałe w tamtym momencie, ale Jan przekazując je swym chrześcijańskim czytelnikom, dodaje: «On zaś mówił o świątyni swego ciała» (J 2, 21). Tę «świątynię» mieli zniszczyć Jego przeciwnicy, a On miał ją odbudować po trzech dniach przez swe zmartwychwstanie. Bolesna i «gorsząca» śmierć Chrystusa miała być ukoronowana tryumfem Jego chwalebnego zmartwychwstania. Przygotowując się w okresie Wielkiego Postu do przeżywania podczas Triduum paschalnego tego głównego wydarzenia naszego zbawienia, patrzymy na Ukrzyżowanego i widzimy w Nim już blask Zmartwychwstałego.

Stworzeni do pracy

Drodzy bracia i siostry, dzisiejsza Eucharystia w III Niedzielę Wielkiego Postu, w której refleksja nad tekstami liturgicznymi łączy się ze wspomnieniem św. Józefa, daje nam sposobność do rozważenia w świetle tajemnicy paschalnej jeszcze jednego ważnego aspektu ludzkiego życia. Mam tu na myśli rzeczywistość pracy, która dziś ulega szybkim i złożonym przemianom. Biblia w wielu miejscach ukazuje, że praca należy do pierwotnej kondycji człowieka. Kiedy Stwórca ukształtował człowieka na swój obraz i podobieństwo, nakazał mu uprawiać ziemię (por. Rdz 2, 5-6). To na skutek grzechu pierwszych rodziców praca stała się trudem i uciążliwością (por. Rdz 3, 6-8), ale w Bożym planie zachowuje ona niezmiennie swą wartość. Sam Syn Boży, stawszy się we wszystkim do nas podobny, przez wiele lat oddawał się pracy rzemieślniczej, tak że znany był jako «syn cieśli» (por. Mt 13, 55). Kościół zawsze, a szczególnie w ubiegłym stuleciu, okazywał zainteresowanie i troskę tej dziedzinie życia społecznego, o czym świadczą liczne wypowiedzi Magisterium na tematy społeczne oraz działalność wielu stowarzyszeń o inspiracji chrześcijańskiej; niektóre z nich są tutaj dzisiaj, reprezentując cały świat pracy. Witam was z radością, drodzy przyjaciele, i każdego z was serdecznie pozdrawiam, a w szczególności bpa Arriga Miglia, ordynariusza Ivrei i przewodniczącego Komisji Konferencji Episkopatu Włoch ds. Problemów Społecznych, Pracy, Sprawiedliwości i Pokoju, który zechciał wyrazić uczucia was wszystkich i złożył mi miłe życzenia z okazji mych imienin. Szczerze za nie dziękuję.

Nakaz odpoczynku

Praca ma pierwszorzędne znaczenie dla realizacji człowieka i dla rozwoju społeczeństwa. Musi być zatem organizowana i wykonywana z pełnym poszanowaniem ludzkiej godności i w duchu służby dobru wspólnemu. Jest również ważne, aby człowiek nie stał się niewolnikiem pracy, by nie traktował jej w sposób bałwochwalczy, sądząc, że to właśnie ona nadaje ostateczny i definitywny sens życiu. Bardzo stosowne jest w tym względzie napomnienie, zawarte w pierwszym czytaniu: «Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał wszystkie swoje zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem Pana, Boga twego» (Wj 20, 8-10). Szabat jest dniem świętym, czyli poświęconym Bogu, w nim człowiek lepiej pojmuje sens swego życia oraz swojej pracy. Można zatem powiedzieć, że biblijne nauczanie o pracy ma swoje ukoronowanie w nakazie odpoczynku. Słusznie pisze o tym Kompendium Społecznej Nauki Kościoła: «Człowiekowi, skrępowanemu koniecznością pracy, odpoczynek otwiera perspektywę pełniejszej wolności, perspektywę wiecznego szabatu (por. Hbr 4, 9-10). Odpoczynek pozwala ludziom wspominać i na nowo przeżywać Boże dzieła, od stworzenia po odkupienie, pozwala im dostrzec, że oni sami są Jego dziełem (por. Ef 2, 10), składać dziękczynienie za swoje życie i istnienie Temu, który jest jego autorem» (n. 258).

Praca musi służyć prawdziwemu dobru ludzkości, «pozwalając człowiekowi, jako jednostce i jako członkowi społeczności, na rozwijanie i wypełnianie jego integralnego powołania» (por. Gaudium et spes, 35). Aby tak było, nie wystarczy jedynie — wszak konieczne — przygotowanie techniczne i zawodowe, ani też stworzenie sprawiedliwego i uwzględniającego dobro wszystkich porządku społecznego. Potrzeba życia duchowego, które pomaga wiernym uświęcać się przez własną pracę, na wzór św. Józefa, który każdego dnia musiał troszczyć się o potrzeby Świętej Rodziny, zaspokajając je dzięki pracy swych rąk. Z tego względu został uznany przez Kościół za patrona robotników. Jego świadectwo pokazuje, że człowiek jest podmiotem i wykonawcą pracy. Jemu pragnę zawierzyć ludzi młodych, którzy mają trudności z wejściem w świat pracy, bezrobotnych i cierpiących niedostatek z powodu poważnego kryzysu bezrobocia. Niech św. Józef wraz z Maryją, swą Oblubienicą, otacza opieką wszystkich ludzi pracy i wyjedna rodzinom i całej ludzkości pomyślność i pokój. Niech chrześcijanie, patrząc na tego wielkiego świętego, uczą się świadczyć w każdym środowisku pracy o miłości Chrystusa, który jest źródłem prawdziwej solidarności i trwałego pokoju. Amen!

 

opr. mg/mg

Copyright © by L’Osservatore Romano (6-7/2006) and Polish Bishops Conference

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/homilie/jozef_19032006.html

*****

Św. Józef – patron spraw wszelkich

Oprac. A. Felenzer

Wielkość św. Józefa uznawana jest od wczesnych lat istnienia Kościoła. Chociaż Ewangelie podają nam tylko pewne fakty z życia św. Józefa, żywo natomiast zajmują się Świętym apokryfy, to jednak jego kult, wzmianki pełne jego czci spotykamy dopiero w pismach Orygenesa (253 r. po Chr.), św. Ambrożego (397 r. po Chr.), św. Jana Chryzostoma (407 r. po Chr.), św. Hieronima (420 r. po Chr.), św. Augustyna (430 r. po Chr.). Wielu innych Świętych odprawiało nabożeństwa ku czci św. Józefa, ponieważ przypisywali mu moc otrzymywania łask za jego pośrednictwem. Mimo że żadne z jego wypowiedzi nie są spisane w Ewangelii, to jednak Święci mieli wiele do powiedzenia na temat św. Józefa. Oto zbiór takich wypowiedzi odzwierciedlających wielki szacunek, jakim inni darzyli Świętego.

Św. Alfons Liguori (1787 r.), założyciel Redemptorystów, pisał o św. Józefie i jego służbie Jezusowi i Maryi: „Każdy musi wiedzieć, że po Matce Bożej, św. Józef jest ze wszystkich świętych najukochańszy Bogu. Ma on dzięki temu wielką siłę Pana w sobie i może uzyskać łaski dla swoich wyznawców”.

Św. Teresa z Avila (1582 r.), reformatorka Karmelu, w księdze życia napisała: „Obrałam sobie za orędownika i patrona chwalebnego św. Józefa, usilnie jemu się polecając. I poznałam jasno, że jak w tej potrzebie, tak i w innych pilniejszych jeszcze, w których chodziło o cześć moją i o zatracenie duszy, Ojciec ten mój i Patron wybawił mnie i więcej mi dobrego uczynił, niż sama prosić umiałam. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek aż do tej chwili prosiła go, o jaką rzecz, której by mi nie wyświadczył. Jest to rzecz zdumiewająca, jak wielkie rzeczy Bóg mi uczynił za przyczyną tego chwalebnego Świętego, z ilu niebezpieczeństw na ciele i na duszy mnie wybawił… Chciał nas Pan przez to upewnić, że jak był mu poddany na ziemi opiekunowi i mniemanemu ojcu swojemu, który miał prawo Mu rozkazywać – tak i w niebie czyni wszystko, o cokolwiek on Go prosi”.

Św. Franciszek Salezy (1622 r.) pisał: „Błogosławiona Dziewica była dzieckiem i św. Józef wiedział o tym doskonale, ale on także wiedział, że była ona święta, czysta i anielska, i nie mógł sobie wyobrazić Jej winnej popełnienia grzechu:, dlatego też pozostawił Ją osądowi Bożemu. Dlaczego tak uczynił? Nowy Testament jasno o tym mówi, ponieważ «był on człowiekiem sprawiedliwym» (Mt 1, 19). Człowiek sprawiedliwy, kiedy nie może znaleźć wytłumaczenia czynów lub intencji kogoś, kogo bardzo poważa i szanuje, nie potępia go, lecz pozostawia sądowi Bożemu”.

Św. Jan Damasceński (750 r.): „Bóg obdarzył św. Józefa miłością, troskliwością i władzą ojcowską nad Jezusem. Dał mu uczucia ojcowskie, dzięki którym mógł strzec Go z wielką miłością; troskę ojcowską, aby mógł opiekować się Nim bardzo pieczołowicie, oraz ojcowską władzę, by być pewnym, że będzie posłuszny we wszystkim, co Mu zaleci”.

Św. Piotr Julian Eymard (1868 r.), założyciel Zgromadzenia Kapłanów od Najświętszego Sakramentu, o św. Józefie pisał następująco: „Św. Józef jest patronem życia rodzinnego. Pozostał zjednoczony z Bogiem pomimo pełnienia różnych codziennych prac i obowiązków. Trzymając w ręku piłę i hebel, robił nosidła i pługi, jednocześnie wznosząc swe serce ku niebu. Zawsze był gotów słuchać Jezusa i otrzymywać Jego łaski”.

Św. Bernardyn ze Sieny (1444 r.) rozważał na temat św. Józefa takimi słowami: „Nie ulega wątpliwości, że Chrystus wynagradza św. Józefa teraz nawet więcej, kiedy jest on w niebie, aniżeli był on na ziemi. Nasz Pan, który w życiu ziemskim miał Józefa jako Swego ojca, z pewnością nie odmówi mu niczego, o co prosi on w niebie”.

Św. Bernard z Clairvaux (1153 r.): „Od niektórych świętych otrzymujemy pomoc w szczególnych sprawach, ale od św. Józefa pomoc jest udzielana we wszystkich, a poza tym broni on tych wszystkich, którzy z pokora zwracają się do niego”.

Jan Paweł II: „Bóg wybrał Józefa na małżonka Maryi właśnie po to, by zapewnić Jezusowi ojcowską opiekę”.

Niedziela w Chicago 12/2004
http://www.niedziela.pl/artykul/25995/nd/Sw-Jozef—patron-spraw-wszelkich
****

Prawdziwy mężczyzna

Ks. Adam Łach

Pisząc w zeszłym tygodniu o geniuszu kobiety, w planach mieliśmy przygotowanie analogicznego artykułu poświęconego roli mężczyzny. Dziś nadarza się doskonała okazja do jego publikacji, wszak w tym tygodniu – 19 marca przypada uroczystość św. Józefa.

Święty też człowiek

Pokutuje w ludziach przekonanie, że normalny człowiek nie może być święty, a z drugiej strony – na kanonizowanego już świętego nie da się patrzeć jak na normalnego człowieka. Być może na takie spojrzenie miała wpływ XIX i XX-wieczna chrześcijańska ikonografia, która prezentowała świętych jakby nigdy ludźmi nie byli. Nieodłączna aureola i nadziemski wyraz twarzy powodowały, że wizerunki te stawały się słodkie jak syrop. Że taki przekaz odbiegał od prawdy, świadczy chociażby jedno z wystąpień papieża Pawła VI, który przeprosił artystów za propagowanie przez Kościół kiczu w sztuce.
Czy więc można na świętych patrzeć jak na zwyczajnych ludzi? Myślę, że nie tylko można, ale i trzeba – jeśli pragnie się w codziennym życiu naśladować ich postawy. A takie jest przecież „zadanie” kanonizowanych świętych. Mają być przykładami, jak żyć Ewangelią na co dzień.

Józef – ewangeliczny szczęściarz

Jednym z najwspanialszych świętych Kościoła jest z całą pewnością Józef – człowiek, który miał szczęście żyć, pracować i – według Tradycji – umrzeć, mając obok siebie Jezusa i Maryję. Trudno wyobrazić sobie większą łaskę! Z drugiej strony Józef musiał wykazywać się niezwykłymi przymiotami ducha, skoro Bóg okazał mu tak wielkie zaufanie i powierzył opiekę nad swoim jedynym Synem.
Ewangelia niewiele mówi o św. Józefie. Z tych enigmatycznych informacji da się jednak wiele wyczytać o tej postaci – na tyle dużo, że Ojciec Święty w adhortacji apostolskiej poświęconej ziemskiemu opiekunowi Jezusa Redemptoris custos pisze, iż warto podjąć refleksję „o człowieku, któremu Bóg «powierzył straż nad swymi najcenniejszymi skarbami»” (n. 1).

Szlachetny, dyskretny i delikatny

Jakie są zatem owoce tej refleksji? Wśród zasadniczych cech Józefa z Nazaretu, które mogą stać się wzorem dla współczesnego mężczyzny, na pierwszy plan wybija się wiara i zaufanie Panu Bogu. Objawia się ono szczególnie w ewangelicznej scenie, w której Józef nie rozumiejąc cudownego poczęcia Jezusa, postanawia opuścić Maryję. Interwencja Bożego wysłańca zapobiega takiemu obrotowi sprawy i Józef z ufnością podejmuje obowiązki męża i ojca.
Cała ta scena może stanowić dobrą naukę dla współczesnych mężczyzn. Działanie Józefa, z pozoru trudne do zaakceptowania (chce przecież zostawić swoją żonę) nacechowane jest jednak wielką miłością i delikatnością. Oto młody mąż boryka się z nie lada problemem. Maryja, z którą nie zaznał pożycia małżeńskiego [wskazuje na to pytanie Maryi skierowane do archanioła Gabriela „jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1, 34)], spodziewa się dziecka. Józef nie rozumie jak to się stało i w akcie desperacji decyduje się na potajemne opuszczenie swej żony. Ponieważ jednak kocha ją i jej ufa, woli wziąć na siebie winę za rozstanie. Zapewne liczy się z tym, że zdobędzie niesławną opinię człowieka, który pozostawił brzemienną żonę na pastwę losu. Z Ewangelii wiemy, że Pan Bóg przez swą nadzwyczajną interwencję zapobiegł realizacji planu Józefa.
Postawa tego człowieka może budzić szczery podziw. Delikatność i szlachetność, jaką się wykazał, może służyć za wzór każdemu mężczyźnie, zwłaszcza we współczesnych czasach, kiedy to z codziennego słownika znikło pojęcie rycerskości. Św. Józef jest wzorem tej cnoty. Jest wobec powierzonej mu przez Boga rodziny opiekuńczy, troskliwy, kochający, Biblia nazywa go zaś „sprawiedliwym”, który nie chce Maryi narazić na zniesławienie. Ileż pięknych, zwyczajnych ludzkich cech, których ze świecą by szukać u „napakowanych” młodzieńców, chcących uchodzić za prawdziwych mężczyzn.

Wierny i pokorny

Wielkość Józefa ujawnia się również, a może przede wszystkim w jego postawie wobec Boga. Decydując się na małżeństwo z Maryją i opiekę nad Jezusem, Józef pokornie wypełnia zamysły Bożego planu zbawienia. Takie usunięcie się w cień Małżonki i Syna wymagało od niego niezwykłego hartu ducha i niezwykle głębokiej wiary. Dlatego pisze o nim Jan Paweł II: „Poprzez całkowite ofiarowanie siebie Józef wyraża bezinteresowną miłość do Matki Boga, składając Jej «małżeński dar z siebie». Zdecydowany pozostać w ukryciu, by nie być przeszkodą dla Bożego planu dokonującego się w Niej, Józef wypełnia wyraźne polecenie otrzymane od anioła: przyjmuje Maryję do siebie i szanuje Jej wyłączną przynależność do Boga” (Redemptoris custos, n. 20).

Prawdziwy ojciec

W tym kontekście sprawą niesłychanie istotną staje się relacja Józefa do Jezusa. Mówiąc o nim „Opiekun Świętej Rodziny” czy „Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny”, podświadomie unikamy pojęcia „ojciec”. Tymczasem w Ewangelii znajdziemy słowa Maryi, skierowane do 12-letniego Jezusa: „Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2, 48). Jak pisze Papież, jest to nie tylko „wyrażenie «umowne»: słowa Matki Jezusa wskazują na całą rzeczywistość Wcielenia, która należy do tajemnicy Rodziny z Nazaretu” (RC, n. 21). Dlatego też czytamy w adhortacji, że „w tej Rodzinie Józef jest ojcem. Nie jest to ojcostwo pochodzące ze zrodzenia, ale nie jest ono «pozorne» czy też tylko «zastępcze». Posiada pełną autentyczność ludzkiego ojcostwa, ojcowskiego posłannictwa w rodzinie” (jw.).
Tak więc ojcostwo to następna istotna cecha, której mogą i powinni od św. Józefa uczyć się mężczyźni. Cecha tym ważniejsza, że współcześnie ojcostwo przeżywa głęboki kryzys. Zachwiany przez negatywne społeczne przemiany autorytet ojca potrzebuje wzmacniania i odbudowy. Naśladowanie Józefa może w tym dziele z pewnością pomóc.

Pracowity i kochający

Jeszcze jedna ważna cecha przychodzi na myśl, gdy patrzy się na ziemskiego ojca Pana Jezusa: umiłowanie pracy. Ikony prezentują często św. Józefa trzymającego w dłoniach ciesielskie narzędzia. Tradycja przekazuje zaś obraz tego męża i ojca jako człowieka, który w pocie czoła pracuje na utrzymanie swej rodziny. Także o tym aspekcie mówi w swej adhortacji Papież, pisząc, że jego praca jest „wyrazem miłości”. To sformułowanie może być kluczowe dla mężczyzn, na barkach których spoczywa troska o byt materialny rodziny. Ich praca ma być przede wszystkim wyrazem miłości do najbliższych i przez ten pryzmat powinna być widziana. Co jednak zrobić, gdy tej pracy nie ma, co dziś wcale nie jest rzadkim zjawiskiem? I znowu trzeba sięgnąć do kluczowego słowa. Ojciec Święty nazywając pracę wyrazem miłości, nie precyzuje, że jest nim praca zarobkowa. Wydaje się, że chodzi tu o każdą pracę. Bezrobotny ojciec rodziny może więc podejmować różne zajęcia w domu, przynoszące pożytek jego rodzinie, jak choćby pomoc dzieciom w nauce czy naprawa psujących się sprzętów. Najgorszym rozwiązaniem byłoby siedzenie z założonymi rękami i narzekanie.

Zamiast zakończenia

Józef z Nazaretu to przepiękna postać. Można by pisać o niej tomy – już każde wezwanie z litanii do tego Świętego wystarczyłoby na napisanie jakiegoś traktatu. Dla chrześcijan to ktoś niezwykle ważny. Uczy bowiem, jak mówi Ojciec Święty, że „aby być dobrym i autentycznym naśladowcą Chrystusa, nie trzeba dokonywać wielkich rzeczy, ale wystarczy posiąść cnoty zwyczajne, ludzkie, proste – byle prawdziwe i autentyczne” (RC, n. 24). Czyż potrzeba lepszego wzoru dla współczesnych mężczyzn?

Edycja płocka 11/2003
http://www.niedziela.pl/artykul/13261/nd/Prawdziwy-mezczyzna
****

Orędownik wszystkich robotników

O. Klemens Stock SJ

Święty Józefie, Ty jesteś patronem wszystkich robotników, wyjednaj mi łaskę znalezienia pracy, abyśmy ja i moja rodzina mogli godnie żyć, i pozwól mi, bym miał głęboką cześć dla pracy i dla wszelkich obowiązków. Daj, bym mógł wdzięcznie i radośnie rozwijać i wykorzystywać dane mi przez Boga talenty i wytrwale z sumiennością pracować. Abym również nie zapomniał, że kiedyś będę musiał złożyć przed Bogiem rachunek za niechciane dobra. Pozwól doznać Twojej pomocy i orędownictwa, o które Ciebie proszę. Amen.

Józef towarzyszył

Jezusowi w Jego ludzkim rozwoju. Wszystko, co wiemy o ziemskim Opiekunie Zbawiciela, zawdzięczamy Ewangelistom: Mateuszowi i Łukaszowi. Jan wspomina o nim tylko dwa razy (1,45; 6,42).
Według Mateusza Bóg wzywa Józefa trzykrotnie. Ma on wziąć Maryję do siebie jako żonę, a Dziecko, które Ona otrzymała od Ducha Świętego, objąć ojcowską opiekę. Ma uciec z Dzieckiem i Jego Matką do Egiptu i w ten sposób uratować Dziecku życie. Ma w końcu sprowadzić Dziecko i Jego Matkę z powrotem do kraju Izraela i troszczyć się o Jego wzrost w wierze i tradycji narodu izraelskiego.

Wezwanie do odpowiedzialności ojcowskiej

Maryja i Józef zostali poślubieni zgodnie z prawem żydowskim. Gdy Józef dowiedział się o brzemienności Maryi, chciał postąpić sprawiedliwie i nosił się z zamiarem odejścia od niej. Dziecko nie było jego i Maryja winna była pozostać wolna. Wtedy to otrzymał polecenie zabrania jej do siebie, a Dziecku nadania imienia Jezus. Zgodnie z tradycją po zawarciu żydowskiego małżeństwa winien zrobić następny krok i w pełni związać się z Maryją jako swoją żoną. W ten sposób uznał on Jej Dziecko jako swoje i przyjął za nie pełną ojcowską odpowiedzialność. Tak oto Maryja i Jej Dziecko otrzymali pewne miejsce we wspólnocie narodu izraelskiego.
Józef nie jest naturalnym, lecz prawnym ojcem Jezusa. Otrzymał zadanie nie do odrzucenia; przez niego Jezus prawnie należy do narodu izraelskiego i zostaje synem i dziedzicem Abrahama i Dawida. Wskazuje na to drzewo rodowe.
Józef dowiaduje się również, że Dziecko pochodzi od Ducha Świętego, zawdzięcza swe życie twórczej mocy Boga. Wraz z Nim pojawi się coś zupełnie nowego. Ten nowy początek, który łączy ludzkość ostatecznie z Bogiem, nie pochodzi z naturalnego daru życia; pochodzi w całości od Boga, jako dar absolutny. Józef winien nazwać dziecko i tym samym nadać mu identyfikację. Imię Jezus znaczy: „Bóg ratuje”. Ten ratunek objawia się w ten sposób, że Jezus wyzwala swój naród – do którego należy poprzez Józefa – od grzechów. Stosunek między Bogiem i Jego narodem jest zakłócony. Ludzie wystąpili przeciwko woli Bożej i opuścili źródło życia, odłączyli się od niego i podlegają beznadziei i śmierci. Jezus doprowadza z powrotem do łączności z Bogiem, do pełni życia. W ten sposób ujawnia swoje drugie imię „Immanuel”, co znaczy „Bóg z nami”.

Powołany do ratowania ratownika

Gdy życie Jezusa znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, Józef otrzymał polecenie ucieczki z Dzieckiem i Jego Matką do Egiptu. Jako ojciec uznał to zlecenie za właściwie, usłuchał słowa i jeszcze tej nocy udał się w drogę. W słowach „Z Egiptu wezwałem Syna mojego” po raz pierwszy jest mowa o Jezusie jako Synu Bożym. Wyraźnie powiedziano, kto jest właściwym Ojcem Jezusa – jest nim sam Bóg. On trzyma rękę nad swym Synem i powołał Józefa do służby. Jest to jedyne powołanie Józefa, Bóg go wybrał i przez jego osobę utworzył ojcowską opiekę nad swym Synem.

Powołany do wychowania w Izraelu

Wraz ze śmiercią Heroda niebezpieczeństwo zostaje zażegnane. Józef otrzymuje rozkaz powrotu do kraju Izraela wraz z Dzieckiem i Jego Matką. Ostatecznie osiedla się w Galilei, w Nazarecie. W stosunku do Jezusa ma zadanie izraelskiego ojca, wprowadzającego swojego syna w związek z Bogiem, w ramy rodziny, wspólnotę wsi i narodu. Poprzez Józefa dowiaduje się Jezus o przymierzu Boga ze swym narodem i uczy się zasad życiowych, które nadał mu Bóg. Jezus w Józefie doznaje miłości i pieczołowitości ludzkiego ojca. Jest to istotne dla jego ludzkiego stosunku do Boga.

Rękodzieło świętego Józefa

Jesteśmy przyzwyczajeni uważać św. Józefa za cieślę. Tak czyni już najstarsze tłumaczenie Ewangelii w jednym z germańskich języków – gotyku; Św. Mateusz nazywa go timrja, cieśla (Mt 13,55), a św. Marek mówi o Jezusie tekton (Mk 6,3). To wrażenie hebrajskie ccharasz można przetłumaczyć jako „twórca”.
Jak należy rozumieć te informacje odnośnie do zawodów Józefa i Jezusa, możemy się dowiedzieć z bardzo dawnych wypowiedzi i starych tłumaczeń Ewangelii. Pochodzący z Palestyny męczennik Justyn podaje, że Jezus sporządzał pługi i jarzma. Odpowiada to bardzo dobrze rolniczemu charakterowi Nazaretu, jak na to wskazują wykopaliska. Stare tłumaczenia mówią o pewnym cieśli i stolarzu i w ten sposób rozumują też Ojcowie Kościoła.
Dla ludzi z Nazaretu Józef jest stolarzem. W małej wsi był on jedynym rzemieślnikiem, który w ramach skromnych warunków wykonywał pracę w drzewie. Przy budowie domów był cieślą, sporządzał rusztowanie belkowe leżące na ścianach oraz płaski dach z chrustu, słomy i gliny. Z przedmiotów rolniczych sporządzał wóz, pługi i jarzma oraz sanie omłotowe. Jako stolarz wykonywał meble domowe: stoły, ławy, łóżka, krzesła, skrzynie i paki. Musiał utrzymywać swe narzędzia w dobrym stanie oraz starać się koniecznie o drzewo. Nigdy nie brakowało mu pracy. Miał przy tym prawdopodobnie kawałek gruntu, gdzie uprawiał nieco oliwek, winogron i figi. Życie było skromne, ale rodzina miała utrzymanie.

Jezus był przez swoich rodaków nazywany cieślą (Mk 6,3). Do głównych obowiązków izraelskiego ojca należało zapewnienie swemu synowi solidnego wykształcenia. Panowało przekonanie: że nieprzekazanie synowi umiejętności rzemiosła było jednoznaczne z nauczeniem go zawodu zbójeckiego. Również w tym wykazał się Józef jako dobry ojciec. On wprowadził Jezusa w prace drzewne. Jezus pracował razem z nim, i został cieślą z Nazaretu.

Bet. Gottes Volk nr 198
Tłum. B. Gniotowa

Edycja legnicka 11/2004E-mail: media@diecezja.legnica.pl
Adres: ul. Jana Pawła II 1, 59-220 Legnica
Tel.: (76) 724-41-52

http://www.niedziela.pl/artykul/25778/nd/Oredownik-wszystkich-robotnikow

****

Święty Józef, rzemieślnik

dodane 2003-03-18 10:04

Wiara.pl

Wspomnienie to wprowadził do liturgii kalendarza kościelnego papież Pius XII 24 kwietnia 1956 roku. Miał w ustanowieniu tego święta cel szczególny. Robotnicy na całym świecie od roku 1892 obchodzą 1 maja swoje święto doroczne, święto pracy.

Święty Józef, rzemieślnik   Autor z XIX w. (PD) Św. Józef

Chciał przeto wielki papież tym nowym wspomnieniem kościelnym włączyć się w powszechny nurt, podnieść godność pracy ludzkiej i dać robotnikom żywy wzór w św. Józefie Rzemieślniku.

Godność pracy ludzkiej
Według Biblii wydawałoby się, że pierwotnie w planach Bożych człowiek nie był stworzony do pracy, że praca jest karą Bożą za grzech pierworodny. Oto bowiem wyrok, jaki zapadł nad Adamem: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: «Nie będziesz z niego jeść» — przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu, w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty, bo prochem jesteś i w proch się obrócisz”.

Za przekleństwo też uważali pracę, zwłaszcza fizyczną, Grecy i Rzymianie, a filozofowie greccy tej miary nawet co Platon, usiłowali tłumaczyć, że praca jest zajęciem i obowiązkiem niewolników, a nie ludzi wolnych. Potwierdziliby więc świadectwo Biblii. Autor księgi „Mądrość Syracha” ma takie zdanie: „Dla osła pasza, kij i ciężary; chleb, ćwiczenie (bicie) i praca dla niewolnika. Spraw, by sługa pracował, a znajdziesz odpoczynek. Zostaw mu wolno ręce, a szukać będzie wolności — Jarzmo i rzemień zginają kark a słudze krnąbrnemu wałek i dochodzenia. Wyślij go do pracy, by nie był bez zajęcia… a jeśli się nie słuchał, obciąż go dybami”.

A jednak tylko pobieżne czytanie Biblii prowadzi do takiego wypaczonego obrazu. Biblia nie tylko nie potępia pracy, ale ją zaleca i nakazuje, i to w jej wszelkiej odmianie, nawet gdy chodzi o pracę fizyczną. Oto w tej samej Biblii czytamy, że pierwsi rodzice w raju pracowali: „Jahwe Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał”.

Księga Przysłów oddaje najwyższe pochwały kobiecie pracowitej i wylicza, jakie pożytki i dobrodziejstwa ma z tego mąż i cały dom. Pismo Święte natomiast gromi leniwych i ostrzega przed nimi: „Do mrówki udaj się, leniwcze, patrz na jej drogi… w lesie gromadzi swą żywność i zbiera swój pokarm za życia. Jak długo leniwcze, chcesz leżeć? A kiedyż ze snu powstaniesz?”. „Ręka leniwa sprowadza ubóstwo, ręka zaś pilnych wzbogaca”. „Czym oset dla zębów, a dym dla oczu, tym leniwy dla którego wysłali”. „Kto ziemię uprawia nasyci się chlebem”. „Lenistwo nie złowi zwierzyny, ludzka pilność cennym bogactwem”. Św. Paweł wprost pisze: „Albowiem gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam tak: kto nie chce pracować, niech też nie je”.

Przypowieść Pana Jezusa o robotnikach we winnicy, o talentach itp. akcentuje, że człowiek za swoją pracę odpowiada nie tylko wobec społeczeństwa, ale także w sumieniu wobec Pana Boga. A więc jego stosunek do pracy rzutuje również na jego szczęście wieczne.

Jeśli więc Biblia mówi faktycznie, o przekleństwie pracy, to w tym znaczeniu, że po upadku człowiek zaczął odczuwać ciężar pracy, że praca stała się podstawą jego „żyć czy też umrzeć” — że praca wyczerpuje często najżywotniejsze jego siły i energię.
Błogosławieństwo pracy ludzkiej
Praca wyzwala z człowieka najpełniej jego uzdolnienia, energię, inicjatywę. Człowiek pracowity jest podobny do zadbanego ogrodu, sadu, czy pola, gdzie wszystko pięknie rośnie i cieszy oko dorodnym plonem. Człowiek leniwy zaś, podobny jest do pola zachwaszczonego, pełnego pokrzyw i dziko rosnących krzewów.

Praca jest szkołą wielu cnót osobistych i społecznych takich jak np.: wytrzymałość, solidarność, cierpliwość, męstwo, odwaga i ład, współpraca, współzawodnictwo. Natomiast lenistwo jest szkołą: samolubstwa i pasożytnictwa.

Praca bogaci. W ekonomii podkreśla się, że produkcja robi pieniądz, pieniądz zaś warunkuje dobrobyt. Jeśli obserwujemy dzisiaj tak wielki postęp kultury na wszystkich polach, to dzięki intensywnemu wysiłkowi milionów mózgów i milionów rąk. Tak więc praca podnosi stopę i warunki życiowe. Natomiast owocem lenistwa jest zaniedbanie i nędza. Człowiek leniwy woli kraść, posunie się nawet do grabieży i mordu, bowiem w ten sposób łatwiej bez wysiłku liczy na wzbogacenie się. Praca daje wreszcie zadowolenie. Człowiek, widząc owoce swojej pracy czuje satysfakcję, że trud jego nie idzie na marne, że „się opłaca” — co jest bodźcem do dalszych wysiłków.

Praca łączy ludzi. Pomyśleć, ile potrzeba rąk, byśmy mieli chleb, ubranie, dom. Ile trzeba było pokoleń ludzi, by nam ułatwić życie. Gdyby tak przyszedł na ziemie ktoś, kto na niej żył 1000, a nawet 200, 100 lat temu, pomyślałby, że żyjemy w bajce, byłby zdziwiony postępem i wynalazkami, z których korzystamy. A przecież złożyły się na nie wysiłki wielu pokoleń.

Praca wyrównuje nierówność społeczną. Kiedy bowiem bogaci się cały naród, podnosi się stopa życiowa wszystkich, wyrównują się różnice społecznej zamożności, podnosi się średnia przeciętna posiadania.

Jeśli człowiek traktuje pracę jako swoje posłannictwo, jako zleconą sobie od Boga misję, praca dla niego staje się wówczas środkiem uświęcenia i gromadzenia zasług dla nieba. Kościół wyniósł na ołtarze nie tylko książąt, biskupów, papieży i zakonników, ale także zapobiegliwych ojców, dzielne matki, rzemieślników, żołnierzy i rolników.

http://kosciol.wiara.pl/doc/490732.Swiety-Jozef-rzemieslnik/2

*****

Pan Bóg podlewa ogródek

Pan Bóg podlewa ogródek

Jan Drzymała

Nie zawsze sprawy na ziemi toczą się po naszej myśli. Z jednej strony mówimy: „bądź wola Twoja”, a z drugiej irytujemy się na Pana Boga, że podjął decyzję nie po naszej myśli. Święty Józef uczy nas, jak przyjmować Boskie niespodzianki.

Kiedy w piątkowe popołudnie wracałem radośnie do domu, mając w perspektywie trzy dni majówki, przyglądałem się z lekkim uśmiechem temu, co działo się wkoło. Na ulicach nieprzeciętny tłok, a w sklepach ruch, jakby ludzie przygotowywali się na klęskę żywiołową. Tak Polacy organizowali majówkę.

Tymczasem Pan Bóg wykombinował, że  lekko pomiesza nam szyki. Od dwóch dni pogoda, że tak oględnie się wyrażę, nie jest nadzwyczajna. No i część przygotowań na nic. Komuś nie wypalił grill ze znajomymi, kto inny odpuścił sobie wyczekany wyjazd w góry…

Czasami bywa tak, że nasze plany muszą ustąpić planom Pana Boga. Tym razem postanowił podlać swój ziemski ogródek. Możemy się na Niego za to wściekać, tylko co z tego? Nie wszystko na tym świecie zależy od nas i choćbyśmy pękli ze złości, nic nie zmienimy.

Jak znosić nieoczekiwane pomysły Boga Ojca? Jednym z najbardziej wyrazistych wzorców jest święty Józef. Temu to dopiero Pan Bóg spłatał figla. Józef już szykował się do małżeństwa z Maryją. Wszystko miało być takie piękne. Mieli żyć długo i szczęśliwie. Tymczasem wydarzyła się historia ze zwiastowaniem, archaniołem i poczęciem z Ducha Świętego. Plany Józefa runęły jak domek z kart. To jeden z dwóch momentów, które w jego postawie są dla mnie niesamowicie poruszające i pokazują dynamikę tej postaci.

Józef chce (zgodnie z prawem) oddalić Maryję, ale „po cichu”, żeby nie narazić jej na zniesławienie. Na pewno czuje się skrzywdzony, bo jego narzeczona nagle przed samym ślubem jest w ciąży, a on nie ma z tym nic wspólnego. Nie zamierza jednak mścić się na niej. Nawet w tak trudnym momencie jest honorowy.

Na szęście we śnie otrzymuje wyjaśnienia sytuacji i przyjmuje wolę Bożą. Nie tego się spodziewał, ale jednak podporządkowuje się Bożym planom. Przyjmuje rolę opiekuna Syna Bożego z całą masą konsekwencji, które się z tym wiążą.

Na kłopoty nie trzeba długo czekać. Herod próbuje pozbyć się – jak mu się zdaje – konkurenta do tronu. Święta Rodzina musi uciekać do Egiptu. Niewiele wiemy o tym, jak ta ucieczka wyglądała, ale dla mnie to jest drugi moment w życiu Józefa, który szczególnie pokazuje jego wielkość. Bierze żonę, dziecko, opuszcza dom, w którym mieszkał i rusza w nieznane. Po męsku przyjmuje wyzwanie, jakie rzuca mu los. W tym momencie staje się bliższy współczesnemu mężczyźnie. Temu, który nie załamuje się w obliczu trudności. Walczy. Jego odwaga i konsekwencja imponuje. Józef zgodził się na opiekę nad Maryją i Jezusem i tę misję wypełnia należycie.

Pan Bóg zamieszał w życiu Józefa. Dotknął jednego z najczulszych punktów męskiej dumy. Józef wyszedł z tej próby obronną ręką. Nie obraził się na Boga, nie trzasnął drzwiami. Podjął wyzwanie i wykonał je najlepiej, jak potrafił. Niewiele o nim wiemy. Ewangeliści poświęcają mu bardzo mało miejsca. Tradycja pokazuje go raczej w przesłodzonych barwach. Warto spojrzeć na Józefa trochę z innej strony i zobaczyć, że Bóg jest na tyle mądry, że nawet krzyżując nasze plany, potrafi wyprowadzić z nich większe dobro. Józef to zrozumiał i całkiem nieźle na tym wyszedł.

Prawda, że w tym kontekście deszczowy początek maja wygląda znacznie lepiej?

http://kosciol.wiara.pl/doc/514378.Pan-Bog-podlewa-ogrodek

*****

W Twoich mocnych ramionach. Miesiąc ze św. Józefem

Giuseppe Militello

1_10_68
Praktyka miesięcznego nabożeństwa wpisuje się w długą historię duchowości chrześcijańskiej, w której kult św. Józefa odgrywa szczególną rolę, oferując czytelnikowi dawne, wypróbowane formuły, ale wciąż żywe i skuteczne. Wyrażają one odwieczną potrzebę każdego człowieka, aby mieć swojego przewodnika, który będzie wzorem życia, troskliwym opiekunem i wiernym orędownikiem u Boga.

Ks. Giuseppe Militello (ur. w 1965 r. we Włoszech) potwierdza w niniejszej publikacji swoje zaangażowanie na rzecz historycznych podstaw duchowości i doktryny chrześcijańskiej.
Jest doktorem teologii (w zakresie eklezjologii) i wykładowcą Wyższego Instytutu Wiedzy Religijnej w diecezji Albenga-Imperia (Liguria), opublikował kilka książek w języku włoskim, m.in. Kto proklamuje słowo Boże? Wprowadzenie do posługi lektora (2009), Odkryć Sobór Watykański II (2010), Wywyższył pokornych (2011). Jako proboszcz parafii św. Józefa w diecezji Savona-Noli był odpowiedzialny za Diecezjalne Dzieło Pielgrzymkowe i pełnił funkcję koordynatora Grup Modlitewnych św. Ojca Pio. Od 2011 r. współpracuje z Centrum Badań nad Soborem Watykańskim II przy Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie. Często występuje jako prelegent w rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych. Jest kapelanem wojewódzkim policji w Savonie.

******

Święty Józef

autorzy: Marek Balon, Mariusz Pohl
Święty Józef

Historia życia Józefa z Nazaretu. Piękny album ilustrowany kadrami z filmu i sam film, opowiadający o ubogim cieśli, któremu Bóg wyznaczył do spełnienia trudną misję.

Pierwsze spotkanie z Joachimem i Anną, poznanie ich córki Maryi, wiadomość o jej odmiennym stanie i zwiastowaniu, wreszcie ukazanie się anioła i przyjęcie Maryi pod swój dach. Oglądamy podróż do Betlejem, narodziny Jezusa, ucieczkę do Egiptu i powrót do Palestyny.

Książka przybliża Józefa jako żywy, zrozumiały i atrakcyjny wzorzec autentycznych postaw życiowych dla chłopców, mężów i ojców. Pomoże odkrywać nam w jego życiu to, co decydowało o jego normalnej codzienności, szukać tego, co żywe i wspólne dla niego i dla nas.

http://www.tolle.pl/pozycja/swiety-jozef-balon?a=002254
*****
Nasz Wielki Patron Święty Józef

Nasz Wielki Patron Święty Józef

Praca zbiorowa

Bogata w treść, różnorodna, a przy tym wydana w formule albumowej i prezentowej książka dla czcicieli św. Józefa, zwłaszcza tych, którzy ze względu na imię, stan, wykonywany zawód, miejsce zamieszkania czy problem, z którym się zmagają, podlegają Jego szczególnej opiece. Warto, by Go lepiej poznali i do Niego zwracali się z modlitwą. Polecamy ją zwłaszcza wiernym w parafiach pod wezwaniem tego świętego.

Książka składa się z czterech części. W pierwszej poznajemy biografię Opiekuna Jezusa, druga zawiera wskazania i opisy patronatów Świętego, trzecia modlitwy do tego wielkiego Patrona, zaś czwarta niezwykłe, prawdziwe opowieści o ludziach, którzy doznali szczególnych łask czy wręcz cudów za sprawą św. Józefa.

Święty Józef jest między innymi patronem: mężczyzn, ojców, małżeństw, wychowawców, dzieci, młodzieży, młodzieży studiującej, szukających drogi, uchodźców, sierot, podróżujących, bezdomnych, ludzi pracy, cieśli, stolarzy, rzemieślników, drwali, inżynierów, grabarzy, umierających oraz noszących imię Józef i Józefa. Ponadto jest patronem czystej miłości, dzieł charytatywnych, dobrej śmierci, opiekunem rodzin i całego Kościoła, orędownikiem we wszystkich naszych potrzebach i sytuacjach beznadziejnych. Patronuje takim krajom jak Austria, Czechy, Filipiny, Hiszpania, Kanada, Portugalia i Peru, a także 301 parafiom w Polsce.

http://www.tolle.pl/pozycja/nasz-wielki-patron

****

Tajemnica św. Józefa

autor: Marie-Dominique Philippe OP
Tajemnica św. Józefa

Książka o człowieku, który na kartach Ewangelii nie powiedział ani słowa… Niniejsze studium duszy milczącego Opiekuna Świętej Rodziny nie jest pracą naukową, lecz owocem wielu lat modlitwy i kontemplacji francuskiego dominikanina, który dobrze znany jest już polskiemu czytelnikowi m.in. z cyklu książek pt. „Iść za Barankiem”.

Autor wprowadza nas krok po kroku we wszystko, czym żyło serce św. Józefa – w jego troski o byt powierzonych mu osób, w niezrozumienie własnego miejsca w historii zbawienia, która niespodziewanie stała się jego udziałem, w niesłychaną bliskość, jaka łączyła go z Synem Bożym.

http://www.tolle.pl/pozycja/tajemnica-sw-jozefa

****

MODLITEWNIK DLA SZUKAJĄCYCH PRACY

Elżbieta Wiater (opr.)

MODLITEWNIK DLA SZUKAJĄCYCH PRACY

Bł. Jan Paweł II pisał, że człowiek jest powołany do pracy, a praca „nosi na sobie szczególne znamię człowieka i człowieczeństwa” (Laborem exercens). Praca ma dopomagać człowiekowi, aby stawał się dojrzalszym duchowo i mógł spełnić swoje powołanie.

Przygotowany przez nas zbiór to pomoc duchowa dla osób poszukujących pracy lub rozważających jej zmianę z powodu wypalenia zawodowego czy pragnienia podjęcia nowego wyzwania. Zawiera modlitwy za wstawiennictwem znanych ze skuteczności orędowników, m.in. Matki Boskiej Pompejańskiej, św. Józefa, św. Josemarii Escrivy, św. Barbary, św. Jadwigi Śląskiej, św. Kajetana i św. Antoniego.

http://gloria24.pl/modlitewnik-dla-szukajacych-pracy?a=002254

**************************************************

Święty August Schoeffler, męczennik
Święty August Schoeffler August urodził się 22 listopada 1822 r. w Mittelbronn (Lotaryngia we Francji). Na początku studiów seminaryjnych został tercjarzem dominikańskim. Od 9 października 1846 r. był członkiem Stowarzyszenia Misji Zagranicznych. Zaraz po święceniach kapłańskich, które przyjął 29 maja 1847 r., wyjechał do Wietnamu. Przybył tam gotowy na męczeństwo. Pracował na dwóch placówkach misyjnych. 1 marca 1851 r. został aresztowany. Zawleczono go do Son-Tay i okrutnie torturowano. Ścięto go 1 maja 1851 r. Beatyfikował go Leon XIII 27 maja 1900 r., a kanonizował św. Jan Paweł II 19 czerwca 1988 w grupie 117 męczenników wietnamskich (wspominanych wspólnie 24 listopada).

Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Działalność misjonarzy nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i dziesięciu Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy.
Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich męczennikami z Tonkinu.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-01b.php3

******

Jan Paweł II: Sanktuarium Maryjne La-vang w Wietnamie (Watykan, 19.06.1988) Drukuj Email
środa, 20 kwietnia 2011 08:27
Dziś, kontynuując naszą duchową pielgrzymkę do sanktua­riów maryjnych świata, zatrzymamy się w Wietnamie, na ziemi użyźnionej krwią dopiero co kanonizowanych 117 Męczenników.

Zatrzymujemy naszą myśl na sanktuarium w La-vang, w ar­chidiecezji Hue, w środkowym Wietnamie. Nazwa tego sanktua­rium pochodzi od nazwy lasu La-vang, do którego niegdyś udawali się po drzewo członkowie niewielkich wspólnot chrześcijańskich, zamieszkujący te okolice.

Powstanie ośrodka maryjnego wiąże się także z doświadcze­niami, jakich doznały te wspólnoty, gdy uchodząc przed prześla­dowaniami króla Canh-Thinh w 1789 roku, szukały schronienia w owym lesie, nie bacząc na zagrożenie ze strony dzikich zwie­rząt, głód i choroby. Ludzie ci gromadzili się pod rozłożystym drze­wem, odmawiali różaniec i błagali o pomoc z niebios. Tradycja ludowa przekazała, że wiele razy ukazywała się im Najświętsza Dziewica Maryja z małym Jezusem na ręku, zachęcając ich do wy­trwania i zapewniając im swoją opiekę.

Gdy powrócił pokój, zbudowano w tym miejscu skromny drewniany kościółek, który stał się miejscem pielgrzymek. Jednakże w połowie XIX wieku rozpoczęły się nowe, jeszcze okrutniejsze prześladowania. Nabożeństwo do Matki Boskiej pozostało jednym z punktów oparcia dla wiary męczenników; często szli oni na śmierć z różańcem zawieszonym na szyi.

W 1886 roku prześladowania ustały, a na miejscu spalonego przez prześladowców drewnianego kościółka Matki Bożej z La-vang, stanął nowy, tym razem murowany; uroczystego po­święcenia dokonał w 1901 roku przy udziale licznych wiernych o. Morineau z Paryskich Misji Zagranicznych.

Niestety, odnowiona i rozbudowana w 1924 roku przez bi­skupa Hue, Eugenio Allysa, świątynia została zniszczona wsku­tek późniejszych działań wojennych i dziś pozostały z niej tylko zwęglone ruiny, wokół których, także obecnie, pomimo trudnoś­ci, zbierają się pielgrzymi, by modlić się o umocnienie swej wiary.

Kilka lat przed zburzeniem świątyni Konferencja Episkopa­tu Wietnamskiego, w Liście pasterskim z 1961 r., nadała jej tytuł «narodowego sanktuarium maryjnego». W tym samym roku Sto­lica Apostolska podniosła ją do rangi bazyliki mniejszej.

Możemy ufać, że te znamienne akty władz kościelnych oka­żą się zapowiedzią odbudowy sanktuarium, która, miejmy nadzieję, będzie mogła już wkrótce się dokonać w atmosferze wolności, po­koju i wdzięczności wobec Tej, którą «błogosławią wszystkie po­kolenia» (por. Łk 1, 48). W ten sposób, za wstawiennictwem Królowej Męczenników, sanktuarium będzie mogło realizować wszystkie swoje duchowe możliwości z pożytkiem zarówno dla ka­tolików wietnamskich, jak i dla jedności narodowej oraz dla praw­dziwego postępu w dziedzinie obywatelskiej i moralnej w tym kraju.

http://adoratio.pl/historia/teksty-zrodlowe/1729-jan-pawel-ii-sanktuarium-maryjne-la-vang-w-wietnamie-watykan-19-06-1988

*****

Nie tylko Rambo – św. Andrzej Dung-Lac i towarzysze

dodane 2008-11-21 17:18

ks. Tomasz Jaklewicz

Co wiemy o Wietnamie? Czy nie zachowujemy się tak, jakby Europa była pępkiem świata? Męczennicy z Wietnamu przypominają nam o tym, że nie mamy patentu na świętość.

Jak reagujemy na egzotyczne imiona świętych? Święty Dung-Lac? Pewnie Azjata? Skąd? Z Chin? Z Japonii? Z Wietnamu? Wszystko jedno. Ale spróbowałby ktoś pomylić Polaka z Czechem lub Niemcem.
Co wiemy o Wietnamie? W amerykańskich filmach o wojnie wietnamskiej tubylcy występują jedynie w roli dekoracji. Pojawiają się i znikają w dżungli, uśmiechają się lub strzelają do amerykańskich Rambo, których brzydki prezydent wysłał na wojnę. O losie Wietnamczyków nie dowiadujemy się niczego.

Pierwsze świadectwo o chrześcijaństwie w Wietnamie pochodzi z Kroniki Królewskiej. Czytamy w niej, że król L Trang Tông wydał w roku 1533 dekret zakazujący chrześcijańskiej wiary. Ewangelia musiała więc być głoszona przed rokiem 1533. W wieku XVI aktywną działalność prowadzili w Wietnamie misjonarze z Portugalii. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Najwięcej z nich zginęło za panowania cesarza Minh-Manga (1820–1840), którego nazywano wietnamskim Neronem. Zamordowano być może nawet 300 tysięcy wiernych. Jan Paweł II kanonizował 117 męczenników z lat 1773–1862. Wśród nich jest 8 biskupów i 50 kapłanów, pozostali to ludzie świeccy, najmłodszy Joseph Tuc miał dziewięć lat.

Andrzej Dung-Lac otwiera listę męczenników. Urodził się około 1795 r. w biednej rodzinie na północy Wietnamu. W wieku dwunastu lat wraz z rodzicami przeniósł się do Hanoi. Tam spotkał katechetę, który przez trzy lata uczył go chrześcijańskiej wiary. Wkrótce przyjął chrzest i imię Andrzej. Sam został katechetą. 15 marca 1823 r. przyjął święcenia kapłańskie. W 1835 roku Andrzej Dung został aresztowany. Dzięki pieniądzom zebranym przez jego parafian został uwolniony. Żeby uniknąć prześladowań, zmienił swoje imię na Andrzej Lac i przeniósł się gdzie indziej. W 1839 r. ponownie go aresztowano, tym razem z innym kapłanem, Piotrem Thi. Obaj zostali zwolnieni z aresztu po wpłaceniu odpowiedniej kwoty. Po raz trzeci aresztowano ich po kilkunastu dniach. Trafili do Hanoi, gdzie po torturach zostali ścięci mieczem 21 grudnia 1839 r.

Rządzący aktualnie w Wietnamie komuniści dążą do systematycznej eliminacji wszelkich organizacji religijnych. Kościół jednak żyje i rozwija się. Na 86 milionów mieszkańców 8 milionów jest katolikami. W 25 diecezjach działa 2900 księży, 1500 zakonników, 10 000 zakonnic, 1500 seminarzystów, 40 000 katechetów. Każdego roku udziela się 100 000 chrztów. W dalekim Wietnamie żyją nasze siostry i nasi bracia. Europa nie jest pępkiem świata i nie ma patentu na świętość.

http://kosciol.wiara.pl/doc/490509.Nie-tylko-Rambo-sw-Andrzej-DungLac-i-towarzysze

**********************************************

Jeremiasz, prorok
Prorok Jeremiasz Jeremiasz żył w czasach pełnych niepokoju. Gwałtowne przemiany, dokonujące się na Bliskim Wschodzie, wstrząsnęły nie tylko losem ludu, do którego należał, ale także jego własnym życiem. Na arenie dziejowej pojawił się około roku 626 przed Chrystusem, a więc w czasie, gdy hegemonia asyryjska zbliżała się do swego kresu, a Izraelici mogli na moment odetchnąć przejściowymi powiewami wolności. Wywodził się z rodu kapłańskiego, ale sam był wieśniakiem. Mieszkał w Anatot, w miejscowości oddalonej od Jerozolimy o godzinę drogi. Gdy został powołany na proroka, otrzymał zadanie niszczenia zła, a tworzenia dobra – i to nie tylko w samym Izraelu, ale także u innych narodów. Powołując się na młody wiek i brak doświadczenia, wymawiał się przed przyjęciem takiej misji, ale nalegania Boże okazały się silniejsze. Stał się więc rzecznikiem Boga, wyposażonym w szczególny mandat.
Jak Ozeasz, poniekąd także w jego stylu, wyrzucał mieszkańcom Jerozolimy, że zapomnieli o Panu i źle obchodzą się z braćmi. Przypomniał groźbę, jaką stanowią dla nich nieprzyjaciele z północy, którzy mogą stać się biczem Pańskim, szalejącym nad ziemią Izraela. W roku 621 odnaleziono w świątyni księgę Prawa. Dało to początek reformie religijnej. Jeremiasz pozostawał początkowo na dalszym planie w przeprowadzaniu tego dzieła, ale wspierał reformatorów, chociaż dostrzegał, że zmiany w strukturach nie zdadzą się na nic bez odmiany w sercach. Gdy w czasie między rokiem 616 a 612 Jozjasz pozyskał tereny na północy kraju, prorok wieścił nawrócenie braci. Wkrótce potem ten sam władca usiłował przeciwstawić się Egipcjanom, zdążającym na pomoc Asyryjczykom, i zginął pod Megiddo. Ta przedwczesna śmierć była zgorszeniem dla wielu. Co więcej, skłoniła niektórych do zarzucenia reformy, nawet do prześladowania jej budowniczych, samego zaś Jeremiasza wystawiła na napastliwość jego własnej rodziny.
Syn Jozjasza został uprowadzony przez faraona, a władanie z inicjatywy tego ostatniego objął Szalum, który przybrał imię Joachaza. Prorok piętnował postępowanie tego króla i przestrzegał braci, ale ci większą wagę przywiązywali do instytucji religijnych aniżeli do postępowania zgodnego z moralnością. Tymczasem Nabuchodonozor gotował się do podbicia całego Bliskiego Wschodu. W tej sytuacji Jeremiasz przestrzegał swoich i sąsiadów, ale także tym razem posłuchu nie znalazł. Jego przestrogi nie wypełniają się od razu, dlatego wszyscy kpią sobie z niego i zmuszają do tego, by żałośnie uskarżał się przed samym Panem. Chcąc pozostawić trwałe świadectwo, Jeremiasz kazał spisać przepowiednie. Jego sekretarz Baruch odczytał je ludowi.
Około roku 599 Nabuchodonozor pozwolił swym wasalom na pustoszenie terytorium judzkiego. Jeremiasz wezwał wówczas do opamiętania i roztropnego posłuchu, ale znów naraził się rodakom i został uwięziony, obity kijami i zakuty w dyby. Pod koniec rok 598 pod Jerozolimę nadciągnął sam Nabuchodonozor. W czasie oblężenia Jeremiasz wzywał do wierności ideałom ojców, a królowi wieścił deportację. Po urzeczywistnieniu się tego proroctwa na tron wstąpił Sedecjasz, który poprzysiągł wierność władcy Babilonii, ale potem próbował oscylować między jego potęgą a Egiptem. Jeremiasz głosił wtedy, że trzeba dochować wierności przysiędze, ale zarazem groził Babilonowi, bezbożnemu miastu, stolicy tyranii. Troszczył się zarazem o rozproszone w Mezopotamii owce Izraela. Wyrażał wobec nich swe zaufanie, a wiarołomnemu królowi przeciwstawiał przyszłego Dawidowego Mesjasza.
Gdy Sedecjasz na nowo wszedł w przymierze z faraonem, Nabuchodonozor po raz wtóry zarządził oblężenie Jerozolimy. Przerwał je na krótko na wieść o zbliżających się wojskach egipskich, a wówczas mieszkańcy miasta, czując się ocalonymi, z powrotem zapędzili w niewolę tych, których w czasie oblężenia uwolnili. Jeremiasz potępił to bezprawie, ale oskarżony o zdradę i defetyzm, został ujęty, obity, a potem wrzucony do wyschniętej studni. Mimo to głosił nadzieję i wieścił nowe przymierze z Bogiem, bardziej duchowe, utrwalone na wieki.
W lipcu 587 r. Jerozolima zostaje spustoszona, spalona, zrównana z ziemią. Elitę mieszkańców znów uprowadzono na wygnanie. Sedecjasza okaleczono i deportowano. Jeremiasza zabrał do siebie Godoliasz, którego Nabuchodonozor ustanowił zarządcą w Mispa. Po zbiorach Godoliasza zamordowali ludzie z królewskiego rodu, a bojąc się represji, uszli do Egiptu. Uprowadzili tam ze sobą proroka. Mimo to kontynuował on swą misję. Mógł już wtedy mieć 65 lat.

Prorok Jeremiasz Jaki był kres jego życia, nie wiemy. Wiemy natomiast, że wpływ proroczego nauczania był ogromny i rozciągający się na stulecia. To, co Jeremiasz powiedział o przymierzu, powtarzać będzie za nim Ezechiel. Deutero-Izajasz potwierdzi, że to przymierze rozciąga się na narody. Malachiasz zapowie Pośrednika, którym stanie się Jezus Chrystus. Także sam Pan będzie nieraz nawiązywać do Jeremiasza. Wpływ i autorytet tego wielkiego proroka potwierdzą też takie anonimowe pisma, jak Lamentacje czy Paralipomena, oraz pozakanoniczne Apokryphon.
Nie mogło to nie oddziałać na kult proroka w środowiskach chrześcijańskich. Beda wpisał go pod dniem 1 maja do martyrologium. Tę krótką notę Usuardus uzupełni tekstem zapożyczonym z Pseudo-Epifaniusza. Tym sposobem Jeremiasz stanie się męczennikiem, ukamienowanym w egipskim Tafnes przez rodaków. Z podobnego źródła zaczerpnie Martyrologium Rzymskie, które do wspomnienia doda wzmiankę o cudownym oddziaływaniu prochu z grobu proroka. Jego postać spowijały legendy już sto lat przed naszą erą. Chrześcijanie modyfikowali je potem na rozmaity sposób.

Zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego (nr 61), „patriarchowie i prorocy oraz inne postacie Starego Testamentu byli i zawsze będą czczeni jako święci we wszystkich tradycjach liturgicznych Kościoła”. Najbardziej znanymi postaciami Starego Testamentu, uznawanymi za osoby święte, są – oprócz Jeremiasza – także Abraham, Mojżesz, Dawid, Eliasz i Elizeusz oraz Jozue, ponadto często również Adam i Ewa.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-01c.php3
*************

JEREMIASZ

 

Cz. I – o. Lidian Strzeduła OFM

Cz. II – o. Sergiusz Bałdyga OFM

Jeremiasz

Cz. I  aspekt biblijny

        Prorok Jeremiasz żył na przełomie VII/VI w. przed Chrystusem. Jego imię jest tłumaczone jako Jahwe wywyższa, Jahwe podniesie z upadku. Był synem Chilkiasza i pochodził z rodu kapłańskiego, z pokolenia Beniamina z Anatot obok Jerozolimy (Jr 1,1). Księga Jeremiasza zawiera liczne passusy o charakterze autobiograficznym, stąd można powiedzieć stosunkowo sporo na temat jego życia i osobowości. Żył w czasach niestabilnych pod względem politycznym i religijnym. Należy tutaj wymienić takie wydarzenia jak reforma i odnowa religijna narodu wybranego przeprowadzona przez króla Jozjasza, następnie jego tragiczna śmierć w bitwie pod Megiddo, wreszcie dominacja Babilończyków oraz zniszczenie Jerozolimy i świątyni przez wojska Nabuchodonozora w 587/6 połączone z deportacją Żydów do Babilonii. W tym trudnym kontekście życiowym kształtuje się powołanie i misja Jeremiasza.

1. Powołanie

Powołanie Jeremiasza na proroka miało miejsce w trzynastym roku panowania Jozjasza, czyli ok. 626. W czasach jego młodości jahwizm był skażony bałwochwalstwem. Oddawano cześć baalom, szerzył się kult astralny, składano nawet ofiary z dzieci ku czci pogańskiego bożka Molocha. Powołanie proroka opisuje Jr 1,4nn: Pan skierował do mnie następujące słowo: «Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię». Dalszy opis powołania ukazuje obawy Jeremiasza związane z jego młodym wiekiem, a co za tym idzie, z brakiem umiejętności przemawiania. Pan wzywa Jeremiasza do bycia dyspozycyjnym wobec każdego Jego polecenia, ale zapewnia go również o swoim wsparciu (Jr 1,7-8). Symboliczną czynnością Pana jest dotknięcie ust proroka połączone z formułą posłannictwa: «Oto kładę moje słowa w twoje usta. 10 Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził» (Jr 1,9-10). Można mówić o swego rodzaju konsekracji na proroka. Odtąd Jeremiasz będzie musiał całkowicie zdać się na Pana, gdyż jego misja będzie obfitowała w wiele przeszkód i trudności – będzie przepowiadał koniec aktualnego porządku i nastanie nowej epoki w dziejach narodu wybranego. W obliczu nadchodzących przemian Pan wyznacza Jeremiaszowi szczególną rolę: A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. 19 Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą (Jr 1,18-19).

2. Czasy panowania Jozjasza (640-609)

Pierwsze rozdziały opisują działalność Jeremiasza za rządów króla Jozjasza, aż do jego tragicznej śmierci w bitwie z Egipcjanami pod Megiddo w 609. Napomnienia proroka są skierowane pod adresem Izraela, który odstąpił od pierwotnej wierności religii ojców. Wobec skażenia elementami kultów pogańskich Bóg stawia pytanie: A Ja zasadziłem ciebie jako szlachetną latorośl winną, tylko szczep prawdziwy. Jakże więc zmieniłaś się w dziki krzew, zwyrodniałą latorośl (Jr 2,21)? Jeremiasz wzywa do nawrócenia Królestwo Izraela (Jr 3,6nn), ale także Królestwo Judy i Jerozolimę (Jr 4,14nn). Karą za odstępstwo ma być najazd bliżej nie sprecyzowanego nieprzyjaciela z północy.

Najważniejszym wydarzeniem tego okresu pozostaje odnalezienie przez kapłana Chilkiasza Księgi Prawa (2Krl 22,3-10). Jozjasz zrozumiał jak dalece naród wybrany odszedł od wierności Bogu i przeprowadził reformę religijną. Jej wyrazem była likwidacja wszelkich przejawów bałwochwalstwa, a przede wszystkim centralizacja kultu w świątyni Jerozolimskiej, likwidacja konkurencyjnych sanktuariów oraz wprowadzenie obowiązku świętowania Paschy w Jerozolimie. Trudno zweryfikować stosunek Jeremiasza do reformy Jozjasza, gdyż brak w tej materii stosownych tekstów. Uczeni zasadniczo akceptują tezę o poparciu Jeremiasza dla reformy. Argumentem mogą być przychylne wypowiedzi proroka na temat samego Prawa (Jr 9,12nn; 11,1nn) oraz przekonanie o konieczności istnienia tylko jednej świątyni (Jr 7,12).

Nie sposób nie docenić odnowy religijnej przeprowadzonej przez króla, czemu dał wyraz Jeremiasz w strofach pełnych żalu po jego śmierci (Jr 22,10nn; 2Krn 35,25).

3. Od Joachaza do Jojakima (609-597)

Władzę przejmuje syn Jozjasza, Joachaz (znany też jako Szallum), który po trzech miesiącach zostaje zdetronizowany przez faraona Neko, następnie uwięziony i uprowadzony do Egiptu.

Następcą zostaje Jojakim, za czasów którego następuje powrót narodu do dawnych grzechów. Jeremiasz wieszczy klęskę Egiptu, ku któremu politycznie skłaniał się król, z wojskami Nabuchodonozora (Jr 46,1nn). Dzieło duchowej odnowy narodu przeprowadzone przez Jozjasza zostaje zaprzepaszczone. Jeremiasz nie pozostaje jednak obojętny wobec upadku Judy i nawołuje do nawrócenia: Słuchajcie słowa Pańskiego, wszyscy z Judy, którzy wchodzicie tymi bramami, aby oddać pokłon Panu. 3 To mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela: Poprawcie postępowanie i wasze uczynki, a pozwolę wam mieszkać na tym miejscu. 4 Nie ufajcie słowom kłamliwym, głoszącym: „Świątynia Pańska, świątynia Pańska, świątynia Pańska!” (Jr 7,2nn). Nie należy zuchwale ufać w samą obecność świątyni w Jerozolimie mającej zapewnić bezpieczeństwo, ale zweryfikować swoje postępowanie. Prorok napiętnuje wszelkie przejawy powrotu do praktyk pogańskich, takich jak kult gwiazd, boga Baala, czy składanie ofiar z dzieci ku czci Molocha oraz obniżenie standardów moralności napiętnując różne grzechy: Nieprawda? Kraść, zabijać, cudzołożyć, przysięgać fałszywie, palić kadzidło Baalowi, chodzić za obcymi bogami, których nie znacie…(Jr 7,9), czy: kłamstwo, a nie prawda panuje w kraju. Albowiem kroczą od przewrotności do przewrotności, a nie uznają Pana (Jr 9,2). Nieprawość obecna jest wśród odpowiedzialnych za sferę religijną: wszystkich ogarnęła żądza zysku: od proroka do kapłana – wszyscy popełniają oszustwa (Jr 6,13). Jeremiasz wypomina niegodziwość samemu Jojakimowi żyjącemu w dobrobycie, a krzywdzącemu podwładnych: Biada temu, który fałszem buduje swój dom, pomijając sprawiedliwość, a swoje wysokie komnaty – bezprawiem; który każe swemu współziomkowi pracować darmo i nie oddaje mu jego zarobku (Jr 22,13). Przepowiada królowi ponury kres życia: Będzie miał pogrzeb, jaki się sprawia osłowi: będą go wlec i porzucą poza bramami Jerozolimy (Jr 22,19).

Nie należy się dziwić, że tak dosadne, pełne krytyki słowa ściągnęły na Jeremiasza falę niechęci i krytyki. Zapowiedzi zniszczenia Jerozolimy i świątyni dopełniły czary goryczy: wtedy kapłani i prorocy zwrócili się do przywódców i do całego ludu tymi słowami: «Człowiek ten zasługuje na wyrok śmierci, gdyż prorokował przeciw temu miastu, jak to słyszeliście na własne uszy» (Jr 26,11). Cudem uratowany doświadcza kolejnych szykanów. Także współziomkowie Jeremiasza, mieszkańcy Anatot występują przeciwko niemu mówiąc: Nie będziesz prorokował w imię Pana, byś nie zginął z naszej ręki (Jr 11,21). Zostaje pozbawiony możliwości przebywania w świątyni: mam zakaz i nie mogę wchodzić do domu Pańskiego (Jr 36,5).

W konfrontacji z takim nawarstwieniem się różnych przejawów wrogości w życie Jeremiasza wkrada się kryzys powołania. Zaczyna wątpić w jego sens i przeklina dzień swojego narodzenia: Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: «Gwałt i ruina!» Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem (…).14 Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem! Dzień, w którym porodziła mnie matka moja, niech nie będzie błogosławiony! 15 Niech będzie przeklęty człowiek, który powiadomił ojca mojego: «Urodził ci się syn, chłopiec!» sprawiając mu wielką radość (Jr 20,8.14-15). Gdy zaczyna myśleć o porzuceniu drogi głoszenia słowa Pańskiego wtedy jego serce zaczyna trawić jakby ogień, którego nie można stłumić(Jr 20,9). Ów nadprzyrodzony, nie podlegający rygorom praw natury żar wewnętrzny, uświadamia prorokowi nieodwołalność jego powołania będącego Bożą sprawą, której ludzka słabość nie może przeszkodzić. Pośród tych duchowych ciemności Jeremiasz wykazuje także wiele ufności: ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą (Jr 20,11).

Pomimo piętrzących się trudności Jeremiasz nie schodzi z wytyczonej drogi.

4. Od Jojakina do Sedecjasza (597-587)

Jojakin, syn Jojakima znany także pod imieniem Jechoniasza odegrał jedynie epizodyczną rolę. Po zdobyciu Jerozolimy w 597 Nabuchodonozor uprowadził go wraz z matką i wieloma mieszkańcami do Babilonii. W jego miejsce ustanowił królem Mattaniasza, któremu nadał imię Sedecjasz. Jeremiasz przestrzega przed fałszywymi prorokami: nie słuchajcie proroków, którzy wam przepowiadają: wprowadzają was w błąd; zwiastują wam urojenia swego serca, nie zaś to, co pochodzi z ust Pańskich (Jr 23,16). Przekonywali oni naród, że nic mu nie grozi ze strony Babilończyków. Jeremiasz jednak prorokuje: teraz zaś dałem wszystkie te ziemie w ręce Nabuchodonozora, króla babilońskiego, mojego sługi; oddaję mu nawet zwierzęta polne, by mu służyły (Jr 27,6). Wraz z przepowiadaniem politycznej zależności od Babilonii prorok przekazuje przesłanie pełne nadziei do wszystkich przebywających w niewoli: gdy dla Babilonu upłynie siedemdziesiąt lat, nawiedzę was i wypełnię na was swoją pomyślną zapowiedź, by was znów przyprowadzić na to miejsce (Jr 29,10). Swoją przestrogę Jeremiasz kieruje do przywódców obwiniając ich za brak jedności narodu: biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce mojego pastwiska (Jr 23,1). Prorok konsekwentnie przepowiada zniszczenie Jerozolimy.

Kolejne prześladowania dotykają Jeremiasza w rodzinnej ziemi. Zostaje on zatrzymany przy Bramie Beniamina i oskarżony o zamiar przejścia na stronę wroga: przywódcy się rozgniewali na Jeremiasza i bili go, następnie wtrącili do więzienia w domu Jonatana, kanclerza, który zamienili na więzienie. 16 Jeremiasz więc dostał się do sklepionego lochu i pozostawał tam przez dłuższy czas (Jr 37,15-16). Następnie na polecenie Sedecjasza zostaje przeniesiony na dziedziniec wartowni i tam trzymany pod strażą (Jr 37,21).

Wobec konsekwentnej zapowiedzi zagłady Jerozolimy oraz zachęcania do przejścia na stronę Babilończyków zostaje on oskarżony o osłabianie ducha obrońców i wtrącony do cysterny pełnej błota z przeznaczeniem śmierci głodowej (Jr 38,6). Uwolniony na rozkaz Sedecjasza po raz kolejny zachęca go do poddania się Babilończykom. W 586 Jerozolima została zdobyta, świątynia splądrowana i zniszczona, a w miejsce Sedecjasza uprowadzonego do niewoli mianowano rządcę Godoliasza. Jeremiasz postrzegany przez Nabuchodonozora jako sprzymierzeniec, ze względu na głoszone przez niego zachęty do poddania władzy Babilonu, zostaje uwolniony.

5. Poza ojczyzną

Po zamordowaniu Godoliasza, wbrew ostrzeżeniom Jeremiasza, Judejczycy zabrawszy z sobą proroka i jego sekretarza Barucha poszli przeto do Egiptu, nie usłuchawszy głosu Pana, i dotarli do Tachpanches (Jr 43,7). Także na obczyźnie Jeremiasz jest tubą Boga i napomina rodaków, aby nie czcili obcych bogów: dlaczego pobudzacie Mnie do gniewu uczynkami waszych rąk, składając ofiary obcym bogom w ziemi egipskiej, gdzieście się osiedlili na wytępienie i na przekleństwo, i urągowisko u wszystkich narodów ziemi (Jr 44,8)?

Jeśli chodzi o datę i miejsce śmierci Jeremiasza, teksty biblijne nie podają informacji. Tradycja Kościelna wskazuje na śmierć męczeńską poprzez ukamienowanie ze strony rodaków, inna wersja mówi o uprowadzeniu do Babilonii, jeszcze inna wzmiankuje Sakkarę w Egipcie. Nie ma jednak możliwości uwiarygodnienia któregokolwiek z tych przekazów.

Postać Jeremiasza uważanego przez pierwotny Kościół za typ Chrystusa, pokornego baranka prowadzonego na rzeź, jest symbolem wierności powołaniu. Przedstawione tu wybrane epizody z życia proroka ukazują nie tylko sam moment powołania, ale także jego zmagania w walce o wierność misji, do której wybrał go Pan. Mają one charakter duchowy, kiedy to Jeremiasz z jednej strony przeklina dzień swojego narodzenia i ulega zachwianiu jego poczucie sensu nadprzyrodzonego posłannictwa, od którego najchętniej by się uwolnił. Z drugiej strony akty ufności wobec Pana i ogień wewnętrznego niepokoju pomagają mu odzyskać utraconą, jak mogłoby się wydawać, motywację. Wierność podjętej misji wymaga od niego także wytrwałości w obliczu sprzeciwu i niezrozumienia ze strony rodaków. Przekazywane przez niego orędzie Boże napotyka na opór, niechęć, lekceważenie. Oskarżony o zamiar współpracy z najeźdźcą ociera się o śmierć. Jego cechą jest niezłomność w służbie głoszonego Słowa Bożego, której całkowicie się poświęca.

 

 

 

 

 

Jeremiasz

cz. II – aspekt psychopedagogiczny

Powołanie proroka Jeremiasza otwiera nowy rozdział w opisie historii powołań. Okazały się one nie tylko nowym gatunkiem literackim w Biblii, ale i również stoją u podstaw refleksji na temat teologii powołań. Fakt, iż Bóg może powołać swoje stworzenie i może ono odpowiedzieć na to wołanie jest nowym etapem w teologii powołania. Właśnie opis wezwania proroków daje nam nową jakość opisu historii powołania, a co za tym idzie, także ich jeszcze większą personalizację.

Opowiedzenie własnego doświadczenia i osobistej relacji z Bogiem pomogło odkryć prawdziwe oblicze konkretnej osoby powołanej do służby Pana. Przykład powołania Jeremiasza w sposób wyraźny ilustruje jak głęboko dotknięte zostało jego serce przez Słowo Boże, które oznajmia: ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię (Jr 1, 4-5). Co więcej, powołanie Jeremiasza pokazuje nam istniejącą więź między nim a  Bogiem oraz plan (zadanie) do wypełnienia, które było przygotowane od zawsze.

Misja

Misja Jeremiasza polegała na wypełnieniu konkretnego zadania względem ludu za pośrednictwem głoszenia Słowa Bożego. Zostało ono powierzone Jeremiaszowi jako prorokowi. Najpierw Pan Bóg go wybrał i następnie powierzył mu misję prorocką. To, co od razu można zauważyć, to fakt, iż Jeremiasz wszedł w bardzo osobistą relację z Powołującym, czyli z Panem Bogiem.

Młody prorok nabrał przekonania, powiedziałbym nawet pewności, że został wybrany do wypełnienia misji. Dokonało się to w momencie „narodzin do nowego życia”, kiedy uświadomił sobie kim jest, a w konsekwencji również jakie jest jego zadanie. To uzmysłowienie sobie własnej tożsamości było momentem „nowych narodzin” i stało się to za sprawą Słowa Bożego. Zdobycie przekonania, iż jest się wybranym przez Boga do specjalnej służby nie było oczywiste bez ingerencji Bożej. Dzięki uprzedniej formacji duchowej i otwartości Jeremiasza mogło do niego dotrzeć znaczenie Bożego wezwania, na które młodzieniec dał odpowiedź.Można jednak przypuszczać, posługując się czasownikami zaczerpniętymi z opisu powołania: znałem cię, poświęciłem cię, ustanowiłem cię (por. Jr 1, 4-5), że doświadczenie osobistej relacji z Bogiem było dla Jeremiasza przypieczętowaniem prawdy znanej Bogu od zawsze, że ten młodzieniec wypełni powierzoną mu misję jak najlepiej i jak najwierniej.

Poznanie ze strony Boga oznacza, że Jeremiasz przynależy do Boga; nastąpiło potwierdzenie przynależności do wybrańców Bożych. Uświęcenie (konsekracja) – to nic innego jak przyzwolenie Jeremiaszowi na udział w świętości Boga; jednocześnie nastąpiło jego „uzdolnienie” do przyjęcia i wykonania  powierzonej mu misji.

Ustanowienie na proroka przypomina o wolnym i bezinteresownym wyborze dokonanym przez Boga (Jeremiasz niczym sobie nie zasłużył na to wybranie).

W przypadku Jeremiasza widać dyspozycyjność, a Bóg  obiecuje mu swoje wsparcie, a przez dotknięcie ust i Słowo konsekruje go na swoją wyłączną służbę.

Odpowiedź powołanego

Odpowiedź Jeremiasza była piękna, taka ludzka, typowa dla młodego człowieka: „Tak, Panie, ale…” (por. Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem! Jr 1,6). Widać u Jeremiasza taki młodzieńczy zachwyt (a jednak to się dzieje naprawdę), i od razu jakby odrobina strachu i niedowierzania (to ja bym się nadawał?). Od razu jednak dochodzi do głosu subiektywne przekonanie, że jako młody człowiek nie tylko jestem za młody, a na dodatek nie jestem dobrym mówcą. Trzeba zauważyć, iż te argumenty są jednak tylko formalne (w wypadku zbyt młodego wieku wystarczy w razie czego poczekać, a co do mówienia…ćwiczenie czyni mistrzem). Nie znaczy to, że młody człowiek stający u początku drogi powołania nie ma prawa do rozterek i wątpliwości. Pozytywne jest to, że zazwyczaj przeważa ciekawość i otwartość na życiowe wyzwania. Ostatecznie, pomimo tych zastrzeżeń, Jeremiasz zaakceptował rolę proroka.

Jakże często te dwa wspomniane argumenty pojawiają się w ustach młodych ludzi, którzy odkrywając w sobie powołanie chętnie usprawiedliwiają się nimi i starają się zapomnieć o tym, że Pan Bóg poznał ich, uświęcił i ustanowił od zawsze do wypełnienia Bożego powołania. Czasem wypływać to może z braku świadomości więzi jaka się rodzi (lub się już dawno zrodziła) między Powołującym a powołanym, a niejednokrotnie jest to ucieczka od zobowiązania (każda bowiem więź nas łączy…a w przypadku więzi z Bogiem ma ona specyficzny charakter, bo jest to więź naznaczona wiernością).

Na szczęście Jeremiasz, pomimo tych zastrzeżeń, odpowiedział pozytywnie na wezwanie Boże i jak się okazało, jego późniejsza dyspozycyjność i nieustanne odkrywanie motywacji w wypełnianiu Bożego posłannictwa doprowadziło go do wykonania powierzonego mu zadania. Czy odbyło się to tak łatwo?

Otóż punktem zwrotnym w życiu Jeremiasza było Słowo Boże ze swoją mocą. W momencie objawienia Jeremiaszowi  misji prorockiej przeżył wzruszenie, uświadomił sobie odwieczną przynależność do Boga i odkrył sens swego życia w wypełnieniu powierzonej mu misji. Bóg wezwał Jeremiasza i oznajmił mu istniejącą miedzy nimi więź.  Jego posłannictwo nie ogranicza się do ludzkich możliwości, gdyż Jeremiasz stał się posłanym od samego Boga i nie musiał się martwić „jak przemawiać” (Oto kładę moje słowa w twoje usta, Jr 1, 9).

Ten fakt „zmiękcza” zastrzeżenia Jeremiasza co do własnych zdolności i umiejętności i jednocześnie otwiera go na współpracę z Bogiem. Wydaje się, że takie podejście do Bożego wezwania Jeremiasz zawdzięcza swemu duchowemu autorytetowi jakim był dla niego niewątpliwie prorok Ozeasz oraz przyjaciel i sekretarz Jeremiasza – Baruch. Można zaryzykować stwierdzenie, iż w wypadku młodego wieku Jeremiasza, jego decyzja zapadła szybko i z przyjęciem na siebie całego ryzyka (czego już u starszych wiekiem nie należy raczej oczekiwać). O tym jak bardzo ryzykowna to była decyzja i jak wiele z jej powodu wycierpiał, Jeremiasz przekonał się na własnej skórze znacznie później.

Realizacja powołania

Z opisu działalności proroka Jeremiasza, wiadomo, że przyszło mu pełnić służbę w trudnych czasach i pewnie niejeden raz przeżywał rozterki i wątpliwości co do tego, w jaki sposób dotrzeć ze Słowem Bożym do swego ludu.

Jeremiasz stał się rzecznikiem Pana Boga, nie posiadając żadnych dodatkowych narzędzi, praktycznie został wysłany bez niczego jako prorok narodów. Jedyne co miał do dyspozycji – to możliwość przepowiadania Słowa Bożego.

Realizację powołania Jeremiasza charakteryzują słowa zaczerpnięte ze świata budowlanego i rolniczego, lecz odnoszą się do mocy Słowa Bożego, którym się prorok posługuje, by wyrywał  i obalał, by niszczył i burzył, by budował i sadził (por. Jer 1, 10b). Niechęć ze strony słuchaczy i swoich ziomków wypływała z bezpośredniości Jeremiasza. Potrafił mówić dosadnie, skrytykować. Wynikało to jednak nie z arogancji, lecz z troski o to, by jego słuchacze zrozumieli przesłanie. Skończyło się na wielu cierpieniach, niezrozumieniu, odrzuceniu, włącznie z zakazem wchodzenia do Świątyni.

Wobec takiego traktowania Jeremiasz przeżywał kryzysy i zniechęcenia: Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem! Dzień, w którym porodziła mnie matka moja, niech nie będzie błogosławiony! (Jr 8,14). Okazał się jednak silny i wytrwały ze względu na ufność Bogu, na rację nieodwołalności powołania, odkrywając wspomniane już wcześniej nowe inspiracje i motywacje przy realizacji swego powołania prorockiego. Zaufał Panu bezgranicznie: ale Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą (Jr 20,11).

Powołanie było dla niego odkryciem prawdy o tym, iż sensem jego egzystencji jest wypełnienie Bożego wezwania. Bez niego Jeremiasz straciłby grunt pod nogami; innymi słowy doświadczenie Boga stało się fundamentem życia, z wieloma jego wymiarami, włącznie z aspektem uczuciowym.

W tym wszystkim Jeremiasz pojmuje pewnego rodzaju jedność egzystencji i powołania, w której odnajdywał  obecność Bożą i działanie Boże. Ta wzorcowa niejako wierność powołaniu zachwyca i buduje. Jeremiasz nie tylko głosi Słowo Pana, ale żyje nim na co dzień i ten fakt jeszcze bardziej podkreśla jego wiarygodność jako proroka i tożsamość jako powołanego do służby Bożej.

Charakterystyczna jest dla Jeremiasza relacja między życiem a modlitwą wypływającą z nieustannego wsłuchiwania się w Słowo Boże. Dzięki takiemu podejściu, można zaryzykować stwierdzenie, że Jeremiasz uniknął kryzysu modlitwy, a co za tym idzie również udało mu się pielęgnować świeżość i piękno powołania (w zmieniającym się wokół niego świecie, w starzejącym się Jeremiaszu wciąż wybrzmiewał zachwyt „łaski początków” – pierwszego spotkania z Bogiem powołującym go).

 

Prorok Jeremiasz uczy nas, byśmy dbali o naszą intymną, osobistą relację z naszym Panem – Źródłem powołania. Taka relacja wymaga od nas (podobnie jak od Jeremiasza) więzi osobistej z Bogiem opartej na wierności, posłuszeństwie i zależności do Pana.

Człowiek Boży – Jeremiasz pokazał nam jak być powołanym, jak móc zaczynać każdego dnia ciągle od nowa mając przed oczyma pierwotne powołanie, bez zniechęcania się i bez udawania, że nie mamy kryzysów w życiu konsekrowanym. Wydaje się, iż ogień wewnętrzny, który odczuwał Jeremiasz mógłby być porównany do pasji. To właśnie ten element u proroka nie tyle nie pozwalał mu się nie poddawać, co raczej był sprężyną napędową jego działania i nieustannej gotowości do wypełniania Bożej misji w świecie.

Swoim przykładem wskazuje na wartość powołania młodzieńczego, na możliwość nauczenia się wielu rzeczy (w tym przemawiania), otwartość względem wymagań czasu, potwierdza sens posiadania autorytetu duchowego (czy to w postaci kierownika duchowego, czy spowiednika) oraz kompetentnego towarzyszenia (Baruch, który nic za niego nie zrobił, lecz często był przy nim), afirmuje chęć do życia prostego, w bliskości Bożej obecności. W końcu udowadnia, iż jest możliwym bycie wiernym i wytrwałym Bożemu powołaniu aż do końca.

Sylwetka proroka Jeremiasza przemawia zarówno do tych, którzy szukają swego miejsca na ziemi, rozeznają powołanie jak i do tych, którzy już jako młodzi odpowiedzieli na wezwanie Boże. Jednych uczy pokory w pokonywaniu trudności życia duchowego, a drugim przypomina o nieustannym „odkurzaniu” pierwotnego entuzjazmu i motywacji do wypełniania Bożej misji, pokazuje możliwość zaakceptowania porażek i kryzysów oraz wskazuje drogi wyjścia. Wszystkim jednak daje jasno do zrozumienia, iż bez kontaktu z żywym Słowem Boga daleko nie zajdziemy.

Jeremiasz w obrazie gałązki migdałowej odkrywał Bożą opiekę i pomoc, a w obrazie kipiącego kotła swoje słabości. Każdy z nas staje przed pytaniem: czy potrafię oddać Panu Bogu na drodze własnego powołania do świętości moje największe niewierności i czy staram się zadbać o moją osobistą więź z Bogiem, by mogła mnie ona kształtować na wzór i podobieństwo Powołującego?

http://www.wroclaw.biblista.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=466:jeremiasz&catid=29:wezwani-po-imieniu

*******

 

Cierpienie

(149 – luty – marzec 2007)

Prorok, który cierpiał

Karol Madaj

Ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane

Niech Jahwe podniesie z upadku” – tak można przetłumaczyć imię Jeremiasza. Życzenie zawarte w imieniu nie spełniło się jednak za życia proroka. Na ziemi doświadczył on bowiem mnóstwa cierpień i nic nie wskazuje na to, by umarł w szczęściu. Mimo iż był wierny Bogu, jego życie było zaprzeczeniem słów Psalmu 128: był nieszczęśliwy i wiodło mu się beznadziejnie, nie miał żony i nie mógł się cieszyć ze swoich dzieci. Bóg mu nie błogosławił. W swoim życiu prorok musiał oglądać klęskę bliskiej jego sercu Jerozolimy. Nie doczekał się też tego, czego tak bardzo pragnął: pokoju w Izraelu. Hiobowi Bóg przynajmniej wynagrodził jego cierpienia w dwójnasób… Tymczasem ziemskie życie Jeremiasza było w jego odczuciu pod każdym względem zmarnowane (Jr 20,14) i szczerze mógł modlić się słowami Psalmu 88.

Kim był najbardziej doświadczony z proroków? Za co cierpiał ten, który w tak przejmujący sposób wykrzykiwał Bogu swój ból?   W jakich czasach i układach politycznych przyszło mu głosić Słowo Boże? Na te pytania postaramy się odpowiedzieć, przyglądając się tej tragicznej postaci.

Jeremiasz pochodził z prowincjonalnej rodziny kapłańskiej. Nic nie wskazuje na to, by syn Chilkiasza sprawował kiedykolwiek funkcję kapłana. Być może nie zdążył, gdyż gdy był zaledwie młodzieńcem (mógł mieć dwadzieścia parę lat), kiedy Bóg powołał go na proroka (Jr
1,5-10). Jeremiasz, podobnie jak Mojżesz (Wj 4,10), niechętnie przyjął swoje powołanie. Zupełnie jakby przeczuwał, co niesie ono ze sobą. Bóg jednak zapewnił go o swojej pomocy (Jr 1,8.19; 20,11) i dał mu nie tylko ducha przemawiania (1,9), ale także władzę niszczenia i budowania (1,10). Odtąd słowa Jeremiasza będą młotem walącym w twarde serca Ludu Wybranego (Jr 23,29, por Oz 6,5).

Jeremiaszowi przyszło żyć w bardzo ciężkich czasach. Dookoła ciągle toczyły się wojny, królowie zmieniali się często, a lud i dostojnicy mieli swoją własną wizję przeprowadzenia Izraela przez zawirowania historii. Przyjrzyjmy się przez chwilę tej politycznej zawierusze:

W roku 626 p.n.e. gdy Jeremiasz został prorokiem, królestwem Judzkim, skrawkiem potężnego niegdyś państwa Salomona (obszar pokoleń północnych sto lat wcześniej został zagrabiony przez Asyrię), rządził małoletni Jozjasz. Przeprowadził on nie tylko reformę religijną, ale i zbuntował się przeciw zwierzchności upadającego imperium asyryjskiego. Zapoczątkowane przez niego dzieło odnowy państwa zostało przerwane, gdy zginął w bitwie z faraonem, który stanął w obronie Asyrii. Z woli Egipcjan królem Judy został religijnie obojętny Joakim.

Jeremiasz, który wcześniej spoglądał życzliwie na reformę Jozjasza (22,15n), teraz musiał z całą stanowczością wystąpić przeciw fałszywemu kultowi promowanemu przez Jojakima. Za swoje nauczanie został wychłostany i zakuty w dyby (20,2). Przez konflikt z monarchą pozbawiono go prawa wstępu do świątyni (36,5), a gdy mimo to nie ustawał w krytyce poczynań króla, ten odpłacił się prorokowi spaleniem zwoju z jego proroctwami (36,23) oraz zmusił go do ucieczki i ukrywania się (36,26).

Prześladujący proroka Jojakim zbuntował się najpierw przeciw Egiptowi, a potem przeciw królowi babilońskiemu Nabuchodonozorowi (który wcześniej pokonał Asyrię i zajął jej miejsce „północnego mocarstwa” zagrażającego Judzie). Gdy na wojnie z Babilonem zginął Jojakim, jego następcą został Jojakin. Ten jednak poddał się Babilończykom (Chaldejczykom) i został deportowany do Babilonu wraz z żydowskimi dostojnikami. Nabuchodonozor nie chciał niszczyć państwa judzkiego i na tronie posadził lojalnego wobec siebie Sedecjasza, który jednak nie miał poparcia ludu. Sedecjasz był człowiekiem pobożnym, ale słabym. Pozbawiony mądrości doradców deportowanych do Babilonu, uległ namowom polityków z frakcji proegipskiej i przystąpił do koalicji przeciw mocarstwu z północy. W odpowiedzi Babilończycy natychmiast wyruszyli przeciw Judzie i oblegli Jerozolimę.

W tym okresie Jeremiasz intensywnie zaangażował się w politykę. Sedecjasz był mu przychylny, prorok mógł więc znów bez przeszkód pełnić swoją misję ratowania żydowskiego państwa i religii. Zdaniem Bożego posłańca, Jerozolima mogła ocalić się tylko przez poddanie się najeźdźcy. Wzywanie do kapitulacji miasta zostało przez mieszkańców odczytane jako zdrada, za którą Jeremiasz został uwięziony (37,11-16), a następnie skazany na śmierć przez utopienie w błocie
(38,1-6). Z cysterny uratował go jednak obcokrajowiec i prorok na powrót znalazł się w areszcie (38,7-13).

Gdy w lipcu 586 roku Babilończycy przedarli się przez mury Jerozolimy, jej los był przesądzony. Świątynia została spalona, a miasto zburzone. Większość ludności deportowano do Babilonu („niewola babilońska”), a nad niedobitkami w Judzie ustanowiono zarządcą Godoliasza. Jeremiaszowi dano wybór albo udać się do Babilonu i cieszyć się opieką króla, albo pozostać na miejscu z resztką Żydów (40,4). Jeremiasz postanowił czuwać nad życiem religijnym w ruinach Izraela. Przy namiestniku zaczęli zbierać się ludzie gotowi pracować nad odbudową kraju. Niestety wraz z zamachem na Godoliasza (40,1-41,7) prysły resztki nadziei na unormowanie życia państwa. Po krótkiej wojnie domowej niedobitki Judejczyków, w obawie przed zemstą Babilonu, zbiegły pod opiekę faraona, przy okazji zabierając przemocą Jeremiasza (42,1-43,7). Prorok, widząc religijny upadek swojej trzódki, nie ustawał w wykazywaniu grzechów ludu. Jednak i tam opór przeciwko niemu nie słabł (44,16). Prorok do końca przekazywał ludowi wyrocznie Pana, wieszcząc zagładę Żydów w Egipcie (44,27). Śmierć Jeremiasza nie została przez Barucha opisana. Bo i pewnie nie było o czym pisać. Prawdopodobnie zmarł pogrążony w beznadziei, opłakując religijny i państwowy upadek swojego ludu.

Ocierpieniach Jeremiasza dowiadujemy się z relacji jego sekretarza, ale i sam prorok w swojej księdze zamieścił opisy przeżywanych przez siebie duchowych cierpień. W nich właśnie możemy zobaczyć, jak rozpaczał nad klęską Jerozolimy i jej zabitymi synami (4,19;
8,21-23). Jego misja niszczenia (1,10) wcale go nie cieszyła, on wolał budować i pocieszać (por. rozdziały 30-33). Mimo to był przepełniony gniewem Pana (6,11). Ciągłe obwieszczanie ruiny było dla niego przekleństwem. Ludzie szydzili i śmiali się z niego. Słowo Boże było mu niewygodne, paliło jego serce jak ogień, którego nie był w stanie ugasić (20,8n). Jeremiasz buntował się przeciw swojemu powołaniu, nie chciał być prorokiem. Chciał cieszyć się życiem i śmiać z przyjaciółmi (15,17). Pan jednak nie zaakceptował jego buntu przeciw powołaniu i wezwał go do nawrócenia (15,9). Kazał mu być twardym i przygotować się na jeszcze większe cierpienia (12,5). Samotny Jeremiasz trwał więc przy Bogu i przy Jego Słowie. Ono stało się jego jedyną rozkoszą (15,16) i sensem życia. Nawrócony prorok stał się twierdzą nie do zdobycia. (15,20). Pan był przy nim jak potężny niewidoczny wojownik (20,11). Jeremiasz nie złamał się, wytrwał do końca przy swojej wyniszczającej misji.

Trzeba zauważyć, że prorok pozostał wierny, mimo iż nie mógł liczyć na nagrodę po śmierci. Oczywiście jeśli spojrzymy na to przez pryzmat teologii czasów Jeremiasza. Nie było wtedy nauki o zmartwychwstaniu, niebie i odkupieńczej misji Chrystusa. Jeremiasz umierał ze świadomością, że pójdzie do Szeolu i nic dobrego go tam nie spotka. (Ps 88,11-13). Jakie musiało być jego zaskoczenie, gdy Chrystus, zstąpił do otchłani (1 P 3,19) i zaprowadził Jeremiasza prosto do Nowej Jerozolimy (Ap 21). W oczach Jeremiasza jego męka nie miała żadnego znaczenia. Nie przyszedł przecież jeszcze Mesjasz, który nadał sens cierpieniu. Jeremiasz nie mógł świadomie powierzyć swojego krzyża Jezusowi. Zresztą zapewne i tak nie zmieściłoby mu się w głowie, że Bóg będzie cierpieć podobnie jak on (11,19).

Zauważmy jeszcze, że Jeremiasz był prześladowany za rzecz, którą dziś wielu uznałoby za błahą: za poglądy polityczne. Prorok był przekonany, że Bóg, posługując się Nabuchodonozorem, dokona przebudowy stosunków politycznych na świecie, tak że również Żydzi będą poddanymi babilońskiego króla (27,6n). Walka z najeźdźcą była w jego mniemaniu walką ze sługą Boga. Tego niepoprawnego poglądu nacjonaliści Jerozolimy nie zamierzali tolerować. Ich zdaniem wzywanie do kapitulacji i niszczenie ducha walki w narodzie było przestępstwem zasługującym na śmierć.

Jeremiasz nie miał do dyspozycji żadnych spektakularnych znaków, którymi mógłby przekonać do swoich poglądów mieszkańców Jerozolimy. Nie miał, jak Mojżesz, laski zamieniającej się w węża ani innych „magicznych” przedmiotów. W opisywanych przez Barucha cierpieniach Jeremiasza nie ma światła żadnego cudu. Zdaje się, że Bóg nie kieruje wypadkami, nie ma anioła w piecu ognistym, nie ma garnka z nieskończoną ilością mąki ani kruka, który by karmił proroka w lochu. Jeremiasz jest całkowicie bezsilny, wydany na pastwę wrogów, na których nie robi najmniejszego wrażenia. Jego historia nie ma też jakiegoś pomyślnego czy choćby dramatycznego zakończenia. Jeremiasz odchodzi cicho, bez nimbu chwały, być może zapomniany i opuszczony

Można zapytać: co z tego miał? Czy Bóg odpłacił mu w jakikolwiek sposób za jego cierpienie? Współczesny Jeremiaszowi powiedziałby, że nie, że jego życie nie miało sensu, że nic mu się w życiu nie udało. Jeremiasz, tak jak bliższy naszym czasom błogosławiony Karol de Foucauld, zmarł nie widząc żadnych owoców swojego życia. Karol napisał regułę zgromadzenia, do którego nikt nie przystąpił za jego życia, a Jeremiasz napisał księgę, którą nikt się nie przejął. Ziarno zasiane przez obydwu musiało obumrzeć, by wydać plon (por. J 12,24). Nauka Jeremiasza przetrwała, jego dzieło jest częścią Pisma Świętego, drogowskazem dla milionów. Czy Jeremiasz, gdy kawałek po kawałku palono jedyny rękopis jego księgi (36,23), mógł w ogóle marzyć o tylu czytelnikach? Czy prorok mógł mieć świadomość tego, jak wielkie rzeczy zapowiada? Jeremiasz przepowiedział przecież zawarcie nowego przymierza z domem Izraela (Jr 31,33). To Nowe Przymierze, zostało ustanowione przez krew Chrystusa (Łk 22,20). Dzięki Chrystusowi my, poganie, także zostaliśmy wszczepieni do domu Izraela i mamy udział w obiecanych mu błogosławieństwach.

Orygenes w cierpieniu Jeremiasza widział cierpiącego Zbawiciela. Gdy my, podobnie jak współcześni Jeremiaszowi, nic sobie nie robimy z cierpienia proroka i nie żyjemy nakazami Słowa Bożego, przyczyniamy się do cierpienia samego Boga.

Karol Madaj – teolog, biblista, należy do kręgu Domowego Kościoła w Warszawie.
http://www.wieczernik.oaza.pl/artykul/prorok-ktory-cierpial_id446
********

Prorok Jeremiasz znaczy mision imposible

Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam wśród ludu o nieczystych wargach” (Iz 6,5).

 

Poszli za nicością

i stali się sami nicością. (Jr 2,5)

Może, drogi Czytelniku zdziwisz się, ale prorok Jeremiasz (jeden z czterech proroków większych)żył w bardzo trudnych czasach. Być może trudniejszych niż dzisiejsze[1]. Można dostrzec pewne podobieństwa pomiędzy sytuacją Izraela ( 625 – 585 p.n.c.) a dzisiejszą naszą. Jego ojczyzna stopniowo ulegała rozkładowi i zniszczeniu, a rodacy byli krnąbrni, grzeszni i mało przewidujący, za co reszta ponieśli srogą karę prorokowaną przez Jeremiasza. Ciekawe, jak to będzie z nami.

Sam Jeremiasz nie za bardzo chciał być prorokiem, jakby przeczuwał, że będzie miał z tego tytułu sporo kłopotów. Prorokował czterdzieści lat.

Prawda jest bardzo kosztowna. Czy jesteśmy gotowi ponieść jej cenę? Jeremiasz był samotny, wyśmiewany i wyszydzany, umarł w zapomnieniu. Był pewien, że jego dzieła uległy zniszczeniu. Za krytykę króla Jojakima został wychłostany i zakuty w dyby, a na dodatek pamiętliwy władca kazał spalić zwój z jego proroctwami. Mówił rzeczy niechciane i niepopularne. Czy jesteśmy gotowi na taką cenę? Czy kandydaci na proroków, choćby i mniejszych są na nią gotowi?

Ciekawe, co czeka współczesnym nam, niezależnych publicystów trudniących się napominaniem władzy? Tylko patrzeć, jak prezydent złoży stosowną inicjatywę ustawodawczą stosowna do stanu zagrożenia rządowego monopolu na prawdę.

Za propozycję poddania Jerozolimy Nabuchodonozorowi (uważał, że to jedyna szansa na jej ocalenie) został uznany za zdrajcę i skazany na utopienie w błocie w cysternie miejskiej. Z opresji uratował go cudzoziemiec.

Jerozolima, jak przewidział Jeremiasz został zdobyta, splądrowana a świątynia Salomona zniszczona. Większość jego rodaków poszło do niewoli babilońskiej. Jeremiasz do końca wierny Bogu został w Jerozolimie i przekazywał ludowi niezbyt optymistyczne proroctwa. Czynił to aż do samej śmierci opisanej przez jego sekretarza Barucha.

Sytuacja psychologiczna Jeremiasz była niezmiernie trudna i dolegliwa. Wciąż przepowiadał klęski, za co był nielubiany i wyśmiewany. Zero aplauzu, żadnej charyzmy niezłomnego przeciwnika ustroju. Buntował się przeciw swojej misji, jednak uległ woli bożej i znalazł w niej upodobanie.

Warto pamiętać, że w czasach Jeremiasz nie było nauki o Zmartwychwstaniu tak, że umierał bez świadomości tego, będzie zbawiony. Że jego cierpienia mają sens.

Do tego Jeremiasz nie mógł sam robić żadnych nadzwyczajnych rzeczy. Nie mógł czynić cudów, ani nie miał żadnych „magicznych” przedmiotów. Był całkowicie bezsilny wobec nienawiści i niechęci wrogów.

Tak, słyszałem oszczerstwo wielu:

«Trwoga dokoła!

Donieście, donieśmy na niego!»

Wszyscy zaprzyjaźnieni ze mną

wypatrują mojego upadku:

«Może on da się zwieść, tak że go zwyciężymy

i wywrzemy swą pomstę na nim! (Jr 19, 10)

Nawet jego śmierć jest zwykła i cicha. Jego koniec jest pozbawiony jakiegokolwiek aktu dzielności, czy dramatyzmu. Odchodzi bez spektakularnych gestów. Zapomniany i niedoceniony. Samotny.

Jeremiasze naszych czasów, przynajmniej w Polsce, sytuację mają jeszcze względnie dobrą. Najwyżej powyrzucani z takiej, czy innej redakcji będą wyjadać kit z okien, ale za to przepełnieni sensem swojej misji. Coś za coś. Prawda kosztuje, inaczej, co by była warta.

Ścierają się z prorządowi suto opłacanymi maniakalnymi piewcami sił POstępu. Czy to jest to walka na śmierć i życie ? Trudno do końca autorytatywnie powiedzieć. Apologeci POstępu czują się świetnie podobnie, podobnie jak wszyscy jurni sternicy nawy państwowej, jawni i zakulisowi animatorzy naszego życia społecznego.

Jakie proroctwa mozolnie głoszą mali Jeremiasze naszych czasów?

Przede wszystkim do głównych ich zadań należy wieszczenie totalnej klęski III RP i tu głównie zwracają uwagę na aspekt ekonomiczny. Co prawda, ponoć ostatnio ktoś podprowadził zegar długu z centrum Warszawy, ale jak się wydaje wiele to w meritum sprawy nie zmienia. Jedni czynią to bardziej fachowo inni mniej, ale trudno ich argumenty lekceważyć. Jeden premier tryska radością i optymizmem jednostajnym i niezmiennym. Jak on to robi? Może nie czyta korespondencji?

Obok kwestii ekonomicznych Jeremiasze zauważają degrengoladę dużej części naszego społeczeństwa w sferze moralnej, politycznej i edukacyjnej. Postpolacy, lemingi to tylko łagodniejsze określenia jakich używają. Jako przykłady owego zepsucia przedkładają zachowania wielu mniej i bardzie znanych ludzi w sprawie Tragedii Smoleńskiej.

Przed wiekami o takich Prorok pisał tak:

Jak klatka pełna jest ptaków,
tak domy ich przepełnione są oszustwem:
w ten sposób stają się oni wielkimi i bogatymi,
otyłymi i ociężałymi,
a także prześcigają się w nieprawości.
Nie przestrzegają sprawiedliwości –
sprawiedliwości wobec sierot, by doznały pomyślności,
nie bronią sprawy ubogich
.( Jr 5, 27)

Zdecydowanie nie bronią, a ucisk fiskalny przybiera już formy trudno odróżnialne od kradzieży zuchwałej. Tylko patrzeć jak chyłkiem wprowadzony podatek katastralny dopełni reszty.

Ciekawe jest to, że dzisiejsi prorocy jakby nie są zainteresowani wyznaniem grzechów Panu Bogu przez zatwardziałych grzeszników. W końcu nie jest to takie zupełnie możliwe. Skoro zdarzył się syn marnotrawny to może być i cała ich gromada.

 Dlatego przywdziejcie szaty pokutne,
podnieście lament i zawodzenie,
bo nie odwrócił się od nas wielki gniew Pański
.( Jr 4, 8)

Mało słychać też nawoływań do nawrócenia, pokuty. Jakby nie było żadnej nadziei dla tej zatwardziałej cześć narodu. Dużo może wskazywać na to, że dzisiejsi Jermiasze czują się lepsi i wyżsi moralnie i umysłowo od, zmanipulowanej mediami, skłonnej do rozpusty i grilla gawiedzi.

A co można o nich powiedzieć o apologetach POstępu?

Mówiąc najprościej są to pożyteczni głupcy oraz cyniczni i wyrachowani manipulatorzy, którzy zawodowo opowiadają bajki o naszej rzeczywistości zwane dla niepoznaki narracjami. Pominąwszy już, że kłamstwa i manipulacje, ale dlaczego takie nudne? Ich odbiorcy słuchają wierzą im, bo liczą na to, że i unikną katastrofy.

Jeremiasze są potrzebni maniakom, a maniacy Jeremiaszom, ponieważ nie mieliby na co wyrzekać i kogo wyklinać. Układ zamknięty. Jedni i drudzy są dość oddaleni od ludu miast i wsi, choć większość z nich najczęściej się deklaruje jako szczerzy demokraci. Są dość przewidywalni w swoich komentarzach i bardzo przywiązani do swoich racji.

Z prawdziwym prorokiem Jeremiaszem było tak:.

Oni rzekli: «Chodźcie, uknujemy zamach na Jeremiasza!

Bo przecież nie zabraknie kapłanowi pouczenia

ani mędrcowi rady,

ani prorokowi słowa.

Chodźcie, uderzmy go językiem, (Jr. 18, 18)

Uderzanie językiem stanowi spore podobieństwo pomiędzy tamtymi czasami, a dzisiejszymi. I tu i tu obmowa jest w cenie i jest groźnym orężem.

Różna jest jakość proroctw i prognoz. Kasandry naszych czasów spodziewają się zapewne, że pomiędzy jednym piwem, a drugim objawią narodowi takie prawdy, które rzucą go na kolana. To raczej próżna nadzieja.

Nie posłałem tych proroków,

lecz oni biegają;

nie mówiłem do nich,

lecz oni prorokują. (Jr 23, 21)

I tu rzecz ciekawa nawet kierunek ratunku pokazują jakoś niemrawo i niezdecydowanie. Nawet nie pokuta, nawet nie nawrócenie. Może wybory za trzy lata. Może kryzys nas wszystkich jak nie zabije, to wzmocni. Niektórzy mieli nadzieje, że wszystko załatwi kalendarz Majów, ale też mogą się rozczarować.

W natłoku tych wizji i inwazji medialnej ludności miejscowa pozostaje dość obojętną. Dlaczego? Można się tylko domyślać.

Po części może być wyuczona bezradności, czyli poczucie że, co by się nie zrobiło to i tak wiele to nie zmieni. Ostatnie 20 – 30 lat potwierdzają taką refleksje.

Po drugie, wielu osobom się nie chce chcieć, bo zostały wynarodowione, odpolitycznione, zastraszone, ubezwłasnowolnione ekonomicznie, utraciły nadzieje etc (niepotrzebne skreślić)

Nie będziemy się zagłębiać w duszy polskiej, bo robi to lepiej wiele innych osób.

Dyskurs społeczny i wczasach Jeremiasz napotykał na spore trudności

Niby łuk napinają swój język;
kłamstwo, a nie prawda panuje w kraju.
Albowiem kroczą od przewrotności do przewrotności,
(Jr 9,2)

Czy Prorok Jeremiasz, gdyby żył dzisiaj przekonałby nas do zmiany postaw i nawrócenia? Metanoi? Bez znaków bożej mocy, lekceważony, cierpiący w samotności. Ciekawe, czy chodziłby do telewizji i stacji radiowych? Czy gadałby na You Tube? Jak myślicie?

Co, by powiedział o rozkradanym kraju, niesprawiedliwym państwie wyzyskującym bez litości obywateli? Zapewne skończyłby na sali sadowej oskarżony o szarganie autorytetów, albo szpitalu psychiatrycznym, jak niektórzy obrońcy krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

I umarłby cicho i bez rozgłosu.


[1] Karol Madaj – teolog, biblista, należy do kręgu Domowego Kościoła w Warszawie. http://www.wieczernik.oaza.pl/artykul.php?aid=482

Wcw

Wcw

http://www.fronda.pl/blogi/medialne-manipulacje/prorok-jeremiasz-znaczy-mision-imposible,29118.html

********************************************

Ponadto dziś także w Martyrologium:
św. Amatora, biskupa w Auxerre (+ 418); św. Andeola, męczennika (+ ok. 208); św. Azafa, biskupa w Elwy (+ ok. 600); bł. Juliana z Valle, prezbitera i zakonnika (+ XIV w.); św. Oriencjusza, biskupa w Auch (+ V w.); św. Peregryna, zakonnika (+ 1345); bł. Petroneli, ksieni (+ 1355); bł. Wiwalda, pustelnika (+ 1320)

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-01c.php3

*************************************************************************************************************************

TO WARTO PRZECZYTAĆ

******

Nabożeństwa majowe – znaczenie i tradycja

KAI / psd

(fot. Paweł Król/DEON.pl)

Maj jest w Kościele miesiącem szczególnie poświęconym czci Matki Bożej. Słynne „majówki” – nabożeństwa, odprawiane wieczorami w kościołach, przy grotach, kapliczkach i przydrożnych figurach, na stałe wpisały się w krajobraz Polski. Jego centralną częścią jest Litania Loretańska.

 

Początków tego nabożeństwa należy szukać w pieśniach sławiących Maryję Pannę znanych na Wschodzie już w V w. Na Zachodzie poświęcenie majowego miesiąca Matce Bożej pojawiło się dopiero na przełomie XIII i XIV w., dzięki hiszpańskiemu królowi Alfonsowi X. Zachęcał on by wieczorami gromadzić się na wspólnej modlitwie przed figurami Bożej Rodzicielki.

Nabożeństwo majowe bardzo szybko stało się popularne w całej chrześcijańskiej Europie. Jeden z mistyków nadreńskich, dominikanin bł. Henryk Suzo, w swoich tekstach wspomina, że jeszcze jako dziecko w maju zbierał na łąkach kwiaty i zanosił je Maryi. W XVI w. upowszechnieniu nabożeństwa sprzyjał wynalazek druku. Po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi w wydanej w 1549 r. w Niemczech książeczce „Maj duchowy”, która była odpowiedzią na Reformację.

W wielu żywotach świętych oraz kronikach zakonnych można wyczytać o majowym kulcie Maryi Panny. Dobrym przykładem jest św. Filip Nereusz, który gromadził dzieci przy figurze Matki Bożej, zachęcał do modlitwy i do składania u jej stóp kwiatów. Podobne zwyczaje opisują XVII wieczne kroniki włoskich dominikanów.

Ojcem nabożeństw majowych jest żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku w Neapolu jezuita o. Ansolani. Organizował on w kaplicy królewskiej specjalne koncerty pieśni maryjnych, które kończył uroczystym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Wielkim propagatorem tej formy czci Matki Bożej był jezuita, o. Muzzarelli, który w 1787 r. wydał specjalną broszurkę, którą rozesłał do wszystkich włoskich biskupów. Po mimo kasaty jezuitów przez Klemensa XIV, o. Mazurelli wprowadził nabożeństwo majowe w kościele Il Gesu w Rzymie. Rozpowszechnił je również w Paryżu, towarzysząc papieżowi Piusowi VII podczas koronacji Napoleona Bonaparte. To właśnie Pius VII obdarzył nabożeństwo majowe pierwszymi odpustami. W 1859 r. kolejny następca św. Piotra – Pius IX, zatwierdził obowiązującą do naszych czasów formę nabożeństwa, składającego się z Litanii Loretańskiej, nauki kapłana oraz uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

W Polsce pierwsze odnotowane nabożeństwa majowe zostały wprowadzone w 1838 r. przez jezuitów w Tarnopolu. W połowie XIX w. „majówki” odprawiane już były w wielu miastach, m.in. w Warszawie w kościele Św. Krzyża, w Krakowie, Płocku, Toruniu, Nowym Sączu, Lwowie i Włocławku.

Litania Loretańska, która jest główną częścią nabożeństw majowych, powstała prawdopodobnie już w XII w. we Francji. Zebrane wezwania sławiące Maryję Pannę zatwierdził 11 czerwca 1587 r. papież Sykstus V. Swoją nazwę zawdzięcza włoskiej miejscowości Loretto, gdzie była niezwykle popularna. Ponieważ często modlący się dodawali do niej własne wezwania, w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała dokonywania w tekście samowolnych zmian. Nowe wezwania posiadały aprobatę Kościoła i wynikały z rozwoju Mariologii. W Polsce jest o jedno wezwanie więcej. W okresie międzywojennym, po zatwierdzeniu przez Stolicę Apostolską uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, za zgodą papieża Piusa XI, do Litanii dołączono wezwanie „Królowo Polski”.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,18483,nabozenstwa-majowe-znaczenie-i-tradycja.html

******

Józef

Józef imieniny obchodzi: 4 lutego, 14 lutego, 15 lutego, 19 lutego, 28 lutego, 1 Marca, 19 Marca, 17 kwietnia, 1 maja, 23 czerwca, 28 czerwca, 4 lipca, 25 sierpnia, 27 sierpnia, 18 września oraz 14 listopada

Jest to imię hebrajskie, złożone z Jo (skrót z Jeho, Jahwe ‚Bóg’) i z czasownika jasaf ‚przydać’. Joseph lub Jehoseph znaczy ‚niech pomnoży Bóg (domyślnie) dobra’ albo ‚niech przyda Pan (drugiego syna)’. Należy więc ono do grupy imion teoforycznych (zawiera element Jeho ‚Bóg’).

W Polsce jest to bardzo popularne imię męskie. Występuje od średniowiecza w formach: Jozef, Józef, Jożep, Ożep, Hosyp, Jesyp, Josyf, Josyp. Od imienia męskiego utworzono też żeńskie Józefa, Józefina, występujące dziś w formach: Ziutka, Ziuta. Imię Józef obok formy urzędowej ma dziś spieszczenia: Józek, Ziutek, a gdzieniegdzie na wsiach też Józwa, na Śląsku Zeflik.

Odpowiedniki obcojęz.: łac. Iosephus, ang. Joseph, Joe, fr. Joseph, hiszp. José, Pepito, niem. Josef, Joseph, ros. Osip, Josif, wł. Giuseppe, Beppe, Peppe.

Święci tego imienia stanowią sporą grupę, liczącą ponad trzydzieści postaci. Gdybyśmy mieli uwzględnić wszystkich, także wszystkich czczonych na Wschodzie – na przykład patriarchę konstantynopolitańskiego Józefa I (+ 1283), który zwalczał unię ogłoszoną w Lyonie (1274), a czczony był przez prawosławnych – osiągnęlibyśmy liczbę czterdziestu. Ale wszystkich pomieszczać tu nie możemy. Poprzestaniemy na kilkunastu najwybitniejszych.

Józef, patriarcha. Jego dzieje fascynowały wielu. W świecie żydowskim, w tradycjach chrześcijańskich i w islamie powstała dlatego olbrzymia literatura, w której usiłowano ukazać jego postać i bogate życie. Był ulubionym synem patriarchy Jakuba, nieco rozpieszczonym, a przeto nie lubianym przez starszych braci. Z opowieści biblijnej dobrze znamy historię jego sprzedaży kupcom podążającym do Egiptu. Jest piękny i dlatego rychło staje się tam przedmiotem pożądania. Wobec pokus okazuje stałość. Potem przejawia nie byle jaką inteligencję, mądrość i zalety dobrego administratora. Promieniuje cnotami i wzbudza powszechny podziw. W tym wszystkim i wobec ogromu powodzenia nie zapomina o Bogu i Jemu przypisuje swe dary i przedziwne losy. Przy całym tym uznaniu dla opatrznościowych rządów staje się żywą zapowiedzią Mojżesza i Chrystusa. Jest w pełnym tego słowa znaczeniu typem proroczym. Braci wystawia na bolesną próbę, ale wzrusza się głęboko i życzy im jak najlepiej. Jeszcze bardziej wzruszającym jest jego spotkanie z ojcem. Wedle życzenia grzebie go potem w Makpela. Sam umiera w wieku 110 lat. Dziś bibliści niemieccy gotowi go uznać za postać legendarną, natomiast badacze anglosaksońscy, częściowo opierając się o dane z archeologii, dopatrują się w jego biblijnych dziejach wątków na wskroś historycznych. Nie przeczy to zróżnicowanym nawarstwieniom jego biblijnych przedstawień. W judaizmie niepodzielnie panowała tendencja do idealizowania postaci. Wypada tu wymienić Księgę Jubileuszów, Starożytności Józefa Flawiusza, a zwłaszcza De Iosepho Filona z Aleksandrii. Na osobną uwagę zasługuje jeden z najciekawszych romansów starożytności, Józef i Asenet. Przeniknął on do dziedzictwa chrześcijańskiego i znalazł się pośród pomników hagiografii średniowiecznej. Natomiast u Ojców Kościoła Józef był wzorem czystości i figurą Chrystusa. Wiele uwagi poświęcili mu Efrem, Jan Chryzostom, Ambroży, Augustyn i inni. Fascynował także teologów średniowiecza (Remigiusza z Auxerre, Ruperta z Deutz, św. Bernarda). W czasach nowożytnych stał się ponadto figurą swego imiennika – oblubieńca Najśw. Marii Panny. Grecy wspominali go w dniach 29 lub 30 października. Do martyrologiów zachodnich go nie wpisano, ale poczesne miejsce zajął w ikonografii.

O Józefie przede wszystkim Rdz 37-49, najlepiej z dobrym komentarzem, np. w La Sainte Bible, wyd. L. Pirota i A. Clamera, t. 1/1, Paris 1953, 417-513. Tradycyjne ujęcie w DB 3 (1903), 1655-1669. Lepiej w DSp 8 (1974), 1276-1289, a zwięźlej w Catholicisme 6 (1967), 965-970 oraz LThK 5 (1996), 997-999. Opowieść o Józefie i Asenet w BHG 177-179b i w BHL Nov. Suppl. 723b- -723g. – Por. R. Rubinkiewicz, Wprowadzenie do apokryfów Starego Testamentu, Lublin 1987, 42-44 i tam cyt. przekład z greckiego; także Catholicisme, t. c., 1024. Teksty Ojców greckich w BHG 2197-2291t. O miejscu w synaksariach: Synax. Eccl. Constantinopolitanae, ed. H. Delehaye (1902), 175. 180. – Opowieść według Filona u Skargi, ŻŚw pod dniem 21 maja. Z nowszych J. Scharbert, Jestem Józef, wasz brat, Kraków 1995. – Ikonografia w LCI 2 (1970), 423-434; 7 (1974), 203; w Bibl. Ss. 6 (1965), 1245-1251; w LM 5 (1991), 650 n.

Józef, Oblubieniec Najśw. Marii Panny. Pochodził z królewskiego rodu Dawida (Mt 1, 1-16. 20; Łk 3, 23-31). Był synem jakiegoś Jakuba (Mt 1, 16) lub Helego (Łk 3, 23). Majątku nie odziedziczył (Łk 2, 24), na życie zarabiał pracą rąk, trudząc się obróbką drewna (jako cieśla, stolarz itp. Por. Mt 13, 55). Zaręczony z Marią, stanął wkrótce przed tajemnicą cudownego poczęcia. Domyślając się w nim działania Bożego albo – jak chcą inni – nie wiedząc, co czynić wobec przekonania o niewinności Marii, postanowił usunąć się dyskretnie (Łk 1, 26-38. 42; Mt 1, 18), tzn. bez uciekania się do interwencji sądu (Pwt 22, 23 n), lub przez zwykłe wręczenie listu rozwodowego (Mt 1, 19). Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Marię do siebie, a następnie nadał Dzieciątku imię Jezus (Mt 1, 20-25). Udał się przedtem na spis ludności do Betlejem, gdzie nastąpiło rozwiązanie Marii (Łk 2, 1-7. 16). Po przedstawieniu Dziecięcia w świątyni (Łk 2, 22-38) uciekł z Nim i z Marią do Egiptu (Mt 2, 13 nn), a gdy tam dowiedział się o śmierci Heroda, wrócił do Nazaretu (Mt 2, 19 nn; Łk 2, 39). Widzimy go jeszcze, jak z Marią i dwunastoletnim Jezusem odbywa paschalną pielgrzymkę do Jerozolimy i wraca do domu (Łk 2, 41-51). Potem się już na kartach Ewangelii nie pojawia. Wolno zatem sądzić, iż wkrótce, w każdym razie przed rozpoczęciem publicznego nauczania Jezusa, rozstał się z życiem. Apokryfy dorzucają do tej zwięzłej ewangelicznej biografii cały szereg szczegółów, trudno z nich jednak wyselekcjonować echo jakiejś ciągłej historycznej tradycji. Mimo to one właśnie wpłynęły wydatnie na pobożność ludową, zwłaszcza na Wschodzie, oraz na rozwój sztuki zajmującej się postacią domniemanego ojca i żywiciela Św. Rodziny. W pewnej mierze odzwierciedliły się także w pismach Ojców wschodnich, podczas gdy rozważania Zachodu poszły nieco innym torem. Wszyscy – nawiązując często do zwięzłego, a lapidarnego określenia charakteru: człowiek sprawiedliwy – wysławiali jego niewątpliwe cnoty i jego niewysłowione powołanie jako oblubieńca Marii, żywiciela i wychowawcy Chrystusa, uczestnika tajemnicy Wcielenia. Na swój sposób rozwijali te teologiczne wątki myśliciele średniowiecza i czasów nowożytnych (Damiani, Albert W., Bonawentura, Duns Szkot, Gerson, Suarez i wielu innych), a do stałego nauczania włączyli je papieże czasów najnowszych, poczynając od Piusa IX, a kończąc na Janie XXIII. Kult św. Józefa, wcześniejszy na Wschodzie, na Zachodzie zaznacza się wyraźniej dopiero w IX wieku. W średniowieczu do jego rozwoju przyczyniają się zakony, św. Brygida Szwedzka, św. Bernard z Clairveaux, św. Bernardyn ze Sieny, a w XVI w. św. Teresa z Avili. W liturgii łacińskiej pojawia się dopiero w w. XV. Od r. 1621 dzień 19 marca jest świętem obowiązującym. Pius IX ogłasza Józefa patronem całego Kościoła (1870), a Pius XII (1955) ogłasza dzień 1 maja jego świętem i ustanawia go patronem robotników. Czcimy go również jako patrona dobrej śmierci. Dodajmy w końcu, iż istnieje wiele zgromadzeń pod wezwaniem świętego; kilka sanktuariów jemu poświęconych – ośrodków licznych pielgrzymek (Montreal, Barcelona, Louvain itd.), między innymi także kolegiata kaliska; wiele czasopism oraz dwa główne ośrodki naukowe, poświęcone specjalistycznym studiom teologicznym: w Montrealu oraz w Valladolid.

Józef z Arymatei był bogobojnym Żydem, oczekującym czasu zbawienia. Został potem uczniem Pana, ale taił to z obawy przez ziomkami. Był także członkiem Sanhedrynu. Gdy Jezusa ukrzyżowano, śmiało interweniował u Piłata, aby Go godnie pochować. Ponieważ czas naglił, ofiarował grób, który kazał wybudować dla siebie w ogrodach pod miastem. Złożył tam martwe ciało Zbawiciela z pomocą Nikodema i świętych niewiast. Z ewangelii (Mt 27, 57-60; Mk 15, 42; Łk 23, 51; J 19, 38) więcej się o nim nie dowiadujemy. Arymateę, z której pochodził, możemy zlokalizować koło Diospolis (Lyddy), gdzie też w średniowieczu powstał klasztor pod jego wezwaniem; nie zaś w Ramleh, bliżej Jerozolimy. Ewangelia Piotra (II w.) widziała w nim przyjaciela Piłata, którego pragnęła wybielić. Dzieje Piłata (IV w.) utrzymywały, że Żydzi wtrącili go do więzienia i że zmartwychwstały Pan sam go z niego uwolnił. Wedle Ewangelii Gamaliela razem z Nikodemem przyczynił się do zmartwychwstania dobrego łotra: jego ciało okryli całunem, w który przedtem spowite było ciało Pana. W Martyrium Pilati czytamy, że z więzienia uwolnił go archanioł Gabriel, a apokryf gruziński przypisuje mu założenie gminy chrześcijańskiej w Lyddzie. Potem podobną rolę odegrać miał w Anglii (Glastonbury), dokąd zaniósł Świętego Graala. Równie legendarną jest translatio do Moyenmoutier w czasach Karola Wielkiego. Grecy wspominali go 31 lipca. W Rzymie podobne wspomnienie obchodzono w dniu 17 marca i pod tym też dniem Baroniusz wpisał go do martyrologium.

Józef Barsabbas, zwany Justus był członkiem pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej. Musiał oznaczać się zaletami, skoro razem z Maciejem kandydował na miejsce apostolskie opuszczone przez Judasza. Łukasz (Dz 1, 23) chce go wyraźnie odróżnić od innych Józefów i dlatego do imienia dodaje patronimikum Barsabbas (syn Sabby czy Szeby) oraz łaciński przydomek Iustus, jakiego Żydzi i prozelici tak często używali. Potem go już Łukasz nie wymienia. Natomiast Euzebiusz w ślad za Papiaszem utrzymuje, że należał do siedemdziesięciu uczniów Zbawiciela. Opowiada też, że wypił truciznę, ale dzięki cudownej interwencji nie odniósł jakiejkolwiek szkody. Wedle Adona i Usuarda zmarł w Judei -po prześladowaniach-. W synaksariach razem z innymi mężami apostolskimi figuruje pod dniem 30 czerwca. W Martyrologium Rzymskim wspomina się go w dniu 20 lipca.

Józef Hymnograf. Urodził się około r. 816 na Sycylii. Wobec niebezpieczeństw najazdów arabskich uszedł stamtąd w r. 827. Gdy miał piętnaście lat, w Tesalonice przywdział habit mnicha. Przyjąwszy święcenia, został także uczniem św. Grzegorza Dekapolity, który około r. 840 wezwał go do stolicy. Nieco później wysłano go do Rzymu, aby u Grzegorza IV zabiegał o pomoc w walce z herezją. Wpadł wtedy w ręce piratów, którzy uprowadzili go na Kretę. W r. 842 lub 843 uwolniono go i wtedy wrócił do Konstantynopola, ale mistrza przy życiu już nie zastał. Przez jakiś czas żył w rekluzji, potem przez pięć lat przebywał przy kościele Św. Jana Chryzostoma. Tam też ok. r. 850 założył klasztor. Bardas, wuj cesarza Michała III, wygnał go dla jakichś nie znanych powodów. Po powrocie zajmował odpowiedzialne stanowisko przy Hagia Sophia. Zmarł 3 kwietnia 886 r. Pozostawił po sobie wiele utworów poetyckich oraz teksty liturgiczne. Stąd właśnie przydomek Hymnograf.

Józef z Wołokołamska. Urodził się w r. 1439 lub następnym w Jażwiszczach pod Wołokołamskiem, w rodzinie pochodzenia litewskiego. Gdy miał osiem lat, oddano go na wychowanie ihumenowi Arseniuszowi. Pod jego to kierunkiem nabierał wiedzy, przy czym wedle biografa oddawał się zwłaszcza lekturze pism św. Bazylego. W dwudziestym roku życia został w Borowsku mnichem. Za mistrza miał tam wielkiego ascetę Pafnucego. Po 28 latach został jego następcą. Gdy mnisi nie chcieli poddać się jego reformom, złożył urząd ihumena i opuścił klasztor. Błąkał się teraz po innych, wreszcie w r. 1479 pod Wołokołamskiem założył nowy. Wkrótce potem zapełnił się on zwolennikami ściślejszej obserwancji. Przedtem jeszcze zwalczał w Nowogrodzie żydujących, potem zaś, broniąc nienaruszalności dóbr zakonnych, popadł w konflikt z Nilem Sorskim. Zmarł w r. 1515. Pozostawił po sobie nieco pism: Proswietitiel, Duchownaja gramota, listy. Przede wszystkim przemożnie wpłynął na dalszy rozwój życia zakonnego w Rosji. Skierował je ku zewnętrznemu rygoryzmowi i skrajnemu rytualizmowi, wychowującemu zdyscyplinowanych bojowników Cerkwi. Jakkolwiek cezaropapizmowi nie hołdował, cara uznawał za wysłańca Bożego. Cerkiew czci go jako świętego i wspomina w dniu 9 września. Mimo to po dziś dzień pozostaje postacią kontrowersyjną. Sądzą niektórzy, że on to m.in. przygotował raskol, schizmę starowierców, którzy czczą go jako prekursora.

Józef Anchieta. Urodził się 19 marca 1534 w San Cristobal de la Laguna, na Wyspach Kanaryjskich. Ukończywszy w Koimbrze studia, w r. 1551 wstąpił do jezuitów. Wkrótce potem pożeglował do Brazylii. W Piratinindze, w skromnym, dopiero co otwartym kolegium nauczał gramatyki i przedmiotów klasycznych. Od swych uczniów uczył się równocześnie tupi-guarani, miejscowego języka. Później opracował jego gramatykę i słownik oraz napisał w nim katechizm. Układał ponadto pieśni i pobożne sztuki teatralne w innych językach. W r. 1566 otrzymał święcenia kapłańskie i został rektorem kolegium w S-o Vincente. Przez długie miesiące przebywał wśród plemion indiańskich, dotąd bardzo nieprzychylnych dla działalności ewangelizacyjnej. Pracował zwłaszcza w okolicach dzisiejszego Rio de Janeiro oraz kolonii Espirito Santo. Przez osiem lat był prowincjałem. Potem za miejsce wypadowe niestrudzonej aktywności obrał małą rezydencję w Retisibie. Tam zmarł 9 czerwca 1591 r. Pozostawił po sobie sporo pism, ale przede wszystkim pamięć gorliwego misjonarza i cudotwórcy. Uznano go za jednego z głównych założycieli Kościoła w Brazylii. Beatyfikować chciano go już w XVIII w., ale kasata zakonu przerwała te starania. Na prośbę episkopatu i rządu brazylijskiego podjęto je dopiero w r. 1910. Beatyfikacji dopełnił w r. 1980 Jan Paweł II.

Józef z Leonessy. Nazywał się Eufrazy Desideri, ale znany jest pod imieniem zakonnym. Urodził się 8 stycznia 1556 r. w Leonessie, w Górach Sabińskich. Uczył się w Viterbo, Leonessie i Spoleto. W r. 1572 wstąpił do kapucynów. Po odbyciu studiów filozoficznych i teologicznych otrzymał święcenia kapłańskie (1580). Potem pracował jako kaznodzieja. W r. 1587 wyjechał do Konstantynopola, aby duszpasterzować wśród jeńców chrześcijańskich. Oskarżony o obrazę religii muzułmańskiej, skazany został na męki i przez trzy dni wisiał z rękami i nogami przywiązanymi do dębu. Po powrocie do Italii gorliwie apostołował w Umbrii, Abruzzach i Górach Sabińskich. Podczas swych kaznodziejskich wędrówek odwiedzał chorych, zakładał przytułki, gromadził zapasy żywności na czas nieurodzaju. Przy tym wszystkim był mężem modlitwy i surowych umartwień. Zmarł 4 lutego 1612 r. w Arnatrice, niedaleko Spoleto. Pozostawił po sobie nieco pism. Kanonizował go w r. 1746 Benedykt XIV.

Józef Kalasanty (Kalasancjusz), założyciel pijarów. Urodził się w r. 1556 lub 1557 w Peralta de la Sal, w Aragonii, w rodzinie szlacheckiej, w której żywe były tradycje rycerskie. Solidne studia odbył w Leridzie, Walencji i Alkali. W r. 1583 przyjął święcenia kapłańskie. Duszpasterzował następnie w hiszpańskich diecezjach Huesca i Urgel, zajmując równocześnie poważne stanowiska w administracji kościelnej. Pociągało go jednak Wieczne Miasto, toteż korzystając z podróży kardynała Marka Colonny udał się w jego świcie do Rzymu i począł zwiedzać tamtejsze zabytki. Ale bardziej niż pamiątki przykuła jego uwagę wielkomiejska nędza, zwłaszcza zaś poruszył go los bezdomnych dzieci. W r. 1597 otwarł dla nich na Zatybrzu pierwszą w Europie bezpłatną szkołę powszechną. Wkrótce potem zdobył współpracowników, z którymi założył Zakon Kleryków Regularnych Szkół Pobożnych. W 1617 uzyskał on aprobatę Pawła V i rychło rozprzestrzenił się na całą Italię, Czechy, Morawy i Polskę. Urban VIII mianował Józefa w r. 1632 dożywotnim przełożonym tego zakonu, ale na skutek zazdrości i krytyk w trzy lata później został na mocy brewe papieskiego złożony z urzędu. Oskarżony został przed inkwizycją, przez krótki czas przebywał nawet w więzieniu, zachowując pokój ducha. Z tym samym spokojem przeżył w r. 1646 zniesienie swej wspólnoty jako zakonu o ślubach wieczystych. Przywrócony na stanowisko, przepowiedział jego pełne odnowienie. Zmarł jako 92-letni starzec 25 sierpnia 1648. W osiem lat później jego przepowiednia się spełniła. Beatyfikował go Benedykt XIV w r. 1748, kanonizował zaś Klemens XIII w r. 1767. Święto ochodzono długo w dniu 27 sierpnia. Dodajmy jeszcze, że, wbrew utrwalonej u nas tradycji, obecnie przynaglają niektórzy, aby świętego zwać Kalasancjuszem.

Józef z Kupertynu. Józef Deza – takie było bowiem jego rodowe nazwisko – urodził się w Copertino (Italia) 17 czerwca 1603. W młodości pracował na roli, oddając się poza tym samotnym rozmyślaniom. Do życia zakonnego wedle współczesnych się nie nadawał: dyskwalifikował go brak elementarnego wykształcenia i brak uzdolnień, a także niemrawy, żeby nie powiedzieć – głupkowaty wyraz twarzy. Mimo to po kilku daremnych próbach został wreszcie przyjęty do franciszkanów konwentualnych w Grotelli (1625). Potem pod kierunkiem wuja, zakonnika, gotował się do święceń. Prześlizgnąwszy się chyłkiem przez egzamin, w r. 1628 został do nich dopuszczony i rozpoczął posługiwanie kapłańskie. Wtedy to ujawniły się publicznie jego lewitacje, którym towarzyszyły inne dary mistyczne i które zaczęły ściągać doń rzesze pobożnych i ciekawskich. W czasie, gdy odwiedzał sąsiednie klasztory, zjawiskami zaniepokoiło się wielu duchownych. Zaalarmowano więc inkwizycję neapolitańską, która przeprowadziła badania (1636-1639). Józefa uznano niewinnym, ale zażądano jego przeniesienia. Stąd to w latach 1639-1653 święty przebywał w Asyżu, dokąd tak bardzo pragnął się dostać, -jednak nie przez ręce Św. Oficjum-. Przeniesiono go następnie do kapucynów eremitów w Pietrarubbii, Fossombrone. Wreszcie w r. 1657 pozwolono mu wrócić do franciszkanów konwentualnych w Osimie (niedaleko Ankony). Tam też zmarł 18 września 1663. Mimo swego odosobnienia spełniał wiele dzieł apostolskich. Jemu to swe nawrócenie przypisywał Jan Fryderyk Saski, książę Brunszwiku i Lüneburga. Maria Sabaudzka, która była jego -św. Klarą-, utrzymywała z nim ciągłą korespondencję. Dla wielu innych był żywym odzwierciedleniem św. Franciszka z Asyżu. Teologowie widzieli w nim klasyczny przykład mistyka obdarzonego darem lewitacji, którą stwierdzono u niego co najmniej sto razy. Beatyfikował Józefa Benedykt XIV (1753), kanonizował zaś Klemens XIII (1767). Józef z Kupertynu uchodzi m.in. – nie bez dozy humoru – za patrona przystępujących do egzaminów.

Józef Maria Tomasi (Tommasi). Urodził się 12 września 1649 r. w Licata na Sycylii jako syn księcia Lampedusy. Cztery jego siostry, w tym mistyczka Maria Crocifissa (1645-1699) oraz matka zostały benedyktynkami. Sam w r. 1664 wstąpił w Palermo do teatynów. W dziewięć lat później otrzymał u nich święcenia kapłańskie. Oddał się wtedy studiowaniu Pisma Św., historii kościelnej, zwłaszcza zaś historii liturgii, przy czym wykorzystywał bogate zbiory rękopisów, zgromadzonych w bibliotece Krystyny Szwedzkiej. Był zarazem kapłanem bogobojnym, miłosiernym dla ubogich, wzorem systematyczności. Klemens XI powołał go do Świętego Oficjum, Kongregacji Obrzędów i Odpustów, a w r. 1712 mianował kardynałem. Józef zmarł 1 stycznia roku następnego. Beatyfikował go w r. 1803 Pius VII, kanonizował zaś w r. 1986 Jan Paweł II.

Józef Maria Pignatelli. Urodził się 27 grudnia 1737 r. w Saragossie, we włoskiej rodzinie książąt na Monteleone. W r. 1753 wstąpił do jezuitów, u których też otrzymał święcenia kapłańskie w r. 1762. W pięć lat później jezuitów wygnano z Hiszpanii. Dwór madrycki deklarował, że banicyjny dekret nie dotyczy Pignatellego. Mimo to młody kapłan wraz z sześciuset innymi załadował się na statek, by pożeglować do Civitavecchia. Wylądowano na Korsyce, którą w r. 1768 Genua odsprzedała Francji. Wyrzuceni przez Francuzów, wygnańcy przybyli do Ferrary. Żyli tam i pracowali dzięki pomocy Klemensa XIII oraz siostry Józefa. W r. 1773 Klemens XIV zniósł zakon. Józef wraz z bratem Mikołajem osiadł wtedy w Bolonii i oddał się studiom. W rok później Ferdynand, książę Parmy, ofiarował jezuitom dom i zaprosił do niego Pignatellego. Potem Pignatelli za aprobatą papieską otwarł nowicjat w Colorno. W r. 1803 został prowincjałem jezuitów w Italii. Gdy następnie Pius VII zgodził się na odnowienie zakonu w królestwie neapolitańskim, udał się tam, ale wkrótce, wyrzucony przez Francuzów, znów musiał wyjechać. Pius VII przyjął go wówczas w Rzymie, a jezuitom powierzył kolegia w mieście, w Orvieto i w Tivoli. W r. 1814 zakon przywrócony został w całym katolickim świecie. Pignatelli chwili tej nie doczekał. Zmarł 15 marca 1811 r. Beatyfikował go w r. 1933 Pius XI, a kanonizował w r. 1954 Pius XII. Wspomnienie obchodzono 27 listopada.

Józef Benedykt Cottolengo. Urodził się 3 maja 1786 r. w Bra pod Turynem. Dwóch jego braci było kapłanami, a jedna z sióstr karmelitanką. Sam w r. 1811 także został kapłanem i objął urząd wikarego w Corneliano. W kilka lat później mianowano go kanonikiem przy kolegiacie Corpus Christi w Turynie. Wtedy to poznał Marię Nasi, która stała się dla niego tym, kim dla św. Wincentego de Paul była św. Ludwika de Marillac. W r. 1827 zetknął się z wypadkiem chorej, która na jego oczach zmarła, bo zabrakło odpowiedniej opieki. Licząc wyłącznie na Opatrzność Bożą, założył wówczas dla nieuleczalnie chorych i opuszczonych szpitalik i nazwał go Piccola Casa della Divina Provvidenza. Za fundacją poszły inne. Równocześnie pozyskiwał współpracowników. Z nich wyłoniły się z czasem trzy instytucje: zgromadzenie sióstr (w r. 1973 miały one 585 domów), zgromadzenie braci pw. św. Wincentego oraz stowarzyszenie kapłanów, nie związanych ślubami zakonnymi. Założyciel zmarł 30 kwietnia 1842 r. w Chieri. Beatyfikował go w r. 1917 Benedykt XV, kanonizował zaś w r. 1933 Pius XI.

Józef Maria Diaz Sanjurio urodził się 26 października 1818 r. w Santa Eulalia de Suegos, w hiszpańskiej Galicii. W r. 1842 wstąpił do dominikanów w Ocanie. Był to konwent o profilu misyjnym. W dwa lata później wysłano go stamtąd na Filipiny. Dopiero w r. 1845 dotarł do Tonkinu. Wkrótce potem został koadiutorem wikariusza apostolskiego, biskupa Marti. Po jego nagłej śmierci (1852) objął rządy w osieroconym wikariacie. Urzędował w Ben-Chu. W dwa lata później prześladowanie, zarządzone przez okrutnego Tu-Duka, nasiliło się. Miejscowy mandaryn, żądny obiecanej przez cesarza nagrody, zadenuncjował biskupa u władcy. Aresztowano go pod koniec maja 1857 r. Zginął w dwa miesiące później, w dniu 20 lipca. W r. 1951 Pius XII beatyfikował go razem w Melchiorem Garcią Sampedro (o którym poniżej) i z dwudziestoma trzema, wymienionymi w aneksie poświęconym męczennikom wietnamskim. Całą tę grupę zaliczono też w poczet męczenników (117), których Jan Paweł II kanonizował w r. 1988.

Józef Czang – zob w aneksie: Męczennicy Chińscy

Józef Cafasso. Urodził się 11 stycznia 1811 r. w Castelnuovo d’Asti. W r. 1827 zgłosił się w Chieri do seminarium duchownego. Tam też w r. 1833 został kapłanem. W Turynie wstąpił potem do kolegium założonego przez Alojzego Gualę i tam kontynuował studia teologiczne. Potem sam nauczał teologii moralnej, a równocześnie wiele spowiadał, głosił kazania i udzielał rekolekcji. Zmarł 22 czerwca 1860 r. W rękopisach pozostało nieco z jego pism. Beatyfikował go w r. 1925 Pius XI, kanonizował zaś w r. 1947 Pius XII.

Józef Benedykt Dusmet urodził się 13 sierpnia 1818 w Palermo jako syn markiza Ludwika i Marii Gracji Gragonetti-Gorgone. Wykształcenie humanistyczne i teologiczne otrzymał w rodzinnym mieście u benedyktynów. Tam też do nich wstąpił. W r. 1842 otrzymał święcenia kapłańskie. W opactwie nauczał następnie filozofii i teologii. W r. 1847 przeniesiono go do Caltanissetty. Zarzucano mu wtedy, że hołduje pewnemu rygoryzmowi. W trzy lata później na mocy dekretu papieskiego został przeorem w Neapolu, a po dwóch latach administratorem w Caltanissetcie. Gdy ponadto został opatem w Katanii, przeforsował swe reformatorskie zamysły. Ale zarządzenia państwowe doprowadziły niebawem do likwidacji klasztoru. Mianowano go wtedy arcybiskupem Katanii. Jak wielu spośród szlachty neapolitańskiej, pozostał wierny rodzinie królewskiej, toteż rząd włoski ledwo go na tym stanowisku tolerował. Mimo to uczcił jego postawę w czasie epidemii cholery w r. 1867. Na soborze watykańskim I energicznie opowiadał się za nieomylnością papieską i przedstawił prośbę o ogłoszenie dogmatu o wniebowzięciu Matki Najśw. W r. 1871 diecezję poświęcił Najśw. Sercu Jezusowemu, do którego miał wielkie nabożeństwo. Przewodniczył pielgrzymkom do Lourdes, Paray-le-Monial i La Salette. Przez jakiś czas administrował diecezją w Caltagisone. W r. 1889 Leon XIII mianował go kardynałem. Ostatnie lata jego rządów biskupich zmąciły wielkie katastrofy: trzęsienie ziemi, erupcja Etny, epidemie. Jako biskup nigdy nie przestał być benedyktynem. Brał zresztą udział w życiu zakonu. Przewodniczył jego kapitułom, inaugurował w Rzymie Kolegium Św. Anzelma, uczestniczył w zabiegach zmierzających do większej jedności w zakonie; on też przyczynił się do ustanowienia godności opata prymasa. Zmarł w Katanii 4 kwietnia 1894 r. Jan Paweł II beatyfikował go w r. 1988.

Józef Mananet y Vives. Urodził się 7 stycznia 1833 r. w Tremp, w katalońskiej diecezji Urgel. W r. 1859 otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował potem w kurii biskupiej. Zakładając w pięć lat później kolegium w rodzinnym Tremp, położył podwaliny pod Zgromadzenie Synów Najśw. Rodziny. W r. 1872 zmuszony był przenieść je do Barcelony. W r. 1894 założył wraz z Calaminą y Pilar Zgromadzenie Sióstr Św. Rodziny, które w r. 1901 otrzymało definitywną aprobatę. Spracowany i dotknięty cierpieniami, zmarł w Barcelonie 17 grudnia tegoż roku. Pozostawił po sobie kilka dziełek, takich jak: Escuela de Nasareth, Preciosa joya de la familia, Trisagio a la Sagrada Familia oraz czasopismo La Sacrada Familia. Jego beatyfikacji dokonał Jan Paweł II w r. 1984 .

Józef Maria Yermo y Parres. Urodził się 10 listopada 1851 r. w Ialmalonga, pod miastem Meksyk. Wcześnie wstąpił do Zgromadzenia Misji (1869), ale napotkał w nim wiele przeciwności. W 1877 r. doszedł do wniosku, że nie kroczy właściwą drogą i opuściwszy zgromadzenie, otrzymał inkardynację do diecezji León. W niej też rok później przyjął święcenia kapłańskie. Działał potem gorliwie na wielu polach pracy kapłańskiej, a ponadto zatrudniony był na odpowiedzialnych stanowiskach w kurii biskupiej. Mimo to mianowano go później wikarym w podmiejskich parafiach. W El Calvario stworzył wówczas ośrodek kultu eucharystycznego i dzieł miłosierdzia. W 1885 założył tam zgromadzenie służebnic ubogich pod wezwaniem Najśw. Serca Jezusowego. Nie obeszło się bez przeciwności. Uczestniczył ponadto w organizowaniu instytutu dla niesienia pomocy kobietom oraz szkoły dla Indian ze szczepu Tarahumara. Zawsze był słabego zdrowia. Bardzo już schorowany, zmarł 20 września 1904 r. Jan Paweł II beatyfikował go w Meksyku w 1990 r.

Józef Freinademetz. Urodził się 15 kwietnia 1852 r. w góralskiej wiosce Ojes, w Tyrolu, gdzie używano jeszcze narzecza retoromańskiego. Niemieckiego nauczył się dopiero w szkole w Bressanone. W r. 1875 otrzymał święcenia kapłańskie i został wikarym. Nie był nim długo. Nawiązawszy kontakt z Arnoldem Janssenem, założycielem werbistów, wyjechał do Steyl, w Holandii, i zaczął gotować się do pracy misyjnej. W marcu 1879 r. wyruszył do Chin. Przebywał potem w pobliżu Hongkongu i tam uczył się języka. Przyswajał sobie równocześnie zwyczaje chińskie. Potem przystąpił do zakładania nowych placówek, a następnie przeniósł się do nowego okręgu misyjnego w południowym Szantungu. Katolicy narażeni byli na wiele przeciwności i traktowani byli jak zdrajcy. Wiele też sam wycierpiał. W czasie tzw. powstania bokserów przeżył najpierw zamordowanie dwóch młodych współbraci, potem uciekać musiał w góry. Mimo to misja się rozrastała. W r. 1903 okręg liczył już 26 tys. katolików, a wśród 47 kapłanów jedenastu było Chińczykami. Do tego wzrostu przyczyniał się z całym zapałem. Był m.in. wikariuszem generalnym okręgu i rektorem seminarium. Zmarł 28 stycznia 1908 r. na tyfus, którego nabawił się posługując chorym. Beatyfikował go w r. 1975 Paweł VI.

Józef Gérard urodził się 12 marca 1831 w Bouxier-s-aux-Ch-nes. Studia kościelne podjął w seminarium duchownym w Nancy. W r. 1851 wstąpił do oblatów. W dwa lata później wyjechał jako diakon na misje do Afryki Południowej. Nigdy już stamtąd nie wracał do Europy. W r. 1854 otrzymał w Pietermaritzbourgu święcenia kapłańskie. Przez jakiś czas działał w Natalu wśród Zulusów. Potem był współpracownikiem wikariusza apostolskiego, biskupa Allarda. Ten ostatni skierował go następnie do plemienia Basuto. Pracował tam z niezwykłą gorliwością i dlatego zasłużył sobie na tytuł apostoła kraju Lesoto. Sam swą misyjną placówkę nazwał Roma – Rzymem. W niej, utrudzony pracą, zmarł 29 maja 1914 r. Jan Paweł II beatyfikował go w r. 1988.

Józef Baldo urodził się 19 lutego 1843 r. w Puegnano pod Weroną jako syn rolnika i położnej. Gdy będąc chłopcem mówił matce, że chciałby zostać księdzem, usłyszał od niej: -Istnieją dwa rodzaje kapłanów: albo będziesz księdzem dobrym, albo mieć cię będą za nic-. Do szkół uczęszczał w Salo, do seminarium duchownego w Weronie. W r. 1865 otrzymał upragnione święcenia kapłańskie. Był najpierw wikarym w Montorio, ale już w rok później mianowano go wicedyrektorem biskupiego gimnazjum w Weronie. Na tym stanowisku pracował przez lat jedenaście. Gdy je opuszczał, opinia o nim już się ustaliła. Uważano go za człowieka roztropnego i dobrego wychowawcę młodzieży. Od r. 1877 proboszczował w Ronco all’Adige. Okazał się tam duszpasterzem wedle wymagań biblijnych, sformułowanych zwłaszcza w 2 Tm. By sprostać potrzebom społecznym pozakładał wiele dzieł: Societ- operaia di mutuo soccorso, Unione dei lavoratori, Cassa rurale, Locanda rurale, a także szpitalik, schronisko dla starców, sierociniec, szkółkę dla dziewcząt. Żeby usprawnić pomoc świadczoną chorym, biednym i dzieciom, założył następnie Zgromadzenie Małych Córek Św. Józefa, które aprobował bp Józef Sarto. On też jako papież Pius X udzielił potem zgromadzeniu aprobaty rzymskiej (1913). Przy tym wszystkim Baldo był człowiekiem wielkiej skromności. Zwykł mawiać: -Hałas nie czyni dobra. Dobro urzeczywistnia się bez rozgłosu-. Zmarł 24 października 1915 r. Jan Paweł II beatyfikował go w r. 1988.

Józef Nascimbeni urodził się 22 marca 1851 r. w Torri del Benaco, w rodzinie skromnego muzyka. Nauki pobierał w pobliskiej Weronie. Tam też kształcił się w seminarium duchownym, a w r. 1874 otrzymał święcenia kapłańskie. Potem uczył w szkołach w San Pietro di Lavagno i w Castelletto di Brenzone. W tej ostatniej miejscowości został w r. 1885 proboszczem. Duszpasterzował gorliwie, dlatego miejscowość zawdzięcza mu sporo. Nieco później założył Zgromadzenie Małych Sióstr Św. Rodziny (Piccole Suore della S. Famiglia). Miało się przede wszystkim opiekować chorymi, a opierało się na zasadach zapożyczonych z trzeciego zakonu św. Franciszka. Troszcząc się o zgromadzenie, współpracował przede wszystkim z biskupem Bartłomiejem Bacielieri oraz z Marią Dominiką Mantovani. W r. 1911 Pius X mianował go infułatem. Gorliwy duszpasterz i założyciel zmarł 21 stycznia 1922 r. Jan Paweł II beatyfikował Józefa w Weronie w r. 1988.

Józef Sebastian Pelczar. Urodził się 17 stycznia 1842 r. w Korczynie pod Krosnem, w rodzinie dość zamożnych wieśniaków. Nauki pobierał najpierw na miejscu, potem w Rzeszowie. W r. 1858 wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. Święcenia kapłańskie otrzymał w sześć lat później. Przez jeden rok był wikarym w Samborze, po czym skierowano go na dalsze studia do Rzymu. Wykładów teologii słuchał na Gregorianum, natomiast prawo kanoniczne studiował u Św. Apolinarego. Ukoronowaniem studiów były doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Po powrocie do kraju został wikarym w Wojutyczach pod Samborem. Na początku roku szkolnego 1869/1870 objął stanowisko prefekta w seminarium przemyskim. W roku następnym został tamże profesorem teologii pastoralnej oraz prawa kanonicznego. W r. 1872 odbył podróż do Ziemi Świętej. W pięć lat później powołano go na katedrę historii Kościoła i prawa kanonicznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. W r. 1880 katedrę tę zamienił na katedrę teologii pastoralnej. Opracował wówczas kilka dzieł: Prawo małżeńskie, Pius IX i jego wiek oraz Zarys dziejów kaznodziejstwa w Kościele katolickim. Od r. 1895 był ponadto referentem konsystorskim, egzaminatorem prosynodalnym i obrońcą węzła małżeńskiego. Pracował równocześnie na ambonie, w organizacjach charytatywnych oraz w sodalicji kapłańskiej. Dla obsługi schroniska dla służących dziewcząt w r. 1893 powołał do życia Zgromadzenie Służebnic Najśw. Serca Jezusowego. Będzie się nim opiekował do końca życia. W siedem lat później biskup Solecki z Przemyśla wezwał go, by objął przy nim sufraganię. Wobec choroby ordynariusza wypadło mu wkrótce potem objął faktyczne rządy w diecezji. Ordynariuszem mianowany został pod koniec r. 1900. Oddał się wtedy gorliwej i szeroko rozumianej działalności biskupiej. Organizował synody, wizytował parafie, pomnażał ich liczbę, żywo zajmował się sprawą nauczania religii. Do Przemyśla zaprosił salezjanów. Założył też kilka stowarzyszeń katolickich. W r. 1911 urządził w Przemyślu kongres mariański. Wojna na jakiś czas przerwała jego wysiłki. Po powrocie do diecezji organizował pomoce charytatywne i kontynuował rozpoczęte wysiłki. Jego czynne życie przerwała choroba. Zmarł 28 marca 1924 r. Jan Paweł II beatyfikował go w Rzeszowie w r. 1991. Na wspomnienie liturgiczne wyznaczono (1992) dzień 19 stycznia.

Józef Allamano. Urodził się 21 stycznia 1851 r. w Castelnuovo d’Asti, w miejscowości, z której pochodzili święci Józef Cafasso i Jan Bosco. Pierwszy z nich był jego wujem i silnie oddziałał na rozwój jego osobowości. Uczył się u salezjanów w Valdocco, potem w seminarium duchownym w Turynie. W r. 1873 został kapłanem. Wkrótce potem mianowano go ojcem duchownym kleryków. W siedem lat później arcybiskup Wawrzyniec Gastaldi mianował go rektorem sanktuarium maryjnego della Consolata. Nieco później, ożywiony troską o misje, założył Instytut Misji Zagranicznych dla kapłanów. Już w r. 1902 pierwsza grupa misjonarzy z tego instytutu wyruszyła do Kenii. W r. 1910 na życzenie Piusa X założył zgromadzenie sióstr misjonarek pod wezwaniem Matki Boskiej Pocieszenia: Missionarie della Consolata. Zmarł dnia 16 lutego 1926 r. Jan Paweł II beatyfikował go w r. 1990.

Józef Moscati. Urodził się 25 lipca 1880 w Benewencie. Gdy miał lat siedemnaście, ślubował Bogu czystość. W r. 1903 ukończył studia, zdobywając doktorat medycyny. W kilka lat później został ordynatorem neapolitańskiego szpitala dla nieuleczalnie chorych. W r. 1919 powołano go na katedrę chemii klinicznej. Gdy w r. 1909 nastąpił wybuch Wezuwiusza, dwoił się i troił ratując poszkodowanych w Torre del Greco. Podobnie postępował w r. 1911, gdy Neapol nawiedziła epidemia cholery. Ogłosił 32 prace naukowe, które zapewniły mu wysoką pozycję w świecie lekarskim. Wielki jałmużnik i przyjaciel chorych, którym bez ustanku niósł wieloraką pomoc, zmarł w Neapolu 12 kwietnia 1927 r. Beatyfikował go w r. 1975 Paweł VI, a kanonizował w r. 1987 Jan Paweł II.

Józef Maria Rubio y Peralta. Urodził się 22 lipca 1864 r. w Dalías koło Grenady. Studiował w Almerii, Grenadzie i w Madrycie, gdzie też zdobył doktoraty teologii i prawa kanonicznego. W r. 1886 wyświęcono go na kapłana. Przez jakiś czas był wikarym i administratorem parafii. Potem mianowano go profesorem w seminarium, egzaminatorem oraz kapelanem sióstr. W r. 1905 odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej. W trzy lata później wstąpił do jezuitów. Przebywał następnie w Sewilli i w Manresie. Od r. 1910 mieszkał stale w Madrycie. Gorliwy czciciel Eucharystii i Najśw. Serca Jezusowego, trudził się tam zróżnicowaną i bardzo rozległą działalnością duszpasterską. Zgasł 2 maja 1929 r. Jan Paweł II beatyfikował go w r. 1985.

http://www.deon.pl/imieniny/imie,1563,jozef.html

*******

Jak żyć ekologicznie i ekonomicznie. Woda i energia

Joanna Winiecka-Nowak

(fot. shutterstock.com)

ycie w zgodzie z naturą jest teraz modne. My jednak podążamy tym nurtem kierując się zdecydowanie innymi pobudkami. Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że warto zachowywać zdrowie całego świata, w tym swoje własne, a wybory eko-logiczne są też często bardzo eko-nomicznie.

 

Już w przedszkolu dzieci dowiadują się, że trzeba segregować śmieci, oszczędzać wodę i gasić światło po wyjściu z pokoju. Na dalszych etapach edukacji świadomość ta jest pogłębiana. Do uczniowskiego słownika trafiają takie pojęcia jak dziura ozonowa, kłusownictwo i smog. Kolektywnie gromadzona jest makulatura, zaś podczas kwietniowego Dnia Ziemi całe klasy przebiegają okoliczne lasy wyszukując w nich odpadków. Dorosłym też się nie popuszcza. Gdzie spojrzymy stawiane są pojemniki do segregacji odpadów. Apteki zachęcają do oddawania przeterminowanych leków. Po naszych ulicach jeżdżą gratowozy. Prowadzone są konkursy na zielony balkon, ogródek i podwórko.
Czy wobec takiego boomu informacyjnego i tak wielu akcji warto jeszcze raz powracać do tematu? Zdecydowanie tak, zwłaszcza, że rodzinna ochrona przyrody może wpłynąć leczniczo na stan naszych portfeli, stać się okazją do akcji wychowawczych i przynieść wiele innych wymiernych korzyści. Mając to na uwadze ruszmy do dzieła.

Hasło pierwsze:  Niech woda nam nie przecieka

Zdatna do picia woda jest skarbem. Najlepiej przekonują się o tym wędrowcy dochodzący do wniosku, że to jednak fatamorgana, a nie oaza na pustyni. Niestety, nie tylko na pustyni sytuacja nie wygląda optymistycznie. Tylko 3% ziemskich zasobów to woda słodka, przy czym zdecydowana jej większość uwieziona jest w lodowcach i w podziemnych skałach. Do wykorzystania przez człowieka pozostaje bardzo niewiele. Z tego powodu jednym z naszych priorytetów jest zachowanie zbiorników słodkiej wody przed zanieczyszczeniem i niepotrzebnym marnowaniem.

Warto zacząć od siebie, a konkretnie od przejrzenia naszej instalacji. Wymieńmy przeciekające uszczelki i krany. Na tych ostatnich zamontujmy końcówki z perlatorem – nakładką ograniczającą przepływ wody. Poszukajmy też w zmywarce i pralce programów minimalizujących jej zużycie. Pomyślmy również o skróceniu czasu brania prysznica do kilku minut i napełnianiu wanny maksymalnie do połowy.

Ostatnią radę z radością przyjmie wielu naszych potomków. Niektórzy zaś z chęcią zadeklarują pójście o krok dalej i całkowite zaprzestanie mycia. Jak głosi klasyka dziecięcej literatury „częste mycie skraca życie”, a „mycie nóg to twój wróg”. Ponieważ na to niestety nie możemy się zgodzić, nadal pilnujmy młodszą młodzież, by umyła co należy. Zwróćmy przy tym jednak uwagę, by zlikwidować „puste przebiegi”, czyli zamykać kran, gdy tylko jest to możliwe. Możemy też zrobić pouczające doświadczenie. Jednego dnia podczas mycia zębów (z klepsydrą na ręku – trzy minuty) pozostawmy otwarty strumień wody, zamknijmy natomiast odpływ w zlewie. Efekt da nam wiele do myślenia.

Hasło drugie: Idźmy pod prąd

Topniejące lodowce, powodzie, długotrwałe susze to tylko część atrakcji związanych z ocieplaniem się ziemskiego klimatu. Każdy o nim słyszał, ale nie kojarzy go ze stale włączonym własnym komputerem lub z ładowarką do telefonu pozostawioną dla świętego spokoju w gniazdku tuż obok. Szkoda, bo w tych i innych przypadkach niepotrzebnie zużywamy energię. Ta zaś produkowana jest w elektrowniach, z których większość tworzy przy okazji spore ilości dwutlenku węgla. Minimalizując zużycie prądu, obniżamy emisję tego gazu cieplarnianego.  Drobne, ale regularne kroki mogą nas daleko zaprowadzić.

Jeśli nie planujemy zakupu nowych, energooszczędnych urządzeń, zastanówmy się, w jaki sposób mądrze użytkować te, które już mamy. Odstawmy lodówkę od grzejącej ją kuchenki. Nie będzie musiała marnować prądu na chłodzenie rozgrzewających się ścianek. Starajmy się też ją odpowiednio często rozmrażać – oszroniona pracuje na znacznie wyższych obrotach.  Pójdźmy za to na całość przy wykorzystywaniu pralki i zmywarki. Zadbajmy o to, by przed każdym włączeniem skompletować pełen wsad. Dzięki temu zmniejszymy liczbę uruchomień nawet o połowę. W pomieszczeniach, w których światło jest zapalane na dłużej, zamontujmy energooszczędne żarówki. Wreszcie powyłączajmy urządzenia działające w trybie uśpienia – skoro i tak nie pracują, czemu mają zużywać przy tym prąd?

Tu również do działań możemy włączyć dzieci. To w ich gestii pozostawmy gaszenie światła po ewentualnych zapominalskich. Kilka chwil podczas wspólnych porządków domowych poświęćmy na rozmowę o rozsądnym korzystaniu z urządzeń elektrycznych. Możemy również bliżej przyjrzeć się alternatywnym źródłom energii. Zróbmy razem wiatraczek i zamontujmy go na balkonie. Przetestujmy baterie słoneczne w kalkulatorze. Działanie elektrowni wodnej sprawdźmy na przykładzie plastikowego młynka-zabawki dołączanej często do kompletów foremek. Jeśli chcemy zaszaleć, sami skonstruujmy koło turbiny z opakowania po serku. Młody majsterkowicz sporo się przy tym dowie.

Hasło trzecie: Chrońmy przyrodę – gazem!

Złoża gazu ziemnego, podobnie jak węgla i ropy naftowej, należą do ziemskich zasobów nieodnawialnych. Powstawały na przestrzeni milionów lat, głupio byłoby je więc wykorzystać w kilka dziesięcioleci.  Dodatkowo ich użycie wiąże się z produkcją spalin szkodzących środowisku. Z tego wynika, że wykorzystując kuchenki gazowe również możemy przyczynić się do zachowania lub degradowania naszego środowiska.

Zdobywając sprawność „Kucharka doskonała” zaprzestańmy przede wszystkim gotowania bez przykrywki i pozostawiania działającego palnika w trybie stand-by („Przecież i tak zaraz tam wstawiam następny garnek”).  Dopasujmy też wielkość palnika i płomienia do wielkości garnka, tak by nie zużywać energii na grzanie powietrza i osmalanie emalii. Na marginesie – zabrudzenia gromadzące się na powierzchni garnków i na palnikach również mogą zaburzać przepływ energii. Możemy też przemyśleć kwestię zmniejszenia ilości wody przy gotowaniu, a tam gdzie da radę przerzucić się na gotowanie na parze. Zwróćmy uwagę na to, by nie gotować kilkukrotne tej samej wody na herbatę. Z pomocą mogą przyjść nam też różnego typu parowary i szybkowary. Stosując je uzyskamy dodatkowo efekt prozdrowotny, między innymi zachowanie większej ilości witamin i minerałów w przygotowywanych posiłkach.

Czy te zasady mogą mieć jakieś znaczenie podczas wychowywania naszych dzieci? Oczywiście, zwłaszcza tych nieco starszych. Również w tym wypadku wyczulmy je na rozsądne korzystanie z kuchenki. Z pomocą przyjdzie nam sobotni dyżur przy wspólnym gotowaniu. Przy okazji można też przeprowadzić różnego rodzaju eksperymenty. Na przykład – ugotujmy niewielką ilość wody w dwóch garnkach. Oba powinny być tej samej wielkości, lecz jeden z nich będzie miał pokrywkę. Sprawdźmy, czy czas potrzebny do zagotowania i całkowitego wygotowania zawartości będzie taki sam.

Hasło czwarte: Jedziemy po zdrowie

O negatywnym wpływie samochodów na klimat pisano już bardzo wiele. Zanieczyszczają powietrze gazem i pyłem. Nadmiernie zużywają kopaliny. Hałasują. W końcu stają się gromadzącymi się na wysypiskach wrakami. Oczywiście producenci różnych marek aut i typów silników licytują się, które z nich mają wpływ mniej negatywny. My, nie czekając na koniec tej debaty, poczyńmy pierwsze kroki ku lepszemu.

Najprościej jest wdrożyć zasady jazdy ekonomicznej. Dostosujmy prędkość do rodzaju manewrów i warunków panujących na drodze. Zrezygnujmy z nadmiernego bagażu. Rozsądnie korzystajmy z klimatyzacji. Wyłączmy silnik w momentach postoju. Kolejnym, dla wielu trudniejszym do osiągnięcia poziomem jest ograniczenie używania samochodu jako takiego. Tam gdzie damy radę możemy przecież dojść, a w dalej położone miejsca dojechać rowerem lub komunikacją miejską. Korzystną alternatywą jest też podjęcie próby wysycenia auta pasażerami. Pomóżmy sobie w sąsiedzkim podwożeniu dzieci do szkoły lub w dojazdach do pracy. Zyskamy dzięki temu również nieco czasu i nowe przyjaźnie.

Do tej formy dbania o środowisko nie musimy dzieci szczególnie zachęcać. Zwłaszcza, jeżeli wcześniej ograniczymy energię użytkowaną na funkcjonowanie komputera, telewizora i konsoli. Na postojach wycieczki rowerowej przeprowadźmy dodatkowo wspólne obserwacje tematyczne. Przyjrzyjmy się rurom wydechowym różnych pojazdów. Czy widać ulatniające się z nich spaliny? Czy we wszystkich przypadkach są takie same? Możemy również zbadać czystość słupów i elementów infrastruktury ruchliwego skrzyżowania. Przetrzyjmy je nawilżaną chusteczką. Czy podobny efekt uzyskamy w centrum parku? Warto sprawdzić…

Chroniąc przyrodę oszczędzamy ciężko zarobione pieniądze. Kształtujemy w naszych dzieciach wrażliwość i samodzielność. Tylną furtką wprowadzamy mini-edukację domową z zakresu fizyki i ekologii. Powiększamy grono naszych przyjaciół. Każdy wie, że dwie pieczenie na jednym ogniu warto upiec, my zaś mamy naszykowanych ich aż pięć. Czy możemy mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do sensu naszych działań?

 

cdn.

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/lifestyle/art,465,jak-zyc-ekologicznie-i-ekonomicznie-woda-i-energia.html

*******

Na szczęście trzeba pracować

Niedziela

Jolanta Marszałek / slo

Paweł Królikowski na planie serialu „Ranczo”. (fot.materiały prasowe)

Miejsce na ziemi jest dla każdego z nas, musimy tylko umieć żyć razem. Budować życie, żeby było znośne, ale nie kosztem innych – mówi Paweł Królikowski – aktor teatralny i filmowy.

Jolanta Marszałek: Obraz Pana zupełnie odbiega od stereotypu aktora, celebryty. Jedna żona od 27 lat, gromadka dzieci… Zawsze chciał Pan mieć dużą rodzinę?

 

Paweł Królikowski: Dużej rodziny nie planowałem. Ona powstała z… woli Bożej. Z żoną (Małgorzata Ostrowska-Królikowska – telewidzom znana z roli Grażynki Lubicz w serialu „Klan” – przyp. red.) zawsze chcieliśmy mieć dzieci. Teraz nawet nie umiałbym powiedzieć, jak to było, zanim na świecie pojawili się Antek, Jasio, Julcia, Marcelina, Ksawery. Narodziny każdego dziecka traktowaliśmy jako najlepszą rzecz, jaka nas spotkała. Świat jest niedoskonały, a dzieci jawiły się nam jako dar Pana Boga, w którym jest i miłość, i piękno, i mądrość.

 

Nigdy Pan się nie obawiał, że nie podoła temu wyzwaniu?

 

Jak rodziły się dzieci, to zawsze spotykało nas coś dobrego. Moja żona Małgosia jest bardzo silną kobietą, nie boi się wyzwań. Zawsze uśmiechnięta i aktywna, ani na moment z powodu macierzyństwa nie zrezygnowała z pracy zawodowej. Tylko raz, gdy urodził się Antek, skorzystała z urlopu wychowawczego. I to Małgosia dała mi naukę, kiedy zastanawiałem się, jak sobie z tym wszystkim poradzę: „Ufaj Panu Bogu i wszystko będzie dobrze”.

 

Duża rodzina to duża odpowiedzialność…

 

Człowiek musi stawiać czoło wyzwaniom i podejmować obowiązki. Choć – nie lubię używać słowa „obowiązki”. To, kim jestem, i wszystko, co robię dla rodziny, wynika ze mnie, a nie z musu, że mam zarobić, zbudować, wychować. Z tego mojego „ja” wynika mój świat. Wszystko, co mi się udało w życiu zrobić, łącznie z moją osobą, jest do podzielenia. Nie można tego roztrwonić. Dostałem w życiu bardzo dużo, uważam się za osobę szczęśliwą. Ale na szczęście trzeba pracować każdego dnia. Niestety, efekty nie są zależne tylko od nas. Można bardzo chcieć, bardzo się starać i nic z tego może nie wyjść. Też mieliśmy szare momenty w naszym życiu, nawet ciemnoszare.

 

Czy w takich chwilach szuka Pan ratunku w modlitwie?

 

Modlitwę uważam za coś osobistego, intymnego. Nie mam natury misjonarza. Wiem, że każdy katolik powołany jest do apostolstwa, ale ja nie będę nikogo ciągnął za rękę i pokazywał, w którą stronę ma iść. Dla mnie światło, które pochodzi od Pana Boga, jest tak wyraźne, że trudno go nie zauważyć. Jak ktoś tego nie widzi, to może został oślepiony. Może też zbyt wnikliwie się przygląda i dlatego tego nie dostrzega.
Życie jest kolorowe. Niektóre z tych kolorów mogą nam się podobać, inne nie, ale tylko w całości mają one sens. Człowiek nie może wybierać tylko tego, co lubi, bo to byłoby jak tory, których nikt nie łączy.

 

Jaką ma Pan receptę na przezwyciężanie problemów?

 

Recept na życie nie będę dawał, bo nie czuję się do tego uprawniony. Tym bardziej teraz, kiedy za naszą wschodnią granicą dzieją się rzeczy, jakie się dzieją. To jest poza zasięgiem decyzji zwyczajnego człowieka. Mam nadzieję, że czujność tych, którzy nami rządzą, nie jest uśpiona.

 

Jak wygląda codzienne życie w Pańskiej rodzinie, czy dzielicie się obowiązkami?

 

Bardzo dobrze byłoby, gdyby istniał świat męski i kobiecy. Z punktu widzenia mężczyzny byłoby to bardzo wygodne – po powrocie do domu łakomym okiem rozglądać się, gdzie obiad, mieć wszystko wyprane, wyprasowane. My dzielimy się obowiązkami w sposób naturalny – co kto może, to robi. Jeśli moja żona wychodzi o 6 rano do pracy i wraca o 21, to ja zajmuję się dziećmi, robię śniadanie, zakupy. Innym razem jest odwrotnie. Ale, oczywiście, są sprawy przypisane Małgosi i takie, które należą do moich obowiązków. Bliższe mi są np. kwestie wychowawcze dotyczące chłopców, a Małgosi – dziewczynek. O czym ja mogę gadać z dorastającymi pannami – szesnastolatką i trzynastolatką? Muszę się przyznać, że jestem tatusiem misiem, z którym mogą zrobić wszystko.

 

Czyli nie jest Pan zwolennikiem surowego wychowywania dzieci, synów również?

 

Nie, zdecydowanie nie mam jakichś wzorców, reguł wychowywania dzieci. Trzeba je po prostu kochać. Być uważnym, uczyć je dobrego, przestrzegać przed naiwnością. Przekazywać im jak najwięcej z własnego doświadczenia. I nigdy nie uczyć złych rzeczy, bo to się obraca przeciwko nauczycielom. Nieraz to obserwowałem. Jak ojciec jest np. złodziejem i uczy tego fachu swojego syna, to prędzej czy później syn potraktuje go jako tego, którego można złupić.

 

Czy wpływa Pan na decyzje swoich dzieci dotyczące ich przyszłości zawodowej?
(Najstarszy syn Antoni jest aktorem, młodszy Jan pisze muzykę – przyp. red.).

Żyją w rodzinie aktorskiej, trudno, żeby nie nasiąknęli tą atmosferą. W domu dużo się mówi na temat pracy, tego, co jest nam najbliższe. A praca jest jednocześnie naszą pasją, czymś, co chcieliśmy w życiu robić. Dzieci, jak widzą, że ktoś poświęca pracy tyle energii, że czerpie z tego radość, mimo że nie brakuje rozterek, że ta praca ma jakąś amplitudę, że nie jest nudna jak wkręcanie śrubek w zakładach Forda sto lat temu – to same dokonują wyborów.

 

Pański syn Antoni brał udział w Wielkim Teście z Historii – teleturnieju emitowanym na żywo na antenie TVP1 – i wykazał się nie tylko refleksem, ale i dużą jak na młodego człowieka wiedzą. Czy to zamiłowanie wyniósł z domu?

 

Wychowanie patriotyczne wynika z pewnych wartości, o których mówiliśmy wcześniej. Rodzina, dom, szacunek dla starszych, znajomość kraju, miasta, w którym się mieszka, swoich współbraci. Poczucie obowiązku wobec ojczyzny jest bardzo istotne, to człowieka buduje, począwszy od języka, w którym wypowiada pierwsze słowa, książeczek, które czyta. Dowiaduje się, że ten naród potrafi robić piękne rzeczy. To jest dziedzictwo, z którego może czerpać, ale też musi o nie dbać, żeby nie zostało zmarnowane. Najważniejsze rzeczy, które młody człowiek powinien wynosić z domu, to szacunek do najbliższych – mamy, taty, rodzeństwa, później do swoich rodaków. Jeśli słuchając przedszkolnego wierszyka: „Kto ty jesteś?”, czuje ścisk w gardle, to znaczy, że ma to dla niego jakąś wartość.

 

To dlaczego tylu młodych wybiera emigrację?

 

Ojczyzna też musi coś dziecku dawać, nie tylko dostojność, łopot flagi. Młody człowiek musi mieć przekonanie, że tu, w tym miejscu, będzie szczęśliwy. Będzie miał pracę, dom, będzie mógł założyć rodzinę i ją utrzymać. Nawet jak zrobi coś złego, będzie mógł liczyć na to, że ktoś poda mu rękę i z tej złej drogi go sprowadzi.

 

Zaangażował się Pan wraz z żoną w promocję Ośrodka Pomocy dla Prześladowanych Chrześcijan, który powstaje na Podkarpaciu. To chyba najmniej znana sfera Pańskiej działalności…

 

Byłem tam tylko raz, w ubiegłym roku, choć pod tą ideą podpisuję się obiema rękami. Dla mnie jest to niepojęte, że można być prześladowanym tylko za to, że się chodzi do kościoła. Tym bardziej że dotyka to ludzi w najbiedniejszych rejonach świata. Ich świątynie to często lepianki kryte strzechą, gdzie zamiast ozdobnego ołtarza jest tylko prosty krzyż. Inne religie w dzisiejszym świecie są dużo bardziej ekspansywne, agresywne. Nie tylko jako chrześcijanin, katolik, ale po prostu jako człowiek uważam, że każdy ma swoje miejsce. Jak siedzisz na ławce, a ktoś przychodzi i cię spycha, bo mu się nie podoba, że siedzisz, to jest to bardzo nie w porządku. Miejsce na ziemi jest dla każdego z nas, musimy tylko umieć żyć razem. Budować życie, żeby było znośne, ale nie kosztem innych.

 

* * *

Paweł Królikowski, twórca programów telewizyjnych, aktor filmowy i teatralny, największą popularność zdobył jako Kusy z serialu „Ranczo”, prywatnie – ojciec sześciorga dzieci.

http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/lifestyle/art,462,na-szczescie-trzeba-pracowac.html

******

Odróżnić prawdziwą osobę od wyobrażenia

Izabela Cąpała, Justyna Adamczyk / br

(fot. shutterstock.com)

Na początku relacji nie widzimy siebie realnie, takimi jakimi w rzeczywistości jesteśmy. I z tego mogą wyniknąć problemy.

 

Justyna Adamczyk: Czy są jakieś prawidłowości, które decydują o tym, dlaczego ktoś się nam podoba, dlaczego się w kimś zakochujemy?

 

Izabela Cąpała: Psychologowie prześcigają się w teoriach dotyczących takich prawidłowości, na ich temat powstało już mnóstwo książek, artykułów i opracowań. Mnie się jednak wydaje, że nie można udzielić jednej, uniwersalnej odpowiedzi mającej zastosowanie w każdej sytuacji, dla każdej osoby. Trochę generalizując, można powiedzieć, że większość z nas ma pewne ukryte wyobrażenia o potencjalnym, idealnym partnerze, które wynosimy z przeszłości, z obserwacji relacji rodziców, z filmów, czy z własnych doświadczeń. Później one w nieuświadomiony dla nas sposób rzutują na to, w kim się zakochujemy.
Na początku znajomości z osobą drugiej płci zwracamy uwagę najczęściej na dwa elementy – pewne podobieństwa występujące między nami oraz atrakcyjność fizyczną. Podoba się nam czyjś uśmiech, długie włosy, piękna figura lub mamy wspólne zainteresowania, studiujemy na jednej uczelni, łatwo odnajdujemy wspólny język i to powoduje, że zaczynamy się sobą interesować… Z jednej strony jest to piękne, gdyż z tego mogą rozwinąć się wspaniałe związki, z drugiej jednak wiąże się to też z pewnymi zagrożeniami dla nas. Warto uświadomić sobie, że my na początku nigdy nie zakochujemy się w drugiej osobie, ale w swoich myślach, którym przypisujemy określone imię i twarz.
Gdy spotykamy osobę, która przynajmniej z wyglądu odpowiada naszym ukrytym wyobrażeniom, to potem na ich podstawie zaczynamy przypisywać jej także określone cechy charakteru, które ma nasz wymarzony „ideał”. Załóżmy, że podoba mi się jakiś umięśniony mężczyzna, który z wyglądu przypomina bohatera mojego ulubionego filmu. Ja na tej podstawie mogę przypisać mu także cechy tego bohatera, czyli na przykład nabrać przekonania, że on będzie opiekuńczy i przedsiębiorczy. Albo widzę fajną dziewczynę, która uprawia sport, i wyobrażam sobie, że ona w przyszłości będzie troskliwa, będzie wprowadzać dużo pozytywnej energii i radości do naszego wspólnego domu, ponieważ z tym kojarzy mi się aktywność fizyczna.
Bywa też tak, że tym, co stoi za tworzeniem własnego obrazu drugiej osoby, jest wielkie pragnienie bycia z kimś. Ta potrzeba może być tak silna, że gdy spotykamy kogoś, kto wykaże nami zainteresowanie, lub kogoś, kto choć trochę się nam spodoba i znajomość będzie rokować nadzieję na to, że będzie mogła się rozwinąć, to wyidealizujemy tę osobę i będziemy projektować na nią nasze marzenia o doskonałym związku.
Niestety, nasze wyobrażenia przeważnie okazują się później niezgodne z tym, kim w rzeczywistości jest osoba, z którą weszliśmy w związek. Oczywiście nie jest to reguła, zdarza się, że czasami dobrze „trafiamy”, że z czasem przekonujemy się, że ta druga osoba być może nie ma wszystkich cech, jakie jej przypisaliśmy, ale za to ma inne zalety, które nas pozytywnie zaskakują. Niemniej jeszcze raz podkreślę, że to jest coś, na co musimy bardzo uważać – my nie widzimy na początku siebie realnie, takimi jakimi w rzeczywistości jesteśmy. I z tego mogą wyniknąć problemy.

 

Przychodzą do mnie czasem zwaśnione pary, które proszą, bym pomogła im ratować ich związki. Prawie zawsze powtarza się ten sam schemat: oni już dawno zapomnieli o tym, co im się w sobie podobało, mówią do mnie: „Jak mam dalej ją kochać? Przecież to jest zupełnie inna osoba niż ta, która mi się kiedyś podobała”. Tyle że to nie jest inna osoba, ona jest cały czas ta sama. Tylko to jej małżonek dopiero po pewnym czasie bycia z sobą, gdy emocje zakochania trochę opadły, zaczął dostrzegać ją taką, jaka ona jest w rzeczywistości.
Wspomniała Pani o tym, że tym, co nas do siebie przyciąga, są pewne podobieństwa. Bardzo popularna jest jednak też odwrotna teoria mówiąca, że przyciągają nas do siebie przeciwieństwa. Na przykład grzecznej, spokojnej, cichej dziewczynie może podobać się chłopak, który będzie typem wielkiego imprezowicza. W której teorii jest więcej prawdy?

 

Myślę, że na samym początku, jak poznajemy drugą osobę, tym, co przyciąga naszą uwagę, są podobieństwa. Potrzebujemy mieć jakiś element zaczepienia, na bazie którego możemy zacząć rozwijać naszą znajomość. Gdy tylko będziemy mieli jakieś wspólne zainteresowania, wspólną pasję, na przykład oboje będziemy lubić uprawiać sport, czy tańczyć, to będzie stwarzało nam to możliwość spędzania czasu razem i dawało nam tematy do rozmowy.
Natomiast rzeczywiście może być tak, że równocześnie obok podobnych zainteresowań, będziemy poszukiwać u drugiej osoby także pewnych cech charakteru, które będą przeciwstawne do naszych. Przeważnie za tym znowu będą stać nasze wyobrażenia, tyle że już nie tylko na temat wymarzonego „ideału”, ale też nas samych. Jeśli myślę o sobie, że jestem wycofana, nieśmiała, introwertyczna, czuję, że brakuje mi otwartości, łatwości w nawiązywaniu kontaktów z innymi ludźmi, to bardzo możliwe, że będę chciała wybrać sobie partnera, który będzie – przepraszam za słowo – nosicielem cech, które będą wobec moich komplementarne. Nieświadomie mogę poszukiwać „wybawiciela”, który sprawi, że w przyszłości poczuję się lepiej i pewniej. Tyle że znów te wyobrażenia na temat drugiej osoby oraz na nasz własny temat nie muszą być zgodne z rzeczywistością.
Mężczyzna, który na wszystkich imprezach uchodzi za tak zwaną duszę towarzystwa, zabawiając wszystkich i opowiadając dowcipy, może wydawać się nam silny, zaradny, przedsiębiorczy, możemy być przekonane, że on w przyszłości zapewni nam byt, zaopiekuje się nami. Tylko że potem, gdy jesteśmy parą już od roku czy od dwóch, zaczynamy dostrzegać, że on sam w życiu także ma różne problemy, wcale nie jest taki przedsiębiorczy, zaradny i troskliwy, jak się nam wydawało, i bynajmniej nie podaje nam herbaty do łóżka, kiedy jesteśmy chore.
Można powiedzieć, że im „dalej w las”, tym bardziej stykamy się z prawdziwą osobą. I jesteśmy rozczarowani, czujemy się oszukani, bo ta druga osoba nie jest taka, jaka była kiedyś. Tylko czy ona rzeczywiście taka była, czy my tylko sobie ją w określony sposób wyobrażaliśmy? Myślę, że zawsze powinniśmy sobie postawić pytanie: z kim właściwie jestem?

Czy ze swoimi wyobrażeniami na temat drugiej osoby, czy z realną osobą, która ma też różne wady, która nie zawsze sobie ze wszystkim radzi?
Chciałam też zwrócić uwagę na to, że – tak jak powiedziałam przed chwilą – nie tylko wyobrażenia o drugiej osobie, ale także i te wyobrażenia o nas samych mogą być fałszywe. Możemy na przykład, tak jak w przytoczonym wcześniej przykładzie, być nieśmiali, czuć się niepewnie w obcym towarzystwie i wyobrażać sobie, że potrzebujemy „ratownika”. Tymczasem to wcale nie musi być prawdą, możemy sobie nie uświadamiać, że mamy w sobie inne cechy, które będą sprawiać, że w przyszłości będziemy fantastycznymi mężami, żonami, ojcami, matkami i że mamy naprawdę bardzo dużo do zaoferowania drugiej osobie.
Już trochę o tym powiedzieliśmy, ale sądzę. że warto to rozwinąć: skąd się biorą te nasze wyobrażenia? Czy możemy coś zrobić, aby one nami nie rządziły?

 

W każdy nowy związek wchodzimy ze schematami, jakie wynieśliśmy z domu rodzinnego, z poprzednich związków i innych swoich doświadczeń. Gdy pracuję z osobami, które mają problemy „związkowe”, staram się im pomóc uświadomić, jaki schemat ich uwiera, co takiego doświadczyły we wcześniejszych związkach oraz przede wszystkim w relacjach z rodzicami, co ma przełożenie na ich obecną postawę. Dopóki w jakiś sposób nie zobaczymy siebie, swoich wyobrażeń, swoich oczekiwań i ich nie odstawimy, będziemy mieli trudność z tym, aby nawiązać kontakt z prawdziwą osobą, będziemy ciągle kręcić się w wymyślonym schemacie. Potrzeba więc indywidualnej pracy nad sobą, aby zrozumieć, kim jestem, z czym wchodzę w życie, co mnie ukształtowało.

 

Czyli podsumowując, można powiedzieć, że zanim wejdziemy w relację z drugą osobą, powinniśmy najpierw popracować nad poznaniem siebie?

 

Oczywiście, idealnie byłoby poznać i zrozumieć siebie, myślę jednak, że nie zawsze jest to w pełni możliwe. Nie chodzi też o to, byście obowiązkowo przed rozpoczęciem związku wybierali się na terapię do psychologa (śmiech). Chciałam Was jedynie zachęcić do tego, byście wchodząc w nowe relacje, byli ostrożni, mieli świadomość, że nasze wyobrażenia co do drugiej osoby nie muszą być prawdą, że ta druga osoba zawsze jest żywym człowiekiem ze swoimi wadami, problemami, ranami, a nie naszą wyidealizowaną projekcją. I co za tym idzie, byście się starali poznawać takimi, jakimi jesteście naprawdę, by decyzje o wchodzeniu na poważniejsze etapy związku (wyznanie miłości, narzeczeństwo, małżeństwo) były poprzedzane długimi, szczerymi rozmowami o swoim życiu, wyznawanych wartościach, wizjach małżeństwa i rodziny oraz wspólnym przejściem choć przez kilka trudnych sytuacji, które są momentem weryfikacji cech drugiej osoby. A jak już się dobrze poznacie, byście zadali sobie pytanie: czy jestem gotowy kochać tę realną osobę z wszystkimi jej zaletami i wadami?

 

Wiecej w książce:

 

LABORATORIUM MIŁOŚCI TOM 1 PRZED ŚLUBEM

red. Zigniew Kaliszuk

http://www.deon.pl/slub/narzeczenstwo/art,47,odroznic-prawdziwa-osobe-od-wyobrazenia.html

******

Trzeba mieć odwagę iść naprzód

Monika Burczaniuk

Anna Golędzinowska-Doto

Była gwiazdą telewizji, modelką, ulubienicą włoskiej publiczności. Przez lata uczestniczyła w pokazach światowej sławy projektantów. Była narzeczoną Paolo Enrico Beretty, siostrzeńca Silvio Berlusconiego. W 2011 roku ukazała się jej książka „Ocalona z piekła” –  bestseller, w którym opisała historię swojego życia. Pod wpływem nawrócenia zostawiła dotychczasowe życie i zamieszkała w Medjugorie. Dziś jest szczęśliwą mężatką, a także prezesem i założycielką włoskiego Ruchu Czystych Serc, w którym już 9000 młodych ludzi złożyło przysięgę czystości przedmałżeńskiej. W kwietniu ukazała się jej najnowsza książka „Z ciemności do światła”. Z Anią Golędzinowską Doto rozmawia Monika Burczaniuk.

 

Monika Burczaniuk: Biskup Dajczak we wstępie do Twojej książki napisał, że niebezpiecznie przybywa ludzi „głodnych miłości”. Co to znaczy? To źle, że ludzie szukają miłości?

 

Ania Golędzinowska: Dzisiaj wiele osób szuka miłości, ale w zły sposób. Ludzie pomylili dzisiaj namiętność i pożądanie  z miłością. Ja też tak robiłam, zmieniałam chłopaków i za każdym razem mówiłam, że to wielka miłość, na zawsze. Póki trwała – miesiąc, potem się kończyła i była następna miłość na zawsze. Pan Jezus mówi nam czym jest prawdziwa miłość w przykazaniu: „Miłujcie się nawzajem, tak jak Ja was umiłowałem.” (por.  J 15,12). To znaczy, że miłość ma być na pierwszym miejscu. Jak mamy kochać? „Tak jak Ja was umiłowałem”. I pokazuje nam Krzyż. To jest prawdziwa miłość, jeżeli wy jesteście w stanie oddać życie za drugą osobę. A diabeł ma dziś swoje przykazanie miłości, które żeby nas wszystkich przechytrzyć jest bardzo podobne do przykazania danego nam przez Pana Jezusa. Diabeł dzisiaj trąbi wszędzie: „Miłujcie się nawzajem. Z kim chcecie, gdzie chcecie, kiedy chcecie. Nieważne co robicie z waszą miłością, czy komuś zadajecie cierpienie, nieważne czy chłopak z chłopakiem, czy dziewczyna z dziewczyną. Ważne, żebyście wy byli szczęśliwi.” I to jest przykazanie miłości diabła, którym próbuje nas dziś zmylić. Dopóki miłość nie mówi językiem ofiary ja jestem w stanie oddać za ciebie nawet życie, to nie jest prawdziwa miłość, a puste gadanie.

 

„Z ciemności do światła” to książka, w której zachęcasz do życia w czystości, jednak często ludzie kojarzą czystość tylko z dziewictwem, a przecież ta wartość dotyczy także małżeństw.

 

Czystość wiadomo, że jest przedmałżeńska, ale też po ślubie. Po ślubie znaczy bardziej wierność, szacunek i czasami też wstrzemięźliwość seksualną. W czystości nie chodzi tylko o sferę seksualną np. ktoś może być dziewicą, ale jak jest arogancki, chamski, nienawidzi ludzi i robi im krzywdy to nie jest wcale czysty. My się akurat opieramy na tej czystości ciała, przede wszystkim młodzież robi przysięgi czystości przedmałżeńskiej, że nie będą się z nikim kochać aż do ślubu. W mojej nowej książce jest właśnie takie świadectwo. Roberto, który mówi, że on się kocha codziennie ze swoją dziewczyną. Mimo, że nie są małżeństwem. Ale w jaki sposób? Głaszcząc ją po włosach, trzymając ją za rękę, dając jej czułość, szacunek. On mówi, że te emocje dla niego są o wiele piękniejsze i większe niż te płynące z uprawiania seksu. Bo seks daje chwilową przyjemność, a emocje zostają w sercu na zawsze. I to jest piękne, także kochajcie się! (śmiech)

 

W Polsce mówi się, że media to czwarta władza. Tymczasem Ty mówisz, że mediami rządzi garstka ludzi, a podczas podróży po świecie spotykasz ludzi, którzy są zwolennikami tradycyjnych wartości, nie tych, promowanych w show biznesie. Jak to jest?

 

Ja poznałam osoby, które są na wysokich szczeblach, rządzą mediami – gazetami, telewizjami. I to jest właśnie taka niewielka grupa ludzi, którzy zarządzają. Siadają przy stoliku i manewrują całym światem. Namawiają też do przyjęcia jako normalne rzeczy, które normalne nie są. I ludziom się wydaje, że wszyscy tak myślą, ale tak naprawdę to jest wpływ tej garstki ludzi, która to pilotuje. To nieprawda, że media są czwartą władzą. Są pierwszą, bo i politycy i przedsiębiorcy i biznesmeni…Wszyscy się boją dziennikarzy! Bo dziś jeśli dziennikarz w telewizji powie o tobie coś nie tak to potem ludzie będą myśleli, że to jest prawda. Także dziś rządzącymi są media i dziennikarze.

 

Mówisz, że każdy ma swoją drogę. Twoja była naprawdę wyboista, nie miałaś nigdy pretensji do Boga?

 

Wcześniej nie mogłam mieć pretensji, bo ja Pana Boga w ogóle nie znałam. Mój Kościół skończył się na Pierwszej Komunii Świętej. Poszłam, bo wszyscy szli, chociaż tak naprawdę nie wiedziałam dlaczego. Nie znałam Pana Boga, a potem jak już Go poznałam, nie mogłam mieć pretensji, bo zdałam sobie sprawę, że to wszystko co mi się zdarzyło, musiało się zdarzyć, żebym dziś mogła być osobą, jaką jestem. Może mogło być inaczej, ale Pan Bóg wie wszystko, od początku do końca. Tak musiało być.

 

Jaki jest Bóg, którego Ty poznałaś?

 

Przede wszystkim miłosierny. Mnie się nie podoba, że tutaj w Polsce wciąż jest takie straszenie Panem Bogiem, grzeszniku pójdziesz do piekła! A to jest wielka bzdura, bo do piekła się nie idzie, jeśli się samemu nie chce. Papież Franciszek ostatnio powiedział, że możemy być pewni tylko Lucyfera, że jest w piekle, nie możemy być pewni obecności nikogo innego.  Bo Pan Bóg do samego końca czeka, chce cię uratować i czeka na otwarcie twojego serca, żebyś tylko poprosił o pomoc. On tam jest i cię przyjmie. On nas kocha tak bardzo, że dał nam wolność. Mamy wolny wybór. Chcemy brać narkotyki? Możemy brać narkotyki.  Chcemy uprawiać seks przed ślubem? Możemy uprawiać seks przed ślubem. Możemy robić co chcemy. Jesteśmy wolni, ale On nam mówi: „słuchaj, ja Cię bardzo kocham. Postępując tak – nie będziesz szczęśliwy. Ja Ci wskazuję drogę do prawdziwego szczęścia, do prawdziwego pokoju, żebyś mógł znaleźć prawdziwą Miłość, ale pamiętaj, że jesteś wolny. Nie możesz mnie tylko prosić o to, żebym powiedział, że dobrze robisz, bo tego nigdy nie zrobię.” I to jest piękne, Miłosierny Bóg, który daje nam wolność.

 

Ty zrezygnowałaś ze sławy, jednak wiele dziewczyn marzy o tym, by znaleźć się na Twoim miejscu, w środku wielkiego świata.

 

Ja tam  byłam i mówię Wam, że tam nic dobrego nie ma. I to widać po takich osobach, jak Robin Williams czy Whitney Houston. Mieli wszystko – sławę, pieniądze, popularność na całym świecie. Mimo to odebrali sobie życie albo umarli przez narkotyki. Dlaczego? Bo tam nie ma szczęścia. Diabeł ci da wszystko. Naprawdę, da ci wszystko, ale potem odbierze ci jeszcze więcej.  I potem wpadasz w taką dziurę, gdzie chcesz sobie tylko i wyłącznie odebrać sobie życie. I to jest zwycięstwo diabła nad człowiekiem, bo on ci da wszystko tutaj na ziemi, ale potem zabierze twoją duszę.

 

W pewnym momencie chyba też zabiera wszystko na ziemi.

 

Tu można wspomnieć o tym piekle, z którego ja wyszłam. Bo piekło można przeżyć już na ziemi. Jak ty tracisz nadzieję, Światło, nie masz marzeń, nic ci nie daje satysfakcji, bo możesz mieć wszystko, jak nie wiesz, czy ktoś jest przy tobie ze względu na to, że cię lubi, czy ze względu na to co masz i kim jesteś, to jest piekło.  Wtedy jesteś sam.

 

No właśnie, miałaś narzeczonego, który mówił, że może dać ci wszystko, ale nie możesz prosić go o miłość, bo on nie wierzy w jej istnienie.

 

Tak, ale to nie był Paolo, czyli ten ostatni narzeczony. To było 8 lat temu. Ja wtedy mogłam mieć wszystko i zdałam sobie sprawę, że są rzeczy bezcenne, których nie będziemy w stanie nigdy kupić za pieniądze. Moim ratunkiem było to, że ja się urodziłam w biednej rodzinie, zobaczyłam prawdziwe wartości w rzeczach pozornie zwykłych. Kiedy doszłam tam, gdzie doszłam, zachłysnęłam się tym fałszywym szczęściem i na parę lat mi odbiło, ale później znów zaczęłam szukać prawdy i miłości. Uświadomiłam sobie, że  nigdy nie będzie można ich kupić i że trzeba na nie zapracować inaczej. Ja nie miałam przy sobie osób, które by mnie tak naprawdę, szczerze kochały. I to też jest smutne.

 

Nawet bardzo.

 

A kiedy zostawiłam wszystko, naprawdę wszystko i pojechałam do sióstr, żyłyśmy z tego, co przynosili nam ludzie. Chodziłam bez makijażu, ubrana w szmaty, a ludzie mnie szukali, przychodzili, obejmowali mnie, przytulali. Pokochali mnie za to, jaka byłam, a nie za to kim byłam, a właściwie kogo udawałam.  To jest bezcenne,  nie da się tego kupić za żadne pieniądze.
Czyli nie tęsknisz za błyskiem fleszy?

 

Nie. Nie ma takich pieniędzy, za które wróciłabym do starego życia.

 

Mimo wszystko, ten czas w show biznesie coś Ci dał.

 

Pozwolił mi bardzo wiele zrozumieć.

 

To znaczy, że wszystko jest po coś.

 

Dokładnie. Jak się mnie pytają, czy wstydzę się tego, co tam było, to mówię, że jakbym wróciła dzisiaj do tyłu to nic bym nie zmieniła. Nic, nic, nic. Dlatego, że to wszystko jest bagażem doświadczeń, mądrości.  Czasem trzeba się pomylić, żeby nie powtarzać pewnych błędów. Także niczego się nie wstydzę. To było kiedyś moje życie i już po prostu nie chcę do niego wrócić.

 

Wielu ludzi nie potrafi się pogodzić ze swoją przeszłością, popełnionymi błędami.

 

Bo nie mają wiary! Poza tym to ludzie nie przebaczają. Wciąż wytykają, nawet rzeczy sprzed 10 lat. Do tej pory zdarzają się przypadki, że ludzie się gotują w tym co ja robiłam ileś lat temu. Osoby, które nie mogą sobie przebaczyć, niech wiedzą, że Pan Bóg już im przebaczył i że mogą zacząć naprawdę od zera, jeśli tylko chcą. I w pewnym momencie będzie to po nich spływać co inni o nich myślą, bo będą wiedzieli, że w oczach Boga są czyści. Mnie interesuje co Bóg o mnie myśli, nie inne osoby. Miejcie odwagę nie oglądać się za siebie, bo z tyłu są zawsze ogony, które trzymają albo chcą pociągnąć w stare błędy. Zawsze trzeba patrzeć tylko i wyłącznie na Światło przed sobą i iść naprzód.

 

Chciałaś napisać książkę jeszcze przed nawróceniem, ale jej początkowy kształt miał być chyba trochę inny?

Jak  „Pan Bóg użył Twojej pychy”, jak to sama określiłaś?

 

Książka miała być o tym, że nawet jak jest się biednym i brzydkim, ale ma się marzenia, można je zrealizować. Wszyscy mi mówili, że biedni nie zasługują na marzenia i że ja nie będę mogła ich spełnić, bo jestem z biednej rodziny. I ja chciałam pokazać światu, że można. To było moje przesłanie, jak dochodzi się do sukcesu. Bóg zauważył moją pychę i postanowił przekształcić ją w coś dobrego. Wykorzystał chęć wydania książki, żeby mnie „zawieźć” do Medjugorie. Pojechałam z moim wydawcą i tam moje życie się zmieniło.

 

W Medjugorie po 15 latach wyspowiadałaś się „jak trzeba”, a ksiądz powiedział Ci, że jesteś gorsza od Marii Magdaleny.

 

Tak, ksiądz zapytał mnie czy wiem, kto to jest Maria Magdalena. Ja wtedy myślałam, że jest prostytutką. Tak naprawdę, jest napisane w Ewangelii, że była cudzołożnicą i że została uwolniona od siedmiu demonów. To może też znaczyć, że była kobietą, która zdradza. Ja odpowiedziałam, że tak wiem, a on powiedział „Ty jesteś gorsza”.

 

Przyznaj, że to może zrazić.

 

Niektórych może zrazić, ale wielu potem się zastanawia. Tak jak ja. Pomyślałam sobie: „Jakim prawem on sobie pozwala mnie tak nazywać!? Przecież ja nie chodzę z nikim za pieniądze!”, ale zaczęłam o tym myśleć i zdałam sobie sprawę, że zachowywałam się jak prostytutka. Niestety, jak większość dziewczyn dzisiaj. Prostytutka to nie jest tylko ta, która chodzi z kimś do łóżka za pieniądze, bo są różne powody takiego postępowania. Czasem te kobiety przeżywają prawdziwe dramaty, są do tego zmuszone. Dziś prawdziwe prostytutki chodzą do łóżka z chłopakami dla mody, dla przyjemności. Bo tak im się podoba. Ja zmieniałam chłopaków jak rękawiczki, a potem mówiłam, że szukam szacunku i miłości. Sama nie szanowałam siebie i  swojego ciała, nie kochałam siebie, więc jak mogłam znaleźć szacunek i miłość u innych? No nie mogłam. Dlatego jestem za takimi księżmi, którzy mówią bez owijania w bawełnę. Wtedy moje serce było z kamienia, a jemu udało się je ruszyć. Gdyby on mi wtedy powiedział „Nie bój się figliola (córeczko), wszystko jest ci wybaczone” to ja bym sobie pewnie nawet nie zdała sprawy, że nieczystość może być grzechem.

 

To ta spowiedź tak na Ciebie wpłynęła, że po powrocie do Mediolanu przez rok nie mogłaś się odnaleźć?

 

Nie, to Droga Krzyżowa i  głos, który mówił mi, że muszę przebaczyć. Kiedy udało mi się powiedzieć „wybaczam wam”  poczułam, jakby moje serce rozpadło się na tysiące kawałków, jakbym schudła 20 kg!  I od tamtej pory coś się zmieniło. Myślę, że kiedy moje serce zostało opróżnione, mogła w nie wejść i zacząć pracować łaska Boża. My wiele razy prosimy o łaski, ale kiedy mamy serce pełne śmieci to nie ma miejsca na te łaski. Wróciłam do Mediolanu, ale nie mogłam się odnaleźć. Chodziłam jak naćpana (śmiech), a tak naprawdę byłam wypełniona łaską Pana Boga.

 

Później na 3 lata zamieszkałaś w Medjugorie z siostrami zakonnymi , które przedstawiły Ci Twojego męża, jak to było?

 

On zobaczył w Internecie moje świadectwo, wsiadł w pierwszy lepszy autobus i przyjechał do Medjugorie, żeby mnie poznać. W miasteczku, gdzie mieszkał również jest klasztor, więc siostry go znały. I jedna z nich powiedziała: „Ania, moim zdaniem wy moglibyście być fajną parą”.  Ja jeszcze wtedy byłam z Paolem Berettą i odpowiedziałam jej, że on mi się w ogóle nie podoba i nigdy w życiu! A ona: „A ja się będę modlić” (śmiech). No i tak wymodliła. Po dwóch latach poprosiłam, żeby się przenieść z Medjugorie, bo mieszkając tam, dla mnie łaska, którą ludzie tam dostają, stała się codziennością, czymś normalnym. Ja patrzyłam na tych ludzi, którzy przyjeżdżają zachwyceni i im zazdrościłam, bo już nie miałam tego entuzjazmu, światła. Zdałam sobie sprawę, że to nie chodzi o to, że ty masz mieszkać w Medjugorie, ale masz je zawieźć do swojego domu i pokazać, co to jest wiara. Poprosiłam o przeniesienie do innego klasztoru i one mnie przeniosły… akurat do tego miasteczka, gdzie był mój mąż. Będąc tam zaczęliśmy razem wychodzić i tak jakoś wyszło (śmiech).

 

A co z Paolo?

 

Paolo w ogóle jest bardzo dobrą osobą. Dlaczego nie chciałam za niego wyjść? Dlatego, że jakbym wyszła za niego, musiałabym wyjść za całą tą rodzinę. A tam, sam o niczym nie decydujesz. Jeśli chcesz wziąć jakieś pieniądze, niezależnie czy jest to 5 czy 50 000 euro, idziesz do sekretarza i on ci je wydaje. Wszyscy ci mówią, gdzie możesz iść, jak masz się ubrać. Ja nie jestem przyzwyczajona, żeby ktoś rządził moim życiem. Paolo przyjeżdżał do mnie do Medjugorie. Raz nawet został z nami 2 tygodnie. Uczestniczył w życiu wspólnoty, jadł, modlił się, pracował. On chodzi co niedzielę do kościoła, ale jak ja go poprosiłam, żebyśmy wspólnie coś zrobili, żebyśmy otworzyli jakąś wspólnotę dla młodzieży, gdzie będziemy się  razem modlić, on tego nie przyjął. W międzyczasie poznałam Michele.  Kiedy Paolo przyjechał do Medjugorie, powiedziałam mu, że poznałam takiego chłopaka i że on poprosił mnie o rękę. Paolo mnie wtedy zapytał „dlaczego”. Powiedziałam mu, że dlatego, że chciałam z nim zrobić wspólny projekt, ale on nie chciał, a ja nie chcę wracać do Mediolanu. I on wtedy powiedział, że wtedy nie zrozumiał i nie wiedział, że o to mi chodzi. I gdyby zrozumiał to stworzylibyśmy to razem. Oczywiście już było za późno. Oboje mieliśmy łzy w oczach i on wtedy powiedział: „Ania, ty tyle się w życiu nacierpiałaś, że zasługujesz na prawdziwe szczęście, więc życzę ci, żeby ta osoba cię szanowała i żebyś miała to prawdziwe szczęście, którego szukałaś”. Nigdy bym się nie spodziewała, że on mi powie coś takiego. Zresztą do tej pory mamy kontakt. Wiem, że mogę na niego liczyć. To jest osoba, która zawsze będzie moim przyjacielem.

 

A jak było ze sprzątaniem łazienek w klasztorze?

 

Kiedy przyjechałam do wspólnoty powiedziałam siostrze, że mogę robić wszystko, tylko nie sprzątać łazienki. Na co ona odpowiedziała: „Tak? Jeśli chcesz tu zostać, jesteś odpowiedzialna za wszystkie łazienki w całej wspólnocie”. Od tamtej pory zmywałam wiele łazienek, ale miałam dużo czasu na myślenie.(śmiech) Szorując je myślałam o mojej duszy, tak jakbym szorowała ją z tegogrzechu, który tkwił tam przez lata. Dobre ćwiczenie, spróbuj! J

 

Wracając do Twojego zamążpójścia. Co polecasz dziewczynom, które bezskutecznie szukają drugiej połowy?

Zakon? (śmiech)

 

Ja tak znalazłam. Także dziewczyny, jeśli nie możecie znaleźć drugiej połowy spróbujcie iść na parę lat do zakonu, może siostry przedstawią wam męża?

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,1830,trzeba-miec-odwage-isc-naprzod.html

 

*****

Nawrócenie to przebudzenie

Dariusz Piórkowski SJ

(fot. shutterstock.com)

„W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 3, 1-2)

Początkowa treść nauczania Jana Chrzciciela jest taka sama jak pierwsze słowa wypowiedziane publicznie przez Jezusa w tej samej Ewangelii (Mt 4,17), a także identyczna z rdzeniem przesłania  uczniów (Mt 10,8). Łączy ich wspólne orędzie o bliskości królestwa niebieskiego, które ma zachęcić ludzi do nawrócenia. Jednakże pomiędzy Janem a Jezusem istnieją znamienne różnice rozumieniu królestwa, a co za tym idzie motywów nawrócenia.
Nowy Testament nie podaje nam jednej definicji nawrócenia, lecz raczej wyraża tę rzeczywistość w wielu obrazach: odwrócenie się od złego i grzechu (kobieta obmywająca nogi Jezusa), mistyczne doświadczenie Chrystusa (św. Paweł), reorientacja życia i relacji z innymi (Zacheusz), powrót do domu ojca (syn marnotrawny), czy nagła decyzja pójścia za Chrystusem. Ponadto, greckie słowo „metanoite, które pojawia się w wezwaniach Jana, Chrystusa i uczniów, zakłada przede wszystkim gruntowną zmianę w myśleniu i uczuciach, a więc pewien fundamentalny, a nie powierzchowny zwrot.
Powyższe przykłady nawrócenia (łącznie z misją św. Jana Chrzciciela) by najmniej nie wykluczają się wzajemnie, lecz raczej się uzupełniają. W skrócie, o nawróceniu można mówić jedynie wtedy, kiedy dochodzi do wyraźnego spotkania człowieka z Bogiem, które angażuje całą osobowość, a skutki tego spotkania stają się widoczne w postępowaniu. Różne drogi prowadzą jednak do tego doświadczenia.
Wprawdzie Jan Chrzciciel mówi o bliskości królestwa niebieskiego, ale przedstawia je w zatrważających obrazach. Nadejście Boga kojarzy mu się z wymierzaniem kary, wycinaniem suchych drzew, oczyszczaniem i spalaniem plew, które wcześniej odseparowano od ziarna. Nic dziwnego, że chociaż Jan nie mówi bezpośrednio o konieczności wyznania grzechów, ludzie spontanicznie przyznają się do popełnionych wykroczeń i traktują obmycie w Jordanie jako duchowe oczyszczenie. Ta na wpół apokaliptyczna wizja porusza i budzi lęk. Któż bowiem nie chciałby uniknąć bolesnej kary?
Dalsze słowa Jana Chrzciciela potwierdzają, że w przygotowaniu drogi dla Pana nie chodzi o kosmetyczne upiększenia. Dlatego prorok z mocą gani faryzeuszów i saduceuszów za ich czysto rytualne pojmowanie nawrócenia, jakoby  wystarczyło się jedynie zanurzyć  w rzece i po kłopocie. Chrzciciel upomina ich również, że parasol ochronny w postaci przynależności do Narodu Wybranego i Abrahama na niewiele się zda. Niewątpliwie, prorokowi chodzi o zaprzestanie formalizmu, czczej religijności i bezużytecznego w tym momencie powoływania się na tradycję.
Tę powierzchowność nawrócenia dobrze opisuje również bł. John Henry Newman, stwierdzając, że “człowiek może być ‘teoretycznym wierzącym’ (także w obrębie Kościoła) nawet jeśli w gruncie rzeczy jest ‘praktycznym ateistą’”, to znaczy, osobą, która wierzy w istnienie Boga, ale żyje tak, jakby Bóg nie istniał. Taka deklaratywna wiara nie znajduje żadnego odzwierciedlenia w życiu codziennym.
Dlatego Jan Chrzciciel uczy, że głębię nawrócenia tak naprawdę najlepiej widać dopiero po jego owocach. Prorok z naciskiem podkreśla nieodzowność osobistego zaangażowania i podjęcia konkretnych kroków. Ale żeby nasze słowa, postawy i czyny rzeczywiście się zmieniły, konieczne jest pewne zachwianie podstawami naszych ludzkich aktów. Według proroka, taka terapia wstrząsowa może być zafundowana przez pobudzenie wyobraźni i uczuć.
Kiedy Chrystus zaczyna głosić Dobrą Nowinę, wydaje się, że nadaje nawróceniu głębsze znaczenie. Bardziej pozytywnie ukazuje również jego motywy. Jego słowa o bliskości królestwa niebieskiego padają w nieco innym kontekście, który, moim zdaniem, wyjaśnia co w istocie jest źródłem prawdziwego nawrócenia.
Św. Mateusz umieścił nawoływanie Chrystusa do nawrócenia tuż przed sceną powołania pierwszych uczniów nad Jeziorem Galilejskim. Jezus przybliżył się do rybaków pracujących nad brzegiem, z czego można wnosić, że owym królestwem niebieskim, będącym w zasięgu ręki, jest On sam. I co się stało? Pierwsi uczniowie nie tyle przyznali się przed Chrystusem do swoich grzechów, ale „zostawili wszystko” i poszli za Nim. Jezus nie „postraszył” ich ogniem i wiejadłem, lecz zaprosił ich do przyłączenia się do Niego. Bezpośrednie spotkanie z Nieznajomym skłoniło ich do czegoś wprost niewyobrażalnego, co potwierdza fakt, że to Bóg pierwszy dotyka serca człowieka.
Zbliżenie Chrystusa do apostołów w czasie ich codziennej pracy spowodowało poważną zmianę w ich życiu. Rybacy odstąpili od ich dotychczasowego zajęcia i opuścili swego ojca. Ewangelista pisze, że zrobili to „natychmiast”. Nie zarezerwowali sobie  czasu na długie deliberacje, rozstrząsanie argumentów, stawianie pytań. Nie odłożyli decycji na później, jak w słynnej modlitwie, którą św. Augustyn wspomina w „Wyznaniach”: „Panie, spraw, abym stał się czystym człowiekiem, ale jeszcze nie teraz”. Nadto, uczniowie jakby zawiesili swoje myślenie o tym, co będą jeść, z czego będą się utrzymywać, jaka będzie ich przyszłość. W ich sercu musiało zrodzić się zaufanie, pewien rodzaj odwagi, który popchnął ich w tym kierunku. W przeciwnym wypadku nie ruszyliby się z miejsca.
Co więcej, ich nawrócenie doprowadziło do znacznego rozszerzenia ich horyzontów. Zamiast łowienia ryb, Jezus mówi o „łowieniu ludzi”. Dotąd rybacy troszczyli się głównie o materialne potrzeby człowieka, nie wyłączając siebie samych i ich rodzin. Teraz mają pomagać ludziom w odnajdywaniu drogi do Boga, w przechodzeniu z ciemności do światłości. W pierwszym momencie ta metafora mogła zaszokować uczniów. Któż z nich mógł się spodziewać czegoś takiego?
Nawrócenie oznacza więc przekroczenie, ale nie zupełne przekreślenie, tego co było dotąd ważne. Jest wejściem na inny poziom egzystencji, który zaczyna się od osobowego doświadczenia Chrystusa. Podstawowy cel nawrócenia nie może być więc zredukowany jedynie do unikania grzechu, ale oznacza podniesienie wyżej, ku czynieniu większego dobra. Św. Paweł po swoim nawróceniu nadal był gorliwym człowiekiem, tyle że dla słusznego celu. Zamiast chronienia judaizmu i walki z „chrześcijańską” sektą, jego serce tak się rozszerzyło, że udał się aż na krańce ówczesnego świata.
Zwrócenie uwagi na bliskość królestwa niebieskiego to forma wewnętrznego przebudzenia, które otwiera oczy na istnienie dwóch światów: widzialnego i niewidzialnego, nie gdzieś w gwiazdach lub w ściśle określonych czasach, lecz w nas i obok nas. Świat zmysłów narzuca nam się z siłą wodospadu. Świadomość istnienia w świecie ducha dociera do nas bardziej w chwili nawrócenia.

 


 

Dariusz Piórkowski: „O duchowości z krwi i kości”

Tęgie głowy twierdzą, że jeśli Bóg istnieje, to mieszka w odległym niebieskim pałacu i głowy sobie człekiem nie zaprząta.

 

Ale Pismo św. mówi co innego. Najpierw, że Bóg w Chrystusie rozbił namiot w ludzkim świecie. Następnie, że wcale go nie zwinął i ciągle tu przebywa. W sercach i domach, w pracy i szkole, w rozrywce i cierpieniu. Gdybym zuchwale orzekł, że spotkanie Go na tej ziemi jest zawsze bułką z masłem, to chyba bym przesadził. Trochę trzeba się jednak potrudzić.

 

Pomagają w tym adwentowe czytania, które przypominają przewodnik w podróży. Dają wskazówki jak odczytać ślady przechodzącego Pana, jak usłyszeć Jego głos, a nawet natknąć się na Niego, gdy nieoczekiwanie przetnie nasze drogi. Bo Duch Boga to miłośnik ludzi. I raczej dobrze Mu z nami. Ciągle przychodzi, by nam o tym przypomnieć. Na różne sposoby.

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,1671,nawrocenie-to-przebudzenie.html

******

Jaka miłość jest najważniejsza?

John Templeton /br

(fot. shutterstock.com)

Człowiek, który odkrywa cud miłości, nie może i nie chce powstrzymywać się od dawania. Miłość wzmacnia się, kiedy ją dajemy, a słabnie, kiedy staramy się ją zachować.

 

Nie ma w żadnym ludzkim języku słowa, które miałoby więcej definicji niż słowo miłość. Nie ma słowa, które z większą głębią opisywano by w wierszach, sztukach teatralnych, powieściach oraz traktatach filozoficznych i teologicznych. Niezależnie jednak od tego, jak definiuje się miłość i co się o niej pisze, najważniejsze jest, co się z nią robi.
Grecy wyróżniali kilka rodzajów miłości. Eros to miłość romantyczna, która wywołuje znany ucisk w żołądku. Storge to miłość, którą odczuwa się w stosunku do członków rodziny. Phileo to miłość, którą żywi się do przyjaciół. Najważniejsza jednak jest miłość określana słowem agape.
Agape to bezinteresowna miłość, która daje sama siebie, nie oczekując niczego w zamian. Właśnie taka miłość wzrasta, kiedy daje się ją innym. Cudownym sposobem im więcej agape dajemy, tym więcej mamy jej do rozdania. Właśnie o takiej miłości mówili wielcy duchowi nauczyciele, jak Jezus, Budda, Mahomet, Laozi, Konfucjusz i inni.
Angielski pisarz Clive Staples Lewis porównał agape do narzędzi, którymi należy się posłużyć, aby wyhodować piękny ogród. Każdy ma możliwość wyboru. Można pozostawić ogród życia niepielęgnowany i pozwolić, aby zarósł chwastami, ale można też za pomocą odpowiednich narzędzi stworzyć miejsce niewyobrażalnie piękne – pełne kwiatów i warzyw. Jednym z najważniejszych narzędzi jest gotowość okazywania miłości innym ludziom.
Człowiek, który odkrywa cud miłości, nie może i nie chce powstrzymywać się od dawania. Miłość wzmacnia się, kiedy ją dajemy, a słabnie, kiedy staramy się ją zachować.
Agape to bezwarunkowa miłość, którą Bóg obdarza każdego człowieka, bez względu na jego wygląd, stan konta, iloraz inteligencji, a nawet czyny, które niejednokrotnie nie wyrażają miłości. Bóg kocha nas bezwarunkowo. I my też powinniśmy próbować tak kochać. Praktykując agape, uczymy się kochać wrogów, tolerować ludzi, którzy nas irytują, i odnajdywać coś cennego w każdym napotkanym człowieku.
Aby kształtować agape, trzeba rozwijać umiejętność szczerego wyrażania miłości tak długo, aż stanie się to naszą drugą naturą, aż będzie to czynność tak naturalna, jak oddychanie. Kiedy do tego dojdzie, miłość będzie do nas wpływać i wypływać z nas równie łatwo, jak wdychane i wydychane powietrze przepływa przez płuca. Okazywanie agape to kwestia świadomego wyboru, którego każdy człowiek może dokonać w każdej chwili. Agape bowiem nie zależy od uczuć, ale jest umiejętnością okazywania miłości niezależnie od samopoczucia. Można to porównać do ćwiczeń fizycznych. Osoba rozpoczynająca trening chodu, biegania lub podnoszenia ciężarów nie od razu zgłasza się do maratonu i nie od razu zakłada na sztangę największe obciążenie.
Satysfakcja związana z konsekwentnymi ćwiczeniami wynika między innymi z zadowolenia z osiąganych wyników i wzrostu sprawności fizycznej. Satysfakcja z okazywania agape wynika, między innymi, z zadowolenia z siebie i z innych ludzi – czyli dwóch warunków koniecznych do prowadzenia szczęśliwego życia.

 

Więcej w książce: UNIWERSALNE PRAWA ŻYCIA – Sir John Templeton

 

***

UNIWERSALNE PRAWA ŻYCIA – Sir John Templeton

Sir John Templeton, słynny inwestor z Wall Street i filantrop. Poświęcił życie na promowanie otwartości umysłu. Ufundował najwyższą na świecie nagrodę przyznawaną za wybitne osiągnięcia w badaniach duchowości człowieka.
Ludzki umysł działa w zdumiewający sposób. Za pomocą swoich myśli człowiek może kształtować rzeczywistość. Zafascynowany tym faktem John Templeton poznawał myśl filozoficzną, wypowiedzi naukowców, artystów i historyków, oraz literaturę różnych kręgów kulturowych w poszukiwaniu mądrości, która będzie stanowiła zbiór praw życia. Wybrał najlepsze z nich i ułożył w prosty, a jakże inspirujący podręcznik pozytywnego myślenia.

http://www.deon.pl/slub/duchowosc/art,36,jaka-milosc-jest-najwazniejsza.html

******

Królowa i Orędowniczka Narodu polskiego

Stanisław Łucarz SJ

Uroczystość 3 Maja skupia w sobie jak w soczew­ce najbardziej charakterystyczne cechy polskiego katolicyzmu: powiązanie Kościoła z Narodem, religii z patriotyzmem i tego wszystkiego razem z maryjnością. Jest to jedyna w świecie kombinacja, charakterystyczna tylko dla Polski. Jedni nam tego zazdroszczą, inni to krytykują, dla nas zaś jest to istotna część naszej tożsamości oraz naszej narodowej i chrześcijańskiej historii.

 

3 Maja – Uroczystość Najświętszej Maryi Pan­ny Królowej Polski jednoczy w sobie dwa potężne nurty historii Polski, wiąże z sobą dwa procesy histo­ryczne bardzo istotne dla naszego istnienia i naszej tożsamości narodowej. Pierwszy z tych nurtów znajduje swój wyraz w nazwie: święto Maryi – Królowej Polski, a drugi w dacie: 3 maja.
Pierwszy osiąga swój szczyt we Lwowie 1 kwiet­nia 1656 roku, kiedy to król Jan Kazimierz, a z nim senatorowie i szlachta, uroczystym aktem ogłaszają Maryję Matkę Jezusa Królową Polski. Ów akt kró­lewski i ślubowanie z roku 1656 nie są nagłym impul­sem czy niespodziewaną decyzją króla Jana Kazimie­rza albo też chwilowym porywem pobożności. Są owocem długiej historii i licznych doświadczeń opieki Matki Boskiej nad Narodem polskim, której jakby uwieńczeniem stało się w tamtych czasach cudowne wręcz ocalenie klasztoru jasnogórskiego przed poto­pem szwedzkim. Nie tylko dla króla, ale i dla całego Narodu stało się rzeczą oczywistą, że ma w Maryi szczególną Orędowniczkę. Dano temu wyraz w uro­czystym akcie królewskim, aby potomni nie zapomnie­li o owych dziełach, które Bóg dokonał w naszym Narodzie przez Maryję, i aby pamiętali, do kogo mają się uciekać w swoich potrzebach.

Wiemy, jaką rolę odegrało owo ślubowanie kró­lewskie w naszej historii – najpierw w krytycznym okresie zaborów, a potem w czasach nam bardzo blis­kich, w latach komunistycznego naporu, kiedy to Pry­mas Tysiącleci odwołał się do tamtych ślubowań i oddał Polskę w macierzyńską niewolę miłości Ma­ryi. Pamiętamy, ile siły dawał nam w tamtych mrocz­nych czasach wędrujący od parafii do parafii obraz Pani Jasnogórskiej. Pamiętamy też, jak ten obraz był więziony, jak wielu z nas modliło się przed pustymi ramami, jak ta Matka nas wtedy łączyła i dawała nam nadzieję na przetrwanie.

 

Drugi nurt omawianego święta związany jest z datą 3 maja. To data uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji. I ta konstytucja, podobnie jak śluby kazi­mierzowskie, nie była chwilowym przebłyskiem czy cie­kawym pomysłem, który wpadł do głowy paru oświeco­nym Polakom. Była ona ukoronowaniem pragnień i pra­cy nad odnową państwa i Narodu polskiego. W pracach tych mieli swój udział: Andrzej Frycz Modrzewski, ksiądz Piotr Skarga, Stanisław Konarski i w końcu bezpośredni twórcy tej wielkiej konstytucji. To był dojrzały owoc najzdrowszego i najpiękniejszego pro­cesu historycznego w naszym Narodzie.

Konstytucja 3 Maja – choć niewola, która spadła na nasz Naród, uniemożliwiła jej wykonanie – nie po­została bezowocna. Przez dziesiątki lat, przez ponad wiek zaborów była symbolem wielkiego trudu odzyski­wania wolności i godności, okupionego krwią i katorgą naszych ojców, trudu ciągłej odnowy moralnej i społecz­nej. Po dzień dzisiejszy jest ona symbolem. Czym byś­my byli, gdyby nie tamten dokument, który pokazuje, że nawet w najczarniejszym okresie wzmagania się naj­gorszych wad naszego Narodu: prywaty, pijaństwa i zdrady, jakże mocny jest nurt odnowy moralnej i spo­łecznej, nurt dążenia do wolności i godności.

 

W roku 1908 arcybiskup Lwowa bł. Józef Bilczewski łączy w jednym święcie te dwa nurty, a w dzie­sięć lat później w odrodzonej Polsce święto to staje się świętem ogólnonarodowym. W ten sposób Mary­ja zostaje Patronką owego przemożnego procesu w naszych dziejach, procesu wyzwolenia, odnowy i wal­ki z naszymi wadami narodowymi.
Obchodząc Uroczystość 3 Maja, patrzymy na naszą Patronkę i Królową, bo jest Ona danym nam przez Boga wzorem, przede wszystkim wzorem wiary. To o Niej mówi św. Elżbieta: Błogosławiona, któraś uwierzyła (por. Łk 1,45).

 

Jakże dziś potrzeba nam wiary! Jakże dziś po­trzeba nam mocy, którą daje wiara, aby się nie bunto­wać, lecz odnawiać Ojczyznę i siebie samych, nasze rodziny toczone przez raka naszych wad narodowych, struktury społeczne i państwowe. Nam potrzebne jest nie co innego, jak tylko odnowa serc przez wiarę – przez taką wiarę, jaką miała Maryja.

 

 

Więcej w książce Blisko Maryi

******

 

**************************************************************************************************************************************

O autorze: Judyta