Słowo Boże na dziś – 2 maja 2015r., sobota – NMP KRÓLOWEJ POLSKI – UROCZYSTOŚĆ

Myśl dnia

Wiedział, że przeznaczenie człowieka często nie ma nic wspólnego z tym,
w co się wierzy lub czego obawia... bo wiedział,
że wszystko, co się zdarza ma swój sens.

Paulo Coelho

******

Nie w szczęściu, ale w nieszczęściu człowiek może okazać prawdziwą swą wielkość i cnotę.

Fryderyk Schiller

*****
św. Atanazego, biskupa i doktora Kościoła, wspomnienie
Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej

NMP KRÓLOWEJ POLSKI – UROCZYSTOŚĆ

3-maja-2010

 

PIERWSZE CZYTANIE (Ap 11,19a;12,1.3-6a.10ab)

Wielki znak ukazał się na niebie

Czytanie z Księgi Apokalipsy świętego Jana Apostoła.

Świątynia Boga w niebie się otwarła, i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.
Ukazał się też inny znak na niebie: Oto wielki Smok ognisty; ma siedem głów i dziesięć rogów, a na głowach siedem diademów. Ogon jego zmiata trzecią część gwiazd z nieba i rzucił je na ziemię. Smok stanął przed mającą urodzić Niewiastą, ażeby skoro tylko porodzi, pożreć jej Dziecko. I porodziła Syna – mężczyznę, który będzie pasł wszystkie narody rózgą żelazną. Dziecko jej zostało porwane do Boga i do Jego tronu. Niewiasta zaś zbiegła na pustynię, gdzie ma miejsce przygotowane przez Boga.
I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: „Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca”.

Oto słowo Boże.

PSALM RESPONSORYJNY (Jdt 13,18bcda.19-20)

Refren: Tyś wielką chlubą naszego narodu.

Błogosławiona jesteś, córko, przez Boga Najwyższego *
spomiędzy wszystkich niewiast na ziemi,
i niech będzie błogosławiony Pan Bóg, *
Stwórca nieba i ziemi.

Twoja ufność nie zatrze się aż na wieki *
w sercach ludzkich wspominających moc Boga.
Niech Bóg to sprawi, *
abyś była wywyższona na wieki.

DRUGIE CZYTANIE (Kol 1,12-16)

Bóg nas przeniósł do królestwa swojego Syna

Czytanie z Listu świętego Pawła Apostoła do Kolosan.

Bracia:
Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów.
On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone.
On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie.

Oto słowo Boże.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (J 19,27)

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

Jezus powiedział do ucznia: „Oto Matka twoja”,
i od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

EWANGELIA (J 19,25-27)

Oto Matka twoja

Słowa Ewangelii według świętego Jana.

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”.
I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Oto słowo Pańskie.

KOMENTARZ
Nasza Matka

Od tej godziny, gdy Jezus z krzyża dał nam Maryję za Matkę, stała się Ona Matką całego Kościoła. Towarzyszy nam, wypraszając u swojego Syna potrzebne łaski. Nie bójmy się wzywać Maryi w sytuacjach trudnych i wymagających Bożej interwencji. Ona, która poprzez swoje posłuszeństwo względem woli Bożej zdeptała Szatana, księcia ciemności, ochrania nas, wzywających Jej pomocy, swoim niepokalanym płaszczem. Święty Bernard mówił, że nie słyszano, żeby ktoś, kto wzywał Jej pomocy, pozostał niewysłuchany.

Wzywamy Cię, Maryjo, nasza opiekunko i orędowniczko. Prosimy, bądź naszą Matką. Ucz nas doskonałej miłości do Twojego Syna i naszych bliźnich.

Rozważania zaczerpnięte z „Ewangelia 2015”
Autor: ks. Mariusz Krawiec SSP
Edycja Świętego Pawła

http://www.paulus.org.pl/czytania.html?data=2015-5-2

******

Wprowadzenie do liturgii

PASTERZE WSPÓŁCZESNEGO ŚWIATA

Współczesne mass media, przekazując informacje, równocześnie pouczają, wskazują jedynie słuszne rozwiązania, tworzą mody i zwyczaje… Ale wraz z coraz większą łatwością docierania z informacjami zanika odpowiedzialność za przekazywane treści. To media tworzą pierwszą grupę dzisiejszych „pasterzy”. A za kim ja podążam?
Uzdrowienie chromego (I czytanie) jest znakiem mocy Dobrej Nowiny. Ona przemienia życie. Uzdalnia do rzeczy niemożliwych. Uzdrawia z tego, co uznajemy za nieuleczalne. Ale Dobra Nowina wymaga przyjęcia jej z wiarą. A wiara może zaistnieć, gdy uznamy własną grzeszność i nieużyteczność zasług. Gdy przyjmiemy darmową miłość Boga, który dla naszego zbawienia wydał Swego Syna na śmierć.
Wiara nie jest bezruchem, ale daje pewność bycia dzieckiem Boga. Daje siłę do budowania Kościoła, czyli wspólnoty dzieci Bożych żyjących w miłości i jedności. Tę budowlę można wznosić wyłącznie na Chrystusie. Świat Go odrzuca, bo wiara w Niego sprawia, że wyrzekamy się pysznego zajmowania pierwszych miejsc i zarozumiałych przekonań na swój temat. Wiara uwalnia nas od służenia światowym ambicjom, które pragną w nas rozbudzać i podtrzymywać współcześni liderzy.
Dzisiejsza Ewangelia zaprasza do refleksji nad tym, za kim faktycznie idziemy, kto jest dla nas autorytetem, komu ufamy? Jest tylko jeden Dobry Pasterz. Jego wejście do owczarni i stanięcie na czele owiec dokonało się na krzyżu, gdzie pokonał śmierć. On nie straszy i nie uwodzi, ale otwiera przed nami bramy śmierci. Zwycięża w nas strach przed śmiercią. Pozwala nam kochać całym sobą.

ks. Maciej Warowny 

http://www.paulus.org.pl/czytania.html?data=2015-5-2

*****

Liturgia słowa

Stary Testament zapowiadał wielokrotnie Mesjasza, posługując się obrazem pasterza. Pan Jezus jest tym Pasterzem, Dobrym Pasterzem. Mamy zaszczyt należeć do Jego owczarni. Jezus-Dobry Pasterz nie tylko prowadzi, ale także pośród nas jest. W każdym dniu, a w sposób szczególny w czasie Mszy św., gdy chleb staje się Jego Ciałem, a wino Jego Krwią.

PIERWSZE CZYTANIE (Dz 4,8-12)

Pan Jezus polecił swoim uczniom, aby czynili to samo co On – głosili słowo Boże, uzdrawiali chorych, wypędzali złe duchy. Gdy Piotr działał „w imię Jezusa Chrystusa”, to działał sam Jezus. I tak jest do dzisiaj. Gdy wzywamy imię Jezusa, to On sam uzdrawia i czyni cuda. Chrystus żyjący pośród nas czyni to wszystko, aby ożywić nasza wiarę. Abyśmy byli zbawieni!

Czytanie z Dziejów Apostolskich
Piotr napełniony Duchem Świętym powiedział:
«Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych, że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy.
On jest kamieniem odrzuconym przez was, budujących, tym, który stał się kamieniem węgielnym. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni».

PSALM (Ps 118,1 i 8.9 i 21.22-23.26 i 28cd)

Nasze życie podobne jest do budowania domu. Zawsze najważniejszy jest fundament, to na nim opiera się cały budynek. Fundamentem naszego życia jest Jezus Chrystus. Jeżeli o tym pamiętam, to z ufnością przeżywam każdy dzień. Ufam, że Ten, który jest początkiem i końcem mojego życia, prowadzi mnie w każdym dniu. Jednocześnie Pan Jezus zaprasza każdego do współpracy w budowaniu królestwa Bożego.

Refren: Kamień wzgardzony stał się fundamentem.
lub: Alleluja.

Dziękujcie Panu, bo jest dobry, *
bo Jego łaska trwa na wieki.
Lepiej się uciekać do Pana,  *
niż pokładać ufność w człowieku. Ref.

Lepiej się uciekać do Pana,  *
niż pokładać ufność w książętach.
Dziękuję Tobie, żeś mnie wysłuchał  *
i stałeś się moim Zbawcą. Ref.

Kamień odrzucony przez budujących  *
stał się kamieniem węgielnym.
Stało się to przez Pana  *
i cudem jest w naszych oczach. Ref.

Błogosławiony, który przybywa
w imię Pańskie,  *
błogosławimy was z Pańskiego domu.
Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować:  *
Boże mój, pragnę Cię wielbić. Ref.

DRUGIE CZYTANIE (1J 3,1-2)

Pan Jezus jest Królem wszechświata. A jednocześnie sam mówi, że Jego królestwo nie jest „z tego świata”. Chrystus został odrzucony przez świat, w którym się narodził. My czasami też przeżywamy niezrozumienie i odrzucenie. Tak naprawdę zna nas i rozumie tylko Jezus. On nie bał się i nie uciekał od świata. Po prostu żył i z miłością wykonywał swe powołanie.

Czytanie z Pierwszego Listu świętego Jana Apostoła
Najmilsi:
Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to ujawni, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.

ŚPIEW PRZED EWANGELIĄ (J 10,14)

Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.
Ja jestem dobrym Pasterzem
i znam owce moje, a moje Mnie znają.
Aklamacja: Alleluja, alleluja, alleluja.

EWANGELIA (J 10,11-18)

Pan Jezus, aby przekazać nam prawdę o tym, Kim jest, posługuje się obrazem pasterza. To przedstawienie jest jednak niewystarczające, dlatego Chrystus podaje cechy pasterza szczególnego. On – pasterz odda życie za swe owce. Nie, że „może odda”, ale jest pewien, że odda życie. Inaczej nie ocali stada. Po zwycięstwie zmartwychwstania Dobry Pasterz daje nam, Jego owieczkom, misję: budowanie jedności, aż „nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz”.

Słowa Ewangelii według świętego Jana
Jezus powiedział:
«Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.
Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.
Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca».

http://www.edycja.pl/dzien_panski/id/919/part/2

******

******

Na dobranoc i dzień dobry – J 14, 7-14

Na dobranoc

Mariusz Han SJ

(fot. judy_and_ed / flickr.com / CC BY-NC 2.0)

O cokolwiek prosić mnie będziecie…

 

Do domu Ojca
Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście. Rzekł do Niego Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy.

 

Odpowiedział mu Jezus: Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła.

 

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię.

 

Opowiadanie pt. „Na przykładzie parasola”
Pastor kościoła baptystów w amerykańskim stanie Idaho podczas kazania wypomina swoim parafianom: – Siostry i bracia! Wasze niedowiarstwo jest skandalem! Zgromadziliśmy się tu, aby prosić Boga o deszcz po tak długiej suszy. I co widzę? Nikt z was nie przyniósł parasola na drogę powrotną do domu?!?

 

Refleksja
Nasza wiara często sprawdza się w „akcji”. Bieżące wybory potwierdzają lub zaprzeczają temu w co – jak często mówimy – sami wierzymy i czym chcemy codziennie żyć. Wciąż jednak jesteśmy w drodze poszukiwania Boga. Mamy zatem „prawo” do popełniania błędów, wszak nie jesteśmy samym Bogiem. Mamy jednak zapewnienie, że to co tylko będziemy prosić w imię Jego, to też i nam się stanie…

 

Jezus wiele razy prosił Ojca, aby ten wspierał go w kontynuowaniu misji, jaką od Niego dostał. Zaufał do końca, stąd „teoretyczna porażka krzyża” stała się „sztandarem zwycięstwa” dobra na złem. Jezus zwraca nam uwagę, że nasza ufność powinna być tą ufnością dziecka, które z otwartymi rękami i sercem potrafi zaakceptować każde słowo, które usłyszy i nie ma żadnych wątpliwości, że to co się dzieje, jest najlepsze dla niego tu i teraz. Jezus ogarnia nas swoim parasolem bezpieczeństwa…

 

3 pytania na dobranoc i dzień dobry
1. Czy jesteś dumny ze swojej wiary?
2. Czy Twoja wiara zawiodła Cię w „akcji”?
3. Czy potrafisz zaufać Jezusowi „do końca”?

 

I tak na koniec…
Wiedział, że przeznaczenie człowieka często nie ma nic wspólnego z tym, w co się wierzy lub czego obawia… bo wiedział, że wszystko, co się zdarza ma swój sens (Paulo Coelho)

http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/na-dobranoc-i-dzien-dobry/art,241,na-dobranoc-i-dzien-dobry-j-14-7-14.html
******

Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca
(J 14, 7-14
)

Wiara w Jezusa umożliwia ogląd Ojca. Filip wprost prosi o pokazanie Ojca. Jezus mówi, że Oni obaj Ojciec i Syn są wzajemnie w sobie. Wszystkie dzieła Jezusa mają swoje źródła właśnie w tym współistnienieniu . Przez wiarę w Jezusa można mieć udział w tych dziełach – także w sensie: czynić je. Trzeba tylko prosić Jezusa, by były one ku chwale Boga Ojca.
Jeśli w Imię Jezusa prosimy o wiarę dla ewangelizowanych, któż ich zatrzyma w drodze do Boga? Szybko poznają, że słowa Jezusa są duchem i życiem, i zaczną dziać się cuda.

Asja Kozak
asja@amu.edu.pl

Refleksja Katolika

Biblia pyta:

Cóż bardziej świecącego nad słońce? A przecież i ono ulega zaćmieniu; tak też ciało i krew skłania się do złego.
Syr 17,31

Człowiek pyta:

Po co wyszedłem z łona matki? Czy żeby oglądać nędzę i utrapienie i dokonać dni moich wśród hańby?
Jr 20:18

***

Przekleństwo bezbożnych,  Syr 16

1 Nie pragnij wielkiej liczby dzieci, jeśliby miały być przewrotne, ani nie chwal się synami bezbożnymi!
2 I chociażby byli liczni, nie chełp się nimi, jeśli bojaźni Pańskiej nie mają.
3 Nie licz na ich życie ani nie zwracaj uwagi na wielką ich liczbę! Więcej bowiem może znaczyć jeden niż tysiąc i lepiej umrzeć bezdzietnym, niż mieć dzieci bezbożne.
4 Przez jednego mądrego miasto się zaludnia, a pokolenie żyjących bez Prawa zmarnieje.
5 Wiele takich rzeczy widziało moje oko, a jeszcze więcej słyszało me ucho.
6 W zgromadzeniu grzeszników zapalił się ogień i przeciw narodowi buntowniczemu gniew się rozżarzył.
7 Nie przepuścił [Pan] dawnym olbrzymom, którzy się zbuntowali ufni w swą siłę.
8 Nie darował współmieszkańcom Lota, których zatracił z powodu ich pychy.
9 Nie miał miłosierdzia nad narodem zatracenia, co został zgładzony z powodu swych grzechów.
10 Podobnie postąpił z sześciuset tysiącami pieszych, którzy zebrali się w twardości swego serca.
11 I chociażby był tylko jeden twardego karku, byłoby dziwne, gdyby został bez kary. Ma Pan miłosierdzie, ale i zapalczywość, hojny w zmiłowania, ale i gniew wylewa.
12 Jak wielkie miłosierdzie, tak wielka i Jego surowość, sądzi człowieka według jego uczynków.
13 Nie ucieknie grzesznik z rzeczą skradzioną ani cierpliwość bogobojnego nie dozna zawodu.
14 Każdej jałmużnie bowiem wyznaczy miejsce i każdy według uczynków swych znajdzie [odpłatę].
15 Pan uczynił twardym faraona, tak iż Go nie poznał, aby poznano wszystkie Jego dzieła pod niebem.
16 Jego miłosierdzie jawne jest wszelkiemu stworzeniu, a światło i mrok rozdzielił między ludzi.

Wszechwiedzący i wszechmocny Pan, Syr 16

17 Nie mów: „Ukryję się przed Panem i któż z wysoka o mnie pamiętać będzie? W wielkim tłumie nie będę rozpoznany i czymże jest moja dusza w bezmiarze stworzenia?”
18 Oto niebo i niebo niebios, przepaść i ziemia trzęsą się od Jego wejrzenia,
19 góry też i fundamenty ziemi, gdy na nie popatrzy, drżą z przerażenia.
20 Ale serce nie zastanawia się nad tym i któż uważa na Jego drogi?
21 Huragan, którego człowiek nie zobaczy, i bardzo wiele dzieł Jego pozostaje w ukryciu.
22 „Któż obwieści dzieła sprawiedliwości albo kto się ich doczeka? Dalekie jest bowiem przymierze”.
23 Tak sądzi ten, co mało posiada umiejętności, i głupio myśli mąż bezrozumny i oszukany.

Człowiek w dziele stworzenia, Syr 16 i 17

24 Słuchaj mię, synu, zdobądź wiedzę i do słów moich przyłóż swe serce!
25 Z umiarem objawię naukę i z troskliwością wyłożę wiedzę.
26 Na rozkaz Pana, na początku, stały się Jego dzieła i gdy tylko je stworzył, dokładnie określił ich zadanie.
27 Uporządkował je na zawsze, od początku aż w daleką przyszłość. Nie odczuwają głodu ani zmęczenia i nigdy nie porzucą swego zadania,
28 żadne nie zderzy się z drugim i Jego słowom nigdy nie odmówią posłuchu.
29 Następnie zwrócił Pan wzrok swój na ziemię i napełnił ją dobrami swoimi.
30 Pokrył jej oblicze wszelkiego rodzaju istotami żywymi, które do niej powrócą.
1 Pan stworzył człowieka z ziemi i znów go jej zwróci.
2 Odliczył ludziom dni i wyznaczył czas odpowiedni, oraz dał im władzę nad tym wszystkim, co jest na niej.
3 Przyodział ich w moc podobną do swojej i uczynił ich na swój obraz.
4 Uczynił ich groźnymi dla wszystkiego stworzenia, aby panowali nad zwierzętami i ptactwem.
5 Otrzymali używanie pięciu władz Pana, jako szósty darował im po części umysł, a jako siódmy – rozum tłumaczący użycie władz Jego.
6 Dał im wolną wolę, język i oczy, uszy i serce zdolne do myślenia.
7 Napełnił ich wiedzą i rozumem, o złu i dobru ich pouczył.
8 Położył oko swoje w ich sercu, aby im pokazać wielkość swoich dzieł.
9 I dał im przez wieki chełpić się swoimi dziwami.
10 Imię świętości wychwalać będą i wielkość Jego dzieł opowiadać.
11 Dodał im wiedzy i prawo życia dał im w dziedzictwo.
12 Przymierze wieczne zawarł z nimi i objawił im swoje prawa.
13 Wielkość majestatu widziały ich oczy i uszy ich słyszały okazałość Jego głosu.
14 Rzekł im: „Trzymajcie się z dala od wszelkiej niesprawiedliwości!” I dał każdemu przykazania co do jego bliźniego.

***

Maryja Dziewicą słuchającą

Maryja jest „Dziewicą słuchającą”, która z wiarą przyjęła słowo Boże. Powiadamy z wiarą, która była dla Niej warunkiem i drogą do Bożego Macierzyństwa. Jak trafnie mówi św. Augustyn: „Najświętsza Maryja, wierząc, porodziła (Jezusa), którego poczęła wierząc”. Gdy Anioł rozwiał Jej wątpliwość (por. Łk 1, 34-37), Ona pełna wiary i poczynając Chrystusa pierwej w duszy niż w łonie, powiada: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1, 38). Z wiarą, która była dla Niej przyczyną szczęścia i która zrodziła w Niej pewność, że będzie spełniona obietnica zawarta w słowach: „błogosławiona, któraś uwierzyła w spełnienie tego, co ci powiedziane zostało od Pana” (Łk 1, 45). Z wiarą, mówimy, z jaką Ona, spełniając główną rolę i będąc szczególnym świadkiem Wcielenia Chrystusa, przechowywała wspomnienie Jego dzieciństwa, którego wydarzenia rozważała w swoim sercu (por. Łk 2, 19. 51). Podobnie czyni Kościół, który w świętej liturgii słucha słowa Bożego, przyjmuje je, głosi i czci, a także udziela Chrystusa jako Chleba życia, który w Jego świetle bada znaki czasu i wyjaśnia oraz przeżywa wydarzenia ludzkie.

MC 17


teksty pochodzą z książki: „Z Maryją na co dzień – Rozważania na wszystkie dni roku”
(C) Copyright: Wydawnictwo SALWATOR,   Kraków 2000
www.salwator.com

***************************************************************************************************************************************

ŚWIĘTYCH OBCOWANIE

2 MAJA

*****

Najświętsza Maryja Panna Królowa Polski
główna Patronka Polski

Maryja w wizerunku jasnogórskim - Królowa Polski Tytuł Matki Bożej jako Królowej narodu polskiego sięga drugiej połowy XVI wieku. Grzegorz z Sambora, renesansowy poeta, nazywa Maryję Królową Polski i Polaków. Teologiczne uzasadnienie tytułu „Królowej” pojawi się w XVII wieku po zwycięstwie odniesionym nad Szwedami i cudownej obronie Jasnej Góry, które przypisywano wstawiennictwu Maryi.
Wyrazicielem tego przekonania Polaków stał się król Jan Kazimierz, który 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej obrał Maryję za Królową swoich państw, a Królestwo Polskie polecił jej szczególnej obronie. W czasie podniesienia król zszedł z tronu, złożył berło i koronę, i padł na kolana przed wielkim ołtarzem. Zaczynając swoją modlitwę od słów: „Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico”, ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Królestwa Polskiego. Przyrzekł szerzyć Jej cześć, ślubował wystarać się u Stolicy Apostolskiej o pozwolenie na obchodzenie Jej święta jako Królowej Korony Polskiej, zająć się losem ciemiężonych pańszczyzną chłopów i zaprowadzić w kraju sprawiedliwość społeczną. Po Mszy świętej, w czasie której król przyjął również Komunię świętą z rąk nuncjusza papieskiego, przy wystawionym Najświętszym Sakramencie odśpiewano Litanię do Najświętszej Maryi Panny, a przedstawiciel papieża odśpiewał trzykroć, entuzjastycznie powtórzone przez wszystkich obecnych nowe wezwanie: „Królowo Korony Polskiej, módl się za nami”.
Warto dodać, że Jan Kazimierz nie był pierwszym, który oddał swoje państwo w szczególną opiekę Bożej Matki. W roku 1512 gubernator hiszpański ogłosił Matkę Bożą szczególną Patronką Florydy. W roku 1638 król francuski, Ludwik XIII, osobiście i uroczyście ogłosił Matkę Bożą Wniebowziętą Patronką Francji, a Jej święto 15 sierpnia ustanowił świętem narodowym.
Choć ślubowanie Jana Kazimierza odbyło się przed obrazem Matki Bożej Łaskawej we Lwowie, to jednak szybko przyjęło się przekonanie, że najlepszym typem obrazu Królowej Polski jest obraz Pani Częstochowskiej. Koronacja obrazu papieskimi koronami 8 września 1717 roku ugruntowała przekonanie o królewskości Maryi. Była to pierwsza koronacja wizerunku Matki Bożej, która odbyła się poza Rzymem.
Niestety śluby króla Jana Kazimierza nie zostały od razu spełnione. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta dla Polski pod wezwaniem „Królowej Polski”. Papież Benedykt XV chętnie przychylił się do tej prośby (1920). Biskupi umyślnie zaproponowali Ojcu świętemu dzień 3 maja, aby podkreślić nierozerwalną łączność tego święta z Sejmem Czteroletnim, a zwłaszcza z uchwaloną 3 maja 1791 roku pierwszą Konstytucją polską.
Dnia 31 października 1943 roku papież papież Pius XII dokonał poświęcenia całej rodziny ludzkiej Niepokalanemu Sercu Maryi. Zachęcił równocześnie, aby aktu oddania się dopełniły wszystkie chrześcijańskie narody. Episkopat Polski uchwalił, że w niedzielę 7 lipca 1946 roku aktu poświęcenia dokonają wszystkie katolickie rodziny polskie; 15 sierpnia – wszystkie diecezje, a 8 września – cały naród polski. Na Jasnej Górze zebrało się ok. miliona pątników z całej Polski. W imieniu całego narodu i Episkopatu Polski akt ślubów odczytał uroczyście kardynał August Hlond.
Wcześniej, zaraz po wojnie w roku 1945, Episkopat Polski pod przewodnictwem kardynała Augusta Hlonda odnowił na Jasnej Górze akt poświęcenia się i oddania Bożej Matce. Ponowił też złożone przez króla Jana Kazimierza śluby. W uroczystości tej brała udział milionowa rzesza wiernych. W przygotowaniu do tysięcznej rocznicy chrztu Polski (966-1966), w czasie uroczystej „Wielkiej Nowenny”, na apel prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego, cała Polska ponownie oddała się pod opiekę Najświętszej Maryi, Dziewicy-Wspomożycielki. 26 sierpnia 1956 roku Episkopat Polski dokonał aktu odnowienia ślubów jasnogórskich, które przed trzystu laty złożył król Jan Kazimierz. Prymas Polski był wtedy w więzieniu. Symbolizował go pusty tron i wiązanka biało-czerwonych kwiatów. Po sumie pontyfikalnej odczytano ułożony przez prymasa akt odnowienia ślubów narodu. W odróżnieniu od ślubowań międzywojennych, akt ślubowania dotykał bolączek narodu, które uznał za szczególnie niebezpieczne dla jego chrześcijańskiego życia. 5 maja 1957 r. wszystkie diecezje i parafie oddały się pod opiekę Maryi. Finałem Wielkiej Nowenny było oddanie się w święte niewolnictwo całego narodu polskiego, diecezji, parafii, rodzin i każdego z osobna (w roku 1965), tak aby Maryja mogła rozporządzać swoimi czcicielami dowolnie ku ich większemu uświęceniu, dla chwały Bożej i dla królestwa Chrystusowego na ziemi.
Dnia 3 maja 1966 roku prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, w obecności Episkopatu Polski i tysięcznych rzesz oddał w macierzyńską niewolę Maryi, za wolność Kościoła, rozpoczynające się nowe tysiąclecie Polski.
W 1962 r. Jan XXIII ogłosił Maryję Królowę Polski główną patronką kraju i niebieską Opiekunką naszego narodu.

Naród polski od wieków wyjątkowo czcił Maryję jako swoją Matkę i Królową. Bolesław Chrobry miał wystawić w Sandomierzu kościół pod wezwaniem Matki Bożej. Władysław Herman, uleczony cudownie, jak twierdził, przez Matkę Bożą, ku Jej czci wystawił okazałą świątynię w Krakowie „na Piasku”. Król Zygmunt I Stary przy katedrze krakowskiej wystawił ku czci Najświętszej Maryi Panny kaplicę (zwaną Zygmuntowską), która jest zaliczana do pereł architektury renesansu. Bolesław Wstydliwy wprowadził zwyczaj odprawiania Rorat w Adwencie. Jan Sobieski jako zawołanie do boju pod Wiedniem dał wojskom imię Maryi. Na tę pamiątkę papież bł. Innocenty XI ustanowił święto Imienia Maryi (obchodzone do dziś 12 września w rocznicę wiktorii wiedeńskiej). Maryja była także Patronką polskiego rycerstwa. Stefan Czarniecki przed każdą bitwą odmawiał Zdrowaś Maryja. Tadeusz Kościuszko swoją szablę poświęcił w kościele Matki Bożej Loretańskiej w Krakowie. Na palcu hetmana Stanisława Żółkiewskiego w czasie badania grobu znaleziono po wielu latach pierścień z napisem: Mancipium Mariae (własność Maryi).
Bardzo często także mieszczanie zdobili swoje kamienice wizerunkami Matki Bożej, by mieć w Niej obronę. Figury i obrazy ustawiano na murach obronnych, jak to jeszcze dzisiaj można oglądać w Barbakanie Krakowskim. Pod figurą Matki Bożej Niepokalanej, która stała we Lwowie nad Bramą Krakowską, był napis: Haec praeside tutus (pod Jej opieką bezpieczny). Bardzo wiele przydrożnych kapliczek poświęcano Maryi. Święto Zwiastowania lud polski nazywał Matką Bożą Wiosenną; na nabożeństwach majowych wypełniał kościoły; Matkę Bożą Wniebowziętą nazywał Zielną, bo niósł wtedy do poświęcenia dożynkowe wieńce ziela; siewy rozpoczynał z Matką Bożą Siewną (Narodzenie Matki Bożej obchodzone 8 września). W wigilie, poprzedzające święta Matki Bożej – pościł. Na piersiach noszono szkaplerz lub medalik Matki Bożej. Pieśni religijnych ku czci Matki Bożej nie ma tyle żaden naród w świecie, co naród polski.
Także polscy święci uznawali Maryję za swą szczególną Opiekunkę. Św. Wojciech uratowany jako dziecko z ciężkiej choroby za przyczyną Matki Bożej został ofiarowany na służbę Panu Bogu. Znana jest legenda o św. Jacku (+ 1257), jak wynosząc z Kijowa Najświętszy Sakrament przed Tatarami usłyszał głos z figury: „Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?”. Figurę tę pokazują dzisiaj w kościele dominikanów w Krakowie. Ze śpiewem na ustach Salve Regina zginęli z rąk Tatarów bł. Sadok i jego 48 towarzyszy (1260). Bł. Władysław z Gielniowa napisał Godzinki o Niepokalanym Poczęciu i kilka pieśni ku czci Matki Bożej. Św. Szymon z Lipnicy miał według podania umieścić w swojej celi napis: „Mieszkańcze tej celi, pamiętaj, byś zawsze był czcicielem Maryi”. W grobie św. Kazimierza znaleziono kartkę z własnoręcznie przez niego napisanym hymnem nieznanego autora Omni die dic Mariae (Każdego dnia sław Maryję). Św. Stanisław Kostka, zapytany z nagła, czy kocha Matkę Bożą, zawołał: „Wszak to Matka moja!”. Chętnie o Niej mówił, Ona to zjawiła mu się w Wiedniu, dała mu na ręce Dziecię Boże i uzdrowiła go cudownie. Jego śmierć poznano po tym, że nie uśmiechnął się, kiedy wetknięto mu w ręce obrazek Matki Bożej. Uprosił sobie u Matki Bożej, że przeszedł do nieba z ziemi w samą Jej uroczystość (15 sierpnia 1568 r.), podobnie jak św. Jacek (15 sierpnia 1257 r.).
Na terenie Polski znajduje się kilkadziesiąt dużych i znanych sanktuariów maryjnych. Bardzo często Maryi poświęcano utwory literackie. Jako pierwszy utwór w języku polskim podaje się hymn Bogarodzica, napisany według większej części krytyków w wieku XIII, a według niektórych wywodzący się nawet z czasów św. Wojciecha. Od wieku XIV pojawiają się także w muzyce polskiej tłumaczenia sekwencji, hymnów i innych utworów gregoriańskich, liturgicznych. Powstają pierwsze pieśni w języku polskim. Od wieku XV pojawia się w Polsce muzyka wielogłosowa (polifonia). Od tego też wieku znamy kompozytorów, którzy pisali utwory ku czci Matki Bożej. Najdawniejsze polskie wizerunki Matki Bożej spotykamy już od wieku XI (Ewangeliarz Emmeriański, Ewangeliarz Pułtuski i Sakramentarium Tynieckie; figury i płaskorzeźby w kościołach romańskich). Największym i szczytowym arcydziełem rzeźby poświęconym Maryi jest ołtarz Wita Stwosza z lat 1477-1489, wykonany dla głównego ołtarza kościoła Mariackiego w Krakowie, zatytułowany Zaśnięcie Matki Bożej. Jest to arcydzieło na miarę światową, należące do unikalnych. W wielu polskich miastach istnieją kościoły zwane mariackimi – a więc poświęcone w sposób szczególny Maryi.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-03a.php3

*****

PAWEŁ VI

ADHORTACJA APOSTOLSKA
SIGNUM MAGNUM

Do Biskupów, kapłanów i wiernych całego Katolickiego świata. o Radości chrześcijańskiej. O CZCI I NAŚLADOWANIU NAJŚWIĘTSZEJ PANNY MARYI, MATKI KOŚCIOŁA I WZORU WSZYSTKICH CNÓT

Czcigodni Bracia, pozdrowienia Wam i Błogosławieństwo Apostolskie

Wstęp

W WIELKIM ZNAKU, który na niebie ujrzał święty Jan Apostoł, w owej „Niewieście obleczonej w słońce”(1) – święta liturgia Kościoła katolickiego nie bez słuszności widzi Najświętszą Maryję Pannę, z łaski Chrystusa Odkupiciela – Matkę wszystkich ludzi(2).

Jeszcze Nam żywo tkwi w pamięci, Czcigodni Bracia, to wielkie wzruszenie, jakiegośmy doznali, gdy kończąc trzecią Sesję Powszechnego Soboru Watykańskiego II, po uroczystym obwieszczeniu Konstytucji dogmatycznej „Lumen gentium”(3) – przesławną Matkę Boga ogłosiliśmy publicznie duchową Matką Kościoła, to znaczy wszystkich Wiernych i wszystkich Świętych Pasterzy. Stąd niezmierna była wówczas radość bardzo wielu Ojców Soboru i Wiernych biorących udział w świętym obrzędzie w Bazylice Piotrowej, i całego ludu chrześcijańskiego, rozsianego po świecie.

Wtedy niejednemu przyszedł na pamięć ów pierwszy a tak świetny tryumf pokornej „Służebnicy Pańskiej”(4), kiedy to w roku 431 Biskupi Wschodu i Zachodu, zgromadzeni na Powszechnym Soborze w Efezie, obwołali Maryję „Theotokos”, czyli Matkę Boga. Do rozradowanych Ojców przyłączyli się w porywie gorącej wiary chrześcijanie – obywatele owego sławnego miasta i z płonącymi pochodniami w ręku towarzyszyli im do ich mieszkań. O, z jak wielką radością matczynego Serca, w tę sławną godzinę historii Kościoła, Maryja Dziewica spoglądała z niebieskiego tronu na tych Pasterzy i Wiernych; zwłaszcza gdy w pieśniach pochwalnych wznoszonych w pierwszym rzędzie na cześć Jej Syna, a tym samym na Jej chwałę, słyszała jakby rozbrzmiewające echo proroczego kantyku, który natchniona przez Ducha Świętego wyśpiewała sama Bogu Najwyższemu: „Wielbi dusza moja Pana… bo wejrzał na niskość Służebnicy swojej. Oto bowiem odtąd błogosławioną zwać mnie będą wszystkie pokolenia, bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”…(5).

Rozpoczynając Naszą Adhortację nawiązaniem do uroczystości religijnych obchodzonych w tych dniach ku chwale Dziewicy Matki Bożej w Fatima, w Portugalii, gdzie liczne rzesze Wiernych oddają Jej cześć za macierzyńskie i litościwe Serce(6) – pragniemy ponownie przypomnieć wszystkim dzieciom Kościoła nierozerwalny związek, jaki zachodzi pomiędzy duchowym macierzyństwem Maryi, tak obszernie naświetlonym w Konstytucji dogmatycznej „Lumen gentium”(7), a powinnościami odkupionych względem Niej, jako Matki Kościoła.

Albowiem – na podstawie bardzo licznych świadectw Pisma i świętych Ojców, przytoczonych we wspomnianej Konstytucji wraz z wypowiedziami ostatnich zwłaszcza Papieży – przyjmujemy za pewne, że Maryja, „Matka Boga i Odkupiciela”(8), była z Nim „zjednoczona węzłem ścisłym i nierozerwalnym”(9) i że zostało Jej zlecone do spełnienia wyjątkowe zadanie „w tajemnicy Słowa Wcielonego i Ciała Mistycznego”(10), czyli „w ekonomii zbawienia”(11).

Z tego już jasno wynika, że Bogurodzica Dziewica nie tylko jako „Najświętsza Matka Boża, która uczestniczyła w tajemnicach Chrystusa”(12) lecz również jako „Matka Kościoła”(13) „słusznie doznaje od Kościoła czci szczególnej”(14), zwłaszcza w kulcie liturgicznym(15).

Nie trzeba się obawiać, że reforma liturgii – byleby dokonywała się zgodnie z zasadą: „lex credendi legem statuat supplicandi” (prawo o modlitwie ma się obierać” na prawach wiary)(16) – wyrządzi szkodę kultowi zgoła wyjątkowemu(17), jaki się należy Najświętszej Maryi Pannie ze względu na Jej niezwykłe przywileje wśród których pierwsze miejsce zajmuje godność Matki Boga.

I przeciwnie, nie należy się lękać, że przez rozwój kultu, liturgicznego czy prywatnego. Bożej Rodzicielki może być przyćmiony lub zmniejszony kult „uwielbienia, który oddawany jest Słowu Wcielonemu na równi z Ojcem i Duchem Świętym”(18).

Z tej też racji, Czcigodni Bracia, nie mając zamiaru na nowo tu podawać w całości tradycyjnej nauki zarówno o roli Bogarodzicy w zakresie wiecznego zbawienia, jak i o stosunku Jej do Kościoła – sądzimy, że uczynimy rzecz bardzo pożyteczną dla dusz Wiernych chrześcijan, jeżeli zastanowimy się nad dwiema doniosłymi prawdami wiary, dotyczącymi odnowy życia chrześcijańskiego.

Część pierwsza
KULT NALEŻNY MARYI JAKO MATCE KOŚCIOŁA

1. Najświętsza Maryja Panna doskonalą Matką duchową Kościoła

Na pierwszy plan wysuwa się następująca prawda: Maryja jest Matką Kościoła nie tylko dlatego, że jest Matką Jezusa Chrystusa i Jego nieodłączną Towarzyszką „w nowej ekonomii, kiedy to Syn Boży przyjął z Niej naturę ludzką, aby przez tajemnicę Ciała Swego uwolnić człowieka od grzechu”(19), ale też dlatego, że „całej wspólnocie wybranych świeci jako wzór cnót”(20).

Jak bowiem każda ludzka matka nie może ograniczać swego zadania jedynie do urodzenia nowego człowieka, ale powinna się podjąć także karmienia dziecka i wychowania, tak na pewno czyni Najświętsza Dziewica Maryja.

Od tej chwili, gdy uczestniczyła w odkupieńczej dla nas ofierze Syna, i to w sposób tak bliski, iż zasłużyła być przez Niego ogłoszona Matką nie tylko jednego ucznia Jana, ale również (niech wolno będzie to stwierdzić) rodzaju ludzkiego, którego On był jakby przedstawicielem(21) – Maryja obecnie w dalszym ciągu pełni z nieba obowiązek macierzyński, przyczyniając się do rodzenia i pomnażania życia Bożego w poszczególnych duszach ludzi odkupionych.

Jest to ogromnie pocieszająca prawda, która z wolnej woli najmędrszego Boga jest częścią dopełniającą tajemnicy ludzkiego zbawienia, dlatego wszyscy chrześcijanie mają obowiązek w nią wierzyć.

2. Maryja jest Matką duchową przez wstawiennictwo u Swego Syna

Lecz w jaki to sposób Święta Boża Rodzicielka pomaga członkom Kościoła do wzrastania w życiu łaski? Przede wszystkim nieustanną swoją modlitwą, którą podsyca najgorętsza miłość. Choć bowiem Święta Dziewica cieszy się kontemplacją Trójcy Przenajświętszej, to jednak nie zapomina o dzieciach które – jak niegdyś Ona – odbywają drogę „w pielgrzymce wiary”(22), owszem, widząc je w Bogu i odczuwając ich potrzeby, zjednoczona z Jezusem Chrystusem, który „zawsze żyje, aby się wstawiać za nami”(23), okazuje się Ona ich Orędowniczką, Wspomożycielką, Pomocnicą, Pośredniczką(24).

Kościół od pierwszych wieków zawsze był przekonany, że Maryja ustawicznie wstawia się do Syna za Ludem Bożym. Dowodem tego jest prastara antyfona, która – z niewielkimi tylko zmianami – stanowi część modlitwy liturgicznej, używanej na Wschodzie i na Zachodzie: „Pod obronę Twego miłosierdzia uciekamy się, Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach, ale od zguby nas wybaw, o Ty, która sama jesteś błogosławiona”(25).

A nie trzeba sądzić, że macierzyńskie wstawiennictwo Maryi w czymkolwiek ujmuje skuteczności przemożnego i niezastąpionego pośrednictwa Chrystusowego i jest znakomitym jego potwierdzeniem(26).

3. Maryja Wychowawczynią Kościoła przez piękno swoich cnót

Współdziałanie Matki Kościoła w rozwijaniu życia Bożego w duszach nie ogranicza się do wstawiennictwa u Syna. Innym jeszcze sposobem wywiera Ona swój wpływ na odkupionych, a mianowicie – przykładem; ma on bardzo ważne znaczenie, zgodnie z utartym przysłowiem: „Słowa pouczają, a przykłady pociągają”.

Jak nauki rodziców mają o wiele większą skuteczność, gdy są poparte przykładem życia zgodnego z ludzką i Bożą roztropnością, tak słodycz i wdzięk, płynące ze wzniosłych cnót Niepokalanej Bogarodzicy, dziwnie pociągają dusze do naśladowania Boskiego Wzoru, Jezusa Chrystusa, którego Ona była najwierniejszym obrazem.

Dlatego też Sobór oświadczył: „Rozmyślając o Niej pobożnie i przypatrując się Jej w świetle Słowa, które stało się Człowiekiem, Kościół ze czcią głębiej wnika w najwyższą tajemnicę Wcielenia i coraz bardziej upodabnia się do Swego Oblubieńca”(27).

4. Świętość Maryi najlepszym wzorem wierności łasce Bożej

Jest nadto rzeczą pożyteczną pamiętać o tym, że wzniosła świętość błogosławionej Dziewicy Maryi była nie tylko wyjątkowym darem Boskiej hojności, lecz także owocem ustawicznej i wspaniałomyślnej uległości Jej wolnej woli wewnętrznej natchnieniom Ducha Świętego.

Przez tę doskonałą harmonię i zgodność między łaską Bożą, a działaniem Jej ludzkiej natury, Maryja oddała najwyższy hołd Przenajświętszej Trójcy, a sama stała się przesławną ozdobą Kościoła, który tak Ją pozdrawia w swej liturgii: „Tyś chwałą Jeruzalem, Tyś weselem Izraela, Tyś chlubą naszego ludu”(28).

5. Przykłady cnót Maryjnych na kartach Ewangelii

Podziwiajmy przeto świadectwo tak wyjątkowej zgodności i harmonii, podane na kartach Ewangelii. Skoro tylko upewniła się Maryja ze słów Archanioła Gabriela, że Bóg Ją wybrał na dziewiczą Matkę Jego Syna Jednorodnego, bez wahania zgodziła się na dzieło, które miało pochłonąć wszystkie siły Jej słabej natury i oświadczyła: „Oto ja Służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego”(29).

Od tej chwili poświęciła się całkowicie służbie nie tylko Ojca Niebieskiego i Wcielonego Słowa, które stało się Jej Synem, ale także całego rodzaju ludzkiego; zrozumiała bowiem, że Jezus wybawi lud swój z niewoli grzechu i będzie Królem Królestwa mesjańskiego, powszechnego, które nigdy nie przeminie(30).

6. Maryja – Służebnicą Pańską od Zwiastowania aż do Swego chwalebnego Wniebowzięcia

Życie więc przeczystej Oblubienicy świętego Józefa, która Dziewicą będąc rodziła i po porodzeniu zostało. Dziewicą, w co Kościół katolicki zawsze wierzył i co głosił(31) – jak zresztą przystało Niewieście wyniesionej do niezrównanej godności Bożego Macierzyństwa(32) – upływało w tak ścisłym zjednoczeniu z Synem, iż podzielała z Nim radości, cierpienia i triumfy.

Również wtedy, gdy Jezus zasiadł po prawicy Ojca, łączyła się Ona ze swym Synem naj gorętsze, i nieustanną miłością, pełniąc wiernie i wytrwale swoje nowe posłannictwo, jako Matka duchowa umiłowanego ucznia i rodzącego się Kościoła. Słusznie zatem można twierdzić, że całe życie pokornej Służebnicy Pańskiej, od chwili Anielskiego pozdrowienia aż do Jej Wniebowzięcia z duszą i ciałem do niebieskiej chwały, było życiem służby w miłości.

Dlatego my, złączeni duchem z Ewangelistami, z Ojcami i Doktorami Kościoła, których wspomina Sobór w Konstytucji dogmatycznej „Lumen gentium” (r. VIII), z podziwem patrzymy na Maryję – mocną w swej wierze, gotową do posłuszeństwa, szczerą w pokorze, rozradowaną w wysławianiu Pana, płomienną w miłości, w pełnieniu swego posłannictwa tak mężną i wytrwałą, iż samą siebie złożyła w ofierze, jednocząc się wszystkimi uczuciami Serca ze swoim Synem, który po to umarł na krzyżu, aby obdarzyć ludzi nowym życiem.

7. Kult chwały wdzięczności należny Matce Kościoła

Wobec tak wielkiego blasku Jej cnót pierwszym obowiązkiem tych, którzy w Matce Chrystusowej uznają doskonały wzór Kościoła, jest ściślejsze jednoczenie się z Nią w dziękowaniu Bogu Najwyższemu, który wielkich rzeczy dokonał w Maryi dla dobra całej ludzkości.

To jednak nie wystarczy. Inny jeszcze obowiązek ciąży na wszystkich Wiernych. Powinni mianowicie tę najwierniejszą Służebnicę Pańską otaczać żywym kultem chwały, wdzięczności i miłości, ponieważ według mądrych i łaskawych postanowień Bożych Jej dobrowolna zgoda i wielkoduszne współdziałanie z zamiarami Boga w dużej mierze przyczyniły się i ciągle się przyczyniają do zbawienia ludzi(33). Dlatego każdy Wierny może od siebie powtarzać błagalną modlitwę świętego Anzelma: „Przez Ciebie, Pani chwalebna, niech zasłużymy wstąpić do Jezusa Syna Twego, który przez Ciebie raczył zstąpić do nas”(34).

Część druga
POBOŻNE NAŚLADOWANIE CNÓT NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

1. Prawdziwe nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny odtwarza Jej cnoty

Jednakże ani łaska Boskiego Odkupiciela, ani możne wstawiennictwo Jego Rodzicielki a naszej Matki duchowej, ani Jej górująca świętość nie mogłyby nas doprowadzić do portu zbawienia, gdyby z naszej strony nie odpowiadała im ustawicznie wola oddawania czci Jezusowi Chrystusowi i Bogarodzicy Dziewicy przez pobożne naśladowanie cnót, jakimi Oni dwoje się odznaczali.

Potrzeba więc, abyśmy wszyscy z szacunkiem naśladowali przykłady dobroci pozostawione nam przez niebieską Matkę. To jest właśnie owa druga prawda, do rozważania której pragniemy zachęcić Was, Czcigodni Bracia, jak również Wiernych powierzonych Waszej pasterskiej trosce, ażeby chętnie posłuchali wezwania Powszechnego Soboru Watykańskiego II: „Niechaj Wierni pamiętają o tym, że prawdziwa pobożność nie polega ani na czczym i przemijającym uczuciu, ani na jakiejś próżnej łatwowierności, lecz pochodzi z wiary prawdziwej, która prowadzi nas do uznawania przodującego stanowiska Bożej Rodzicielki i pobudza do synowskiej miłości ku Matce naszej oraz do naśladowania Jej cnót”(35).

Bez wątpienia, naśladowanie Jezusa Chrystusa jest drogą królewską, której powinniśmy się trzymać, aby osiągnąć świętość życia i w miarę możności odtworzyć w sobie bezwzględną doskonałość Ojca Niebieskiego. Lecz chociaż Kościół katolicki zawsze głosił tę tak bardzo doniosłą prawdę, to jednak równocześnie twierdził, że naśladowanie Maryi Dziewicy nie tylko nie odwodzi od wiernego kroczenia śladami Chrystusa, ale nawet czyni je milszym i łatwiejszym; bo przecież Najświętsza Dziewica, która zawsze pełniła wolę Bożą, pierwsza spośród wszystkich zasłużyła sobie na tę pochwałę, jaką Syn skierował do swoich uczniów: „Ktokolwiek czyni wolę Ojca mego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką”(36).

2. „Przez Maryję do Jezusa”

Z tego powodu, również odnośnie do naśladowania Chrystusa ma zastosowanie ogólna zasada: „Przez Maryję do Jezusa”. Niech się tym nie niepokoi nasza wiara, jakoby tego rodzaju pomoc Istoty we wszystkim do nas podobnej – oprócz grzechu – miała naruszać naszą godność i przeszkadzać nam w bezpośrednim podtrzymywaniu ściślejszych i nieprzerwanych węzłów adoracji i przyjaźni z Synem Bożym.

Uznajmy raczej „dobroć i łaskawość Zbawiciela, naszego Boga”(37), który mając wzgląd na naszą słabość, tak daleką i niepodobną do Jego świętości nieskończonej, dał nam możność naśladowania tej świętości, stawiając nam przed oczami wzór swej Matki. Ona bowiem przed wszystkimi ludźmi jest najwspanialszym, a dla nas znakomicie przystosowanym wzorem doskonałego posłuszeństwa, z jakim w miłości i gotowości ducha mamy poddawać się postanowieniom Ojca Przedwiecznego; sam też Chrystus jak dobrze wiemy, tę doskonałą uległość woli Bożej uczynił jakby zasadą i wzorem swego ludzkiego postępowania, oświadczając: „Ja zawsze czynię to, co Jemu się podoba”(38).

3. Maryja nowa Ewa, Jutrzenka Nowego Przymierza

Jeżeli więc patrzymy na pokorną Dziewicę z Nazaretu, jaśniejącą blaskiem takich przymiotów i cnót, widzimy w Niej jakoby Nową Ewę(39), wzniosłą Córkę Syjonu, szczyt Starego i Jutrzenkę Nowego Przymierza, w której nastała „pełnia czasu”(40), wyznaczona przez Boga Ojca, aby posłał na świat Syna swego Jednorodzonego. Przecież Maryja Dziewica, bardziej niż wszyscy Patriarchowie i Prorocy, bardziej niż „sprawiedliwy i bogobojny Symeon” – błagała i wyczekiwała „pociechy Izraela, Chrystusa Pańskiego”(41), a gdy zstąpił w Jej przeczyste łono, aby wziąć z Niej ciało, przyjście Jego wysławiała natchnionym hymnem „Magnificat”.

Słusznie więc Kościół Chrystusowy stawia Maryję za wzór do naśladowania. Idąc za Jej przykładem, przyjmujemy do serca, w miarę możności jak najdogodniej, Słowo Boże, zgodnie z bardzo trafną uwagą świętego Augustyna: „Bardziej więc błogosławiona jest Maryja dlatego, że przyjęła wiarę Chrystusa, niż że poczęła ciało Chrystusowe… Tak i matczyne pokrewieństwo nic by Maryi nie pomogło, gdyby nie miała szczęścia nosić Chrystusa więcej w sercu niż w ciele”(42).

Mogą nadto Wierni spoglądać na Nią jako na wzór, wskazujący jak powinni oni pełnić z pokorą i wielkodusznie te zadania, które każdemu w tym życiu Bóg powierza, dla pozyskania zbawienia czy to własnego, czy innych.

„Proszę was przeto, bądźcie naśladowcami moimi, jak też ja (naśladuję) Chrystusa”(43). Te słowa zachęty – z większą zapewne słusznością niż Apostoł Paweł piszący do Koryntian – może skierować Matka Kościoła do zastępów Wiernych, którzy w zgodnej wierze i miłości, podobnie jak pokolenia wieków minionych, nazywają Maryję i głoszą błogosławioną(44). Usłuchajmy tego wezwania sercem uległym.

4. Orędzie Maryjne wzywające do modlitwy, pokuty i bojaźni Bożej

Orędzie, nad wyraz pożyteczne, zdaje się dziś kierować do wszystkich Wiernych Ta, która jest wolna od zmazy grzechu pierworodnego, a odznacza się niezrównaną świętością. Ta, która była Towarzyszką Syna w dziele przywrócenia duszom życia nadprzyrodzonego(45). Patrząc w duchu z pobożnością na Maryję, Wierni czują się pobudzeni do ufnej modlitwy, do czynienia pokuty, do świętej bojaźni Bożej.

Również dzięki temu zwracaniu się do Niej będą oni częściej sobie przypominali słowa Chrystusa, którymi zapowiedział nadchodzące Królestwo Boże: „Nawróćcie się i wierzcie Ewangelii”(46), oraz te poważne napomnienie: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”(47).

Przejęci więc pragnieniem miłości i zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone świętości i sprawiedliwości Boga, a równocześnie ożywieni ufnością w Jego nieskończone miłosierdzie – powinniśmy przyjmować utrapienia duszy i ciała, aby odpokutować grzechy własne i naszych bliźnich, i w ten sposób uniknąć podwójnej kary, tak zwanej „kary potępienia” i „kary zmysłów”, czyli innymi słowy: aby nie utracić Boga, Dobra Najwyższego i nie dostać się w ogień wieczny(48).

5. Sam Chrystus Pan wskazuje Maryję jako wzór Kościoła

Większą jeszcze podnietą do pójścia w ślady Najświętszej Panny maja Wierni również czerpać stąd, że sam Chrystus, dając nam Maryję za Matkę, wskazał Ja tym samym jako wzór do naśladowania. Jest bowiem rzeczą naturalną, aby dzieci czuły to samo, co matki, oraz by ich zalety i cnoty odtwarzały w swoim życiu.

Przeto, jak każdy człowiek może powiedzieć za świętym Pawłem: „Syn Boży umiłował mnie i siebie samego wydał za mnie”(49), tak też z całą ufnością może być przekonany, że Boski Zbawca przekazał mu w duchowym dziedzictwie swoją Matkę, a razem z Nią wszystkie skarby łaski i cnót, jakimi Ją ubogacił po to, aby spływały na nas przez Jej możne wstawiennictwo i nasze gorliwe Jej naśladowanie.

Z największą więc słusznością stwierdza święty Bernard: „Gdy do Maryi przyszedł Duch Boży, stała się łaski pełna dla siebie; a gdy na nowo Duch Ją nawiedził, nadmiarem łaski obdarzył Ją dla nas”(50).

6. Historia Kościoła zawsze opromieniona dobroczynną obecnością Maryi

Z tego, co dotychczas przedłożyliśmy do rozważania, posługując się światłem świętej Ewangelii i katolickiej tradycji, całkiem jasno wynika, że duchowe macierzyństwo Maryi Dziewicy przekracza granice miejsca i czasu, a należy do powszechnej historii Kościoła, w którym zawsze była obecna, pełniąc obowiązek macierzyński i służąc pomocą.

Stąd wiadomo dobrze, co właściwie znaczy to zdanie, często dziś powtarzane, że nasz wiek można by nazwać „epoką Maryjną”. Istotnie, chociaż należy przyznać, że obecnie, dzięki niezwykłej łasce Boga, lud chrześcijański jaśniej, niż przedtem, zrozumiał opatrznościowe posłannictwo zlecone Maryi w historii zbawienia, to jednak nie można tego pojmować w ten sposób, jakoby minione wieki tej prawdy zgoła nie dostrzegały, albo czasy przyszłe mogły kiedykolwiek o niej nie wiedzieć.

Wszystkie bowiem okresy dziejów Kościoła korzystały i będą korzystać z dobrodziejstw macierzyńskiej obecności Bogarodzicy, gdyż Ona zawsze zjednoczona jest nierozerwalnym węzłem z tajemnicą Mistycznego Ciała, którego Głową jest Chrystus, o Nim zaś napisano: „Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki”(51).

7. Matka Kościoła jest znakiem jedności i zachętą do doskonałego braterstwa wszystkich Chrześcijan

Czcigodni Bracia, jesteśmy przekonani, że współczesna nauka Kościoła o kulcie chwały, wdzięczności i miłości, należnym Najświętszej Dziewicy, jest całkiem zgodna z nauką ewangeliczną, którą dokładniej wyłożyła i wyjaśniła tradycja zarówno Wschodu, jak też Zachodu. Stąd Naszą duszę krzepi nadzieja, że ta pasterska Nasza zachęta do rozbudzenia coraz gorętszej i bardziej owocnej miłości synowskiej do Maryi będzie wspaniałomyślnym sercem przyjęta nie tylko przez Wiernych, Waszej trosce powierzonych, lecz także przez tych, którzy wprawdzie nie korzystają z pełnej łączności z Kościołem katolickim, niemniej jednak razem z nami czczą i wzywają Służebnicę Pańską, Maryję Dziewicę, jako Matkę Syna Bożego. Oby Niepokalane Serce Maryi Dziewicy przyświecało wszystkim chrześcijanom jako wzór doskonałej miłości Boga i bliźnich; oby doprowadzało do uczestnictwa w świętych Sakramentach Kościoła, które wyzwalają dusze od grzechów i chronią od upadku; oby przynaglało do zadośćuczynienia za niezliczone zniewagi, wyrządzone Boskiemu Majestatowi. Oby wreszcie stało się Ono znakiem jedności i wezwaniem do umacniania węzłów braterstwa wśród wszystkich chrześcijan, w jednym Kościele Chrystusowym, który „pouczony przez Ducha Świętego, darzy Maryję Pannę synowskim uczuciem czci, jako Matkę najmilszą”(52).

8. Wezwanie do ponawiania osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

W bieżącym roku przypada dwudziesta piąta rocznica uroczystego poświęcenia Kościoła i całej ludzkości Bogarodzicy Maryi i Jej Niepokalanemu Sercu. Poświęcenia tego dokonał Nasz Poprzednik, świętej pamięci Pius XII, dnia 31 października 1942 roku, w Orędziu radiowym, skierowanym do Narodu Portugalii(53); My również ponowiliśmy je 21 listopada 1964 roku(54).

Korzystając przeto z tej okazji, zachęcamy wszystkich synów Kościoła, aby osobiście ponowili to poświęcenie się Niepokalanemu Sercu Matki Kościoła; aby też, stwierdzając ten wspaniały znak pobożności całym swym postępowaniem, starali się coraz doskonalej wypełniać wolę Bożą(55), naśladować ze czcią Królową Niebios i służyć Jej w duchu synowskim.

Nie wątpimy, Czcigodni Bracia, że na Wasze wezwanie duchowieństwo i lud powierzony Waszej opiece z największą chęcią usłucha tej Naszej Adhortacji, będzie odtąd jeszcze gorętszą okazywać miłość Bogarodzicy Dziewicy i z większą jeszcze ufnością do Niej się uciekać.

Jesteśmy też pewni, że przesławna Królowa Nieba i najmilsza Matka nasza nigdy nie przestanie wspomagać każdego swego dziecka, opiekować się z nieba całym Kościołem Chrystusowym i spieszyć na pomoc całej ludzkości.

W końcu jako zapowiedź darów Bożych i w dowód Naszej życzliwości, udzielamy z serca Wam i Waszym Wiernym Apostolskiego Błogosławieństwa.

Dan w Rzymie, u świętego Piotra, dnia 13 maja 1967 roku, czwartego roku Naszego Pontyfikatu.

PAULUS PP. VI

Paulus pp VI

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pawel_vi/adhortacje/signum_magnum_13051967.html#

**********

Święty Atanazy Wielki,
biskup i doktor Kościoła

Święty Atanazy Wielki Atanazy urodził się w 295 r. w Aleksandrii. Jak można wnosić z jego pism oraz z imienia jego brata, Piotra, który po nim zasiadł na stolicy aleksandryjskiej, Atanazy był z pochodzenia Grekiem. Posiadał wszechstronne wykształcenie. Jego młodość przypadła na krwawe prześladowanie Dioklecjana i Galeriusza. Miał dosyć okazji podziwiać męstwo męczenników oddających swoje życie za Chrystusa nieraz wśród najwyszukańszych tortur.
W młodym wieku podjął życie w odosobnieniu na pustyni egipskiej, gdzie spotkał św. Antoniego Pustelnika, swego mistrza. Za rządów św. Aleksandra Atanazy w 319 r. został wyświęcony na diakona i pełnił przy biskupie urząd jego sekretarza. Jako autor listu św. Aleksandra do biskupów, w którym błędy Ariusza poddał szczegółowej analizie i krytyce, został zaproszony na Sobór Nicejski (325), na którym zajaśniał niezwykłą wymową i wiedzą teologiczną tak dalece, że można powiedzieć, iż przyczynił się w głównej mierze do potępienia przez ojców soboru Ariusza. Cesarz Konstantyn I Wielki skazał herezjarchę na wygnanie.
Po śmierci biskupa Aleksandra jego następcą został wybrany Atanazy (328). Od samego początku jego pasterzowaniu towarzyszyły wielkie wyzwania. Cesarz Konstantyn odwołał bowiem z wygnania Ariusza i jawnie zaczął sprzyjać jego zwolennikom. Dla umocnienia wiernych swojej diecezji Atanazy rozpoczął uciążliwą wizytację od Assuanu po Tebaidę. W Tabennesi powitał go serdecznie św. Pachomiusz. W tym czasie przeciwnicy Atanazego oskarżyli go przed cesarzem, że objął stolicę aleksandryjską, nie mając jeszcze wieku kanonicznego, a ponadto że popiera przeciwników politycznych cesarza. Atanazy udał się więc do Nikomedii, gdzie wtedy urzędował cesarz, i zbił wszystkie zarzuty przeciwników. Cesarz żegnał go z wielkimi honorami (332).
Przeciwnicy ponownie oskarżyli Atanazego, tym razem o to, że przyczynił się do potajemnego zamordowania ariańskiego biskupa Arseniusza. Kiedy Atanazy zażądał kategorycznie sądu, zorganizowano go na synodzie w Cezarei Palestyńskiej, gdzie została wykazana niewinność Atanazego. Z tej okazji cesarz Konstantyn wystosował nawet do Atanazego list pochwalny.
Ariusz dzięki poparciu cesarza zdołał w tym czasie pozyskać bardzo wielu biskupów na Wschodzie. Sześćdziesięciu z nich zebrało się na synodzie w Tyrze (335). Atanazy omalże nie został na miejscu zabity. Ratował się ucieczką, ale cesarz skazał Atanazego na banicję do Trewiru w Galii. Daremnie w obronie Atanazego pisał do cesarza listy św. Antoni Pustelnik. Dopiero śmierć cesarza w 337 r. przywróciła udręczonemu obrońcy Kościoła wolność.
Wrogowie ponownie wnieśli przeciwko Atanazemu skargę, tym razem do papieża, św. Juliusza I, o to, że nieprawnie objął stolicę biskupią. Atanazy zwołał wówczas synod do Aleksandrii, który wykazał jego niewinność. Przeciwnicy, korzystając z poparcia cesarza ariańskiego, Konstansa I (337-350), wymogli depozycję Atanazego; na jego miejsce wszedł biskup ariański, Grzegorz. Atanazy ponownie musiał ratować się ucieczką (338). Udał się wówczas do Rzymu. Papież św. Juliusz I zwołał dla rozpatrzenia sprawy synod do Rzymu. Wobec zebranych 50 biskupów została ponownie wykazana niewinność Atanazego. Papież wystosował list do biskupów Egiptu, Grzegorza obłożył klątwą i zdjął z urzędu (340). Cesarz poparł papieża i wydał zarządzenie namiestnikowi Egiptu, aby Atanazego przyjął z należnymi mu honorami. Kiedy ten powrócił na swoją stolicę, witały go takie tłumy, że – jak pisze św. Grzegorz z Nazjanzu – przypominało to wylew Nilu. Czterdziestu biskupów Egiptu złożyło mu homagium (346).
Znów niestety Atanazy nie zaznał pokoju. Cesarz Konstancjusz II przeszedł jawnie na stronę arian. Zwołał synody w roku 353 do Arles (Francja), a w roku 355 do Mediolanu (Włochy), na którym potępiono uchwały Soboru Nicejskiego I z roku 325 i potępiono również Atanazego. Cesarz nalegał, by papież, św. Liberiusz I, uczynił to samo. Kiedy zaś ten wyraził stanowczy sprzeciw, także papieża skazał na wygnanie jako heretyka. Atanazy był właśnie wraz ze swoim klerem w katedrze, kiedy wszedł do niej wysłannik cesarski i ogłosił jego depozycję. Atanazy usunięty siłą przez 6 lat ukrywał się wśród znajomych i mnichów na pustyni. W miejsce Atanazego wybrano ariańskiego biskupa Jerzego. W czasie pobytu na pustkowiu wśród oddanych mu mnichów Atanazy napisał dwie apologie do cesarza Konstansa II: jedną w obronie Kościoła przeciwko arianom, drugą zaś w obronie własnej. Napisał także Historię arian.

Święty Atanazy Wielki Po śmierci Konstancjusza II tron objął Julian Apostata. Na początku swoich rządów wydał dekret o uwolnieniu z więzień i banicji wszystkich prawowitych biskupów. Atanazy powrócił więc na swoją stolicę. Niebawem jednak cesarz zaczął jawnie sprzyjać poganom, a prześladować chrześcijan. Zachował się list Juliana Apostaty do namiestnika Egiptu, Egicjusza, z nakazem usunięcia Atanazego nie tylko ze stolicy biskupiej, ale i z Egiptu. Ponownie więc biskup musiał ratować się ucieczką. Cesarz jednak uwikłał się w wojnę z Persami. Przegrał ją i podczas niej zginął. Jego następca, Jan, był szczerze oddany katolikom. Atanazy po raz czwarty wrócił do Aleksandrii. Niestety, po roku umarł cesarz Jan. Po raz piąty Atanazy dekretem cesarskim został zmuszony opuścić swoją owczarnię. Tym razem jednak lud stanowczo opowiedział się za swoim pasterzem i zmusił cesarza do odwołania wyroku banicji. Cztery lata później, w nocy z 2 na 3 maja 373 r. Atanazy zmarł. Św. Grzegorz z Nazjanzu wygłosił ku jego czci wspaniałą mowę. Św. Bazyli nazwał go jedynym obrońcą Kościoła w czasach, kiedy szalał arianizm. Na Soborze Konstantynopolitańskim II (553) wobec papieża św. Wigiliusza zaliczono św. Atanazego do nauczycieli Kościoła. We wszystkich obrządkach obchodzi się jego doroczne święto, chociaż w różnych dniach. Atanazy pozostawił po sobie traktaty. W „Żywocie św. Antoniego” dał podwaliny pod koncepcje życia zakonnego.
Św. German I (VII/VIII w.) przeniósł ciało św. Atanazego do kościoła Mądrości Bożej (Hagia Sofia) w Konstantynopolu w czasie najazdu Arabów. Król Baldwin w XII w. podarował ramię Świętego mnichom z Monte Cassino, a jego ciało przeniesiono do kościoła benedyktynek w Wenecji. Od 1806 roku relikwie Atanazego znajdują się w kościele św. Zachariasza. Jego czaszka znajduje się w opactwie benedyktynów w Valvanera, natomiast w rzymskim kościele pw. św. Atanazego znajduje się część jego ramienia.

W ikonografii (zachodniej) św. Atanazy przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub ortodoksyjnego. Czasami jako kardynał albo mnich. Jego atrybutami są: łódka, rylec, zwój. Na Wschodzie przedstawiany jest w bizantyjskich szatach biskupich z dużymi krzyżami. W obu dłoniach trzyma Ewangelię. Ma szeroką, siwą brodę i łysinę czołową. Często towarzyszy mu św. Cyryl, arcybiskup aleksandryjski.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-02a.php3

Benedykt XVI

Św. Atanazy

Audiencja generalna 20 czerwca 2007

Drodzy Bracia i Siostry!

Kontynuując przedstawianie wielkich nauczycieli starożytnego Kościoła, chcemy dziś poświęcić uwagę św. Atanazemu z Aleksandrii. Jest on w istocie jedną z najważniejszych postaci w tradycji chrześcijańskiej: zaledwie kilka lat po jego śmierci Grzegorz z Nazjanzu, wielki teolog i biskup Konstantynopola, nazwał go «filarem Kościoła» (Mowy, 21, 26), i zawsze, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, uznawano go za wzór prawowierności. Nie przypadkiem zatem w grupie czterech świętych doktorów Kościoła wschodniego i zachodniego, którzy we wspaniałej absydzie Bazyliki Watykańskiej otaczają katedrę św. Piotra, Gian Lorenzo Bernini obok Ambrożego, Jana Chryzostoma i Augustyna umieścił jego statuę.

Atanazy był niewątpliwie jednym z najważniejszych i najbardziej czczonych Ojców starożytnego Kościoła. Lecz przede wszystkim ten wielki święty był zagorzałym teologiem wcielenia Logosu, Słowa Bożego, które — jak mówi prolog czwartej Ewangelii — «stało się ciałem i zamieszkało wśród nas» (J 1, 14). Właśnie z tego powodu Atanazy był również najważniejszym i najbardziej nieprzejednanym przeciwnikiem herezji ariańskiej, która zagrażała wówczas wierze w Chrystusa, umniejszając Go do poziomu stworzenia pośredniego między Bogiem i człowiekiem, zgodnie z pewną powracającą co pewien czas w historii tendencją, przejawiającą się na różne sposoby również dzisiaj. Atanazy urodził się prawdopodobnie w Aleksandrii w Egipcie około r. 300. Otrzymał solidne wykształcenie, a następnie został diakonem i sekretarzem biskupa egipskiej metropolii Aleksandra. Jako bliski współpracownik biskupa młody duchowny wziął wraz z nim udział w Soborze Nicejskim, pierwszym soborze powszechnym, zwołanym przez cesarza Konstantyna w maju 325 r., aby zapewnić Kościołowi jedność. Ojcowie Soboru Nicejskiego mogli zająć się wieloma różnymi sprawami, a przede wszystkim ważnym problemem, jaki powstał w związku z naukami głoszonymi przez aleksandryjskiego kapłana Ariusza.

Jego teoria stanowiła zagrożenie dla prawdziwej wiary w Chrystusa, ponieważ twierdził on, że Logos nie był prawdziwym Bogiem, lecz Bogiem stworzonym, bytem «pośrednim» między Bogiem i człowiekiem, toteż prawdziwy Bóg pozostawał dla nas na zawsze niedostępny. Biskupi zgromadzeni w Nicei ustosunkowali się do tej teorii, uściślając i ustalając «Symbol wiary», który po późniejszym uzupełnieniu przez Sobór Konstantynopolitański pozostał w tradycji różnych wyznań chrześcijańskich oraz w liturgii jako nicejsko-konstantynopolitańskie wyznanie wiary. W tym bardzo ważnym tekście — który wyraża wiarę niepodzielonego Kościoła i który odmawiamy również dziś w każdą niedzielę podczas Mszy św. — użyto greckiego terminu homooúsios, po łacinie consubstantialis, aby wskazać, że Syn, Logos, jest «współistotny» Ojcu, jest Bogiem z Boga, jest Jego istotą. W ten sposób ukazano pełne Bóstwo Syna, które negowali arianie.

Po śmierci biskupa Aleksandra w 328 r. Atanazy został jego następcą, biskupem Aleksandrii, i od razu dał się poznać jako stanowczy przeciwnik jakichkolwiek ustępstw na rzecz teorii ariańskich, potępionych przez Sobór Nicejski. Swą nieprzejednaną, stanowczą i niekiedy bardzo surową — nawet jeśli konieczną — postawą wobec tych, którzy sprzeciwili się jego wyborowi na biskupa, a przede wszystkim wobec przeciwników symbolu nicejskiego, przysporzył sobie zaciekłych wrogów wśród arianów i filoarianów. Pomimo jednoznacznego orzeczenia Soboru, który jasno potwierdził, że Syn jest współistotny Ojcu, błędne idee wkrótce znowu stały się popularne — tak dalece, że Ariusz został zrehabilitowany — i ze względów politycznych zyskały poparcie samego cesarza Konstantyna, a następnie jego syna Konstancjusza II. Cesarz zresztą, którego interesowała nie tyle prawda teologiczna, co jedność cesarstwa i jego problemy polityczne, chciał upolitycznić wiarę, czyniąc ją bardziej przystępną — w jego mniemaniu — dla wszystkich poddanych cesarstwa.

Kryzys ariański, który w Nicei wydawał się przezwyciężony, trwał jeszcze przez kilkadziesiąt lat, a Kościół czekało wiele trudnych doświadczeń i bolesnych podziałów. W przeciągu 30 lat, od 336 do 366 r., aż pięć razy Atanazy był zmuszony opuścić swą diecezję, 17 lat spędził na wygnaniu i wiele wycierpiał dla wiary. Jednakże w okresie swego przymusowego oddalenia od Aleksandrii, biskup mógł umacniać i szerzyć na Zachodzie, najpierw w Trewirze, a następnie w Rzymie, wiarę nicejską oraz ideały życia monastycznego, które urzeczywistniał w Egipcie wielki eremita Antoni i które zawsze były Atanazemu bardzo bliskie. Św. Antoni, ze względu na swą duchową siłę, był najważniejszą postacią popierającą wiarę św. Atanazego. Powróciwszy na stałe do diecezji, biskup Aleksandrii mógł się poświęcić przywracaniu pokoju religijnego i reorganizacji wspólnot chrześcijańskich. Zmarł 2 maja 373 r. i tego właśnie dnia obchodzimy jego liturgiczne wspomnienie.

Najbardziej znanym dziełem doktrynalnym św. biskupa Aleksandrii jest traktat O Wcieleniu Słowa Bożego, boskiego Logosu, który stawszy się ciałem, stał się do nas podobny dla naszego zbawienia. W tym dziele Atanazy zawarł słowa, które nieprzypadkowo stały się bardzo znane: Słowo Boże «stało się człowiekiem, abyśmy my stali się Bogiem; On stał się widzialny w ciele, abyśmy mieli wyobrażenie o Ojcu niewidzialnym, i zniósł od ludzi przemoc, abyśmy odziedziczyli niezniszczalność» (54, 3). Przez swe zmartwychwstanie Pan zniweczył bowiem śmierć, niczym «słomę w ogniu» (8, 4). Główną ideą, która przyświecała wszystkim teologicznym zmaganiom św. Atanazego było właśnie przekonanie, że Bóg jest dostępny. I to nie Bóg drugiej kategorii, ale Bóg prawdziwy. A my poprzez komunię z Chrystusem możemy rzeczywiście zjednoczyć się Bogiem. On rzeczywiście stał się «Bogiem z nami».

Spośród innych dzieł tego wielkiego Ojca Kościoła — które w dużej mierze są związane z dziejami kryzysu ariańskiego — warto wspomnieć cztery listy napisane do jego przyjaciela Serapiona, biskupa Thmuis, o Bóstwie Ducha Świętego, które zostało przez niego wyraźnie potwierdzone, oraz trzydzieści listów «świątecznych», pisanych na początku każdego roku do Kościołów i klasztorów w Egipcie, aby je poinformować o dacie Wielkanocy, a przede wszystkim, by umocnić relacje między wiernymi, utwierdzić w nich wiarę i przygotować ich do tej wielkiej uroczystości.

Atanazy jest też autorem medytacji o Psalmach, które zyskały z czasem wielki rozgłos, a przede wszystkim dzieła, które stało się swoistym bestsellerem starożytnej literatury chrześcijańskiej, a mianowicie Żywota Antoniego, czyli biografii św. Antoniego opata, napisanej tuż po śmierci świętego, kiedy biskup Aleksandrii przebywał wśród mnichów na pustyni w Egipcie na wygnaniu. Atanazy był przyjacielem wielkiego eremity, i to tak bliskim, że w spadku po nim otrzymał jedną z dwóch pozostawionych przez niego owczych skór oraz płaszcz, który sam mu niegdyś podarował. Dzieło to szybko stało się bardzo popularne, dwukrotnie zostało przetłumaczone na łacinę oraz na różne języki wschodnie. Ta wzorcowa biografia tej tak ważnej w tradycji chrześcijańskiej postaci przyczyniła się do rozwoju życia monastycznego na Wschodzie i na Zachodzie. To nie przypadek, że właśnie lektura tego tekstu w Trewirze jest głównym momentem pasjonującego opowiadania o nawróceniu dwóch urzędników cesarskich, które Augustyn zamieścił w Wyznaniach (VIII, 6, 15) jako wprowadzenie do opisu swego nawrócenia.

Sam Atanazy jasno zdawał sobie sprawę z tego, jak wielki wpływ na lud chrześcijański może mieć przykład św. Antoniego. W zakończeniu do tego dzieła napisał: «To, że wszędzie będzie znany, przez wszystkich podziwiany i upragniony, również przez tych, którzy nigdy go nie widzieli, będzie świadectwem jego cnoty i duszy zaprzyjaźnionej z Bogiem. Bowiem nie ze swych pism, mądrości ludzkiej czy jakichkolwiek innych umiejętności znany jest Antoni, lecz jedynie ze swej pobożności. I nikt nie będzie mógł zaprzeczyć, że jest to dar Boga. Czyż bowiem mówiłoby się w Hiszpanii, Galii, Rzymie i Afryce o tym człowieku, który żył w odosobnieniu pośród gór, gdyby Bóg sam nie sprawił, że wszędzie jest znany? Tak bowiem postępuje On z tymi, którzy do Niego należą i już na początku zapowiedział to Antoniemu. Bo choć ludzie tacy żyją w ukryciu i chcą pozostać nieznani, Pan ukazuje ich wszystkim niczym lampę, aby ci, którzy o nich usłyszą, wiedzieli, że można żyć według przykazań i nabrali odwagi do pójścia drogą cnoty» (Żywot Antoniego, 93, 5-6).

Tak, bracia i siostry! Tak wiele zawdzięczamy św. Atanazemu! Jego życie, tak jak życie Antoniego i niezliczonej rzeszy świętych, ukazuje nam, że ten «kto zmierza ku Bogu, nie oddala się od ludzi, ale staje się im prawdziwie bliski» (Deus caritas est, 42).

Światowy Dzień Uchodźcy

Dziś obchodzony jest Światowy Dzień Uchodźcy, ustanowiony z inicjatywy Organizacji Narodów Zjednoczonych, aby nie ulegała osłabieniu wrażliwość opinii publicznej na problemy tych, których realne zagrożenie życia zmusza do ucieczki ze swoich krajów. Przyjmowanie uchodźców i udzielanie im gościny jest obowiązkiem wszystkich, wynikającym z ludzkiej solidarności, która nakazuje nam zadbać o to, by nie poczuli się odizolowani z powodu nietolerancji i obojętności. Dla chrześcijan jest to także konkretny sposób okazywania miłości ewangelicznej. Wyrażam płynące z serca życzenie, by tym naszym braciom i siostrom, którzy tak wiele wycierpieli, był zagwarantowany azyl i uznanie ich praw, i wzywam szefów państw, aby zapewniali ochronę potrzebującym, których sytuacja jest drażliwa.

Słowo Ojca Świętego do Polaków:

Pozdrawiam serdecznie Polaków, a szczególnie młodzież, która wkrótce rozpoczyna wakacje. Niech ten czas odpoczynku jeszcze bardziej zbliży was do Boga. Życzę, byście wrócili z wakacji ubogaceni i piękni duchowo. Wam wszystkim tu obecnym, waszym rodzinom, dzieciom i młodzieży serdecznie błogosławię. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

 

opr. mg/mg

Copyright © by L’Osservatore Romano (7-8/2007) and Polish Bishops Conference

http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/audiencje/ag_20062007.html

***** **

Św. Atanazy – strażnik wiary

Aktualizacja: 2012-05-4 8:49 pm

Rzucamy dzisiaj wyzwanie pewnemu wyobrażeniu o świętości, które nie wytrzymuje próby faktów. Wyobrażenie: słodkawo-mdławo-tolerancyjna sielanka. Fakty: pożywne, ewangeliczne, prawdziwe.

„Nolite arbitrari quia venerim mittere pacem in terram; non veni pacem mittere sed gladium.
Veni enim separare
hominem adversus patrem suum
et filiam adversus matrem suam
et nurum adversus socrum suam:
et inimici hominis domestici eius.
Qui amat patrem aut matrem plus quam me, non est me dignus; et qui amat filium aut filiam super me, non est me dingus”.

„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 34-37).

Kto twierdzi, że w Kościele najważniejszy jest Chrystus – mówi prawdę.

Kto twierdzi, ze w Kościele najważniejsza jest wiara i miłość do Chrystusa – mówi prawdę.

Kto twierdzi, ze w Kościele najważniejsza jest wierność Prawdzie – mówi prawdę.

Kto twierdzi, że w Kościele najważniejsza jest jedność między ludźmi – kłamie.

Kto twierdzi, ze w Kościele najważniejsza jest zgoda między ludźmi – kłamie.

Kto twierdzi, ze w Kościele najważniejsza jest tolerancja – kłamie.

Wspaniałe są burzliwe życiorysy Świętych!

Wierność Chrystusowi i Jego Prawdzie kosztowała św. Atanazego wiele: niełaska ze strony cesarzy, wrogość i nienawiść ze strony hierarchów, intrygi, złośliwe pomówienia i oszczerstwa, kilkakrotne wygnanie ze stolicy biskupiej…

To był pasterz wierzący, trwający przy Prawdzie, gotowy poświęcić swoją głowę dla Chrystusa. Biskup wzorcowy. W czasach szalejącej w Kościele w IV wieku herezji ariańskiej, negującej bóstwo Jezusa Chrystusa, wytrwał przy Prawdzie i wielu do wytrwania w Prawdzie umocnił i przysposobił. Dobry pasterz, siejący owcom zdrowe ziarno Prawdy. Politycznie niepoprawny. Niekoniunkturalny. Niekarierowiczowski. Niezdradliwy. Nie budował kariery kościelnej na zdradzie Prawdy, na tolerancji i na kulcie świętego spokoju.

Jego życie obala fałszywe dogmaty:

Większość ma rację.

Większość tak naucza, więc ma rację – należy tak nauczać, jak większość.

Większość tak robi, więc ma rację – należy tak robić, jak większość.

Należy się dostosować. Należy się nie wychylać.

Należy być posłusznym władzy świeckiej bez względu na to, czy jej polecenia i rozkazy zmuszają do zdrady Prawdy.

Należy być posłusznym władzy kościelnej bez względu na to, czy jej polecenia i rozkazy zmuszają do zdrady Prawdy.

Św. Atanazy nie dostosował się do kryterium większościowego.

Św. Atanazy nie był posłuszny za cenę zdrady Prawdy.

Św. Atanazy nie dostosował się.

Św. Atanazy szlachetnie się wychylił przez swoją wierność Prawdzie.

Św. Bazyli nazwał go jedynym obrońcą Kościoła w czasach, kiedy szalał arianizm.

Książka cenna, przystępna – ważna: Frances Alice Forbes, Św. Atanazy. Strażnik wiary, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2006, s. 172.

Życiorys czyta się błyskawicznie.

Aktualizacje i „zastosowania współczesne” każdy Czytelnik, zdrowo myślący w kategoriach Prawdy, znajdzie sam.

Jeśli można, jedna tylko roztropna przestroga – po lekturze: Przez dostosowanie się do kryterium większościowego i potulne poddanie się posłuszeństwu destrukcyjnemu (= zmuszającemu do zdrady Prawdy) przyczynialibyśmy się do zniszczenia Kościoła, Tradycji, Prawdy.

Przez wierność Prawdzie ocalamy dzisiaj Kościół w takim kształcie, w jakim zamierzył go nasz Pan Jezus Chrystus. Zaszczytna rola obrońcy wiary (defensor fidei) pozostaje przed nami nagląco otwarta, bo czas pomieszania powszechnego nam dziś nastał.

„Miror quod tam cito transferimini ab eo, qui vos vocavit in gratia Christi, in aliud evangelium; quod non est aliud, nisi sunt aliqui, qui vos conturbant et volunt convertere evangelium Christi. Sed licet nos aut angelus de caelo evangelizet vobis praeterquam quod evangelizavimus vobis, anathema sit! Sicut praediximus, et nunc iterum dico: Si quis vobis evangelizaverit praeter id, quod accepistis, anathema sit!”.

„Nadziwić się nie mogę, że od Tego, który was łaską Chrystusa powołał, tak szybko chcecie przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! Już to przedtem powiedzieliśmy, a teraz jeszcze mówię: Gdyby wam kto głosił Ewangelię różną od tej, którą od nas otrzymaliście – niech będzie przeklęty!” (Ga 1, 6-9).

 

„Et eritis odio omnibus propter nomen meum; qui autem perseveraverit in finem, hic salvus erit”.

„Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10, 22).

Ks. Jacek Bałemba SDB

http://www.bibula.com/?p=56184

******

Święty Zygmunt, król i męczennik

Relikwiarz św. Zygmunta w Płocku Zygmunt był synem Gundobalda, króla Burgundii (+ 516). Jeszcze za życia ojca rządził częścią państwa. Był arianinem. Pod wpływem nauk św. Awita, biskupa Vienne, przeszedł na katolicyzm (po 501 r.).
Początkowo rządy Zygmunta były nader pomyślne. Trwało to jednak niestety zbyt krótko. Za poduszczeniem swojej drugiej małżonki król dopuścił się zbrodni. Macocha oskarżyła syna Zygmunta z pierwszego małżeństwa, Sigeryka, że knuje przeciwko niemu zdradę stanu. Król uwierzył niecnej kobiecie, która w ten sposób chciała otworzyć drogę do tronu swemu własnemu synowi, i kazał w swojej obecności Sigeryka zadusić. Gdy jednak pierwszy szał minął, rzucił się na ciało syna i zaczął gorzko płakać.
Podanie głosi, że dla odbycia pokuty za ten mord Zygmunt udał się do klasztoru w Agaunum, w pobliżu Szwajcarii, który sam ufundował, i w charakterze mnicha prowadził tam surowe życie (522). Pisze o tym św. Grzegorz z Tours (+ 594) w swojej Historii Franków. Zbrodnia dokonana na Sigeryku miała niestety także następstwa polityczne. O krew Sigeryka upomniał się jego dziadek, Teodoryk Wielki (+ 526). Wypowiedział on wojnę Burgundii. Zygmunt opuścił więc klasztor i udał się na pole walki. Przegrał wojnę i został zmuszony do ucieczki wraz z żoną i dziećmi. W czasie pościgu sprzymierzony z Teodorykiem król Franków, Klodomir, pochwycił Zygmunta i wraz z rodziną uprowadził do Orleanu. Następnie w miejscowości Culmiers wrzucono wszystkich do studni, co spowodowało ich śmierć w 524 r.
Tradycja zachowała w pamięci Zygmunta jako króla pobożnego. Chętnie porównywano go z królem Dawidem, który dopuścił się zbrodni, ale odpokutował swój grzech. Św. Grzegorz z Tours nazywa Zygmunta męczennikiem; jako taki też odbiera cześć.
Ciało św. Zygmunta przeniesiono do kościoła opactwa św. Maurycego. Do dziś spoczywa ono tam w kosztownym i artystycznym sarkofagu. Część relikwii złożono w osobnym relikwiarzu, by można je było wystawić i nieść w czasie procesji. W wieku XIV i XV św. Zygmunt należał do najpopularniejszych świętych Europy.
Szczególną czcią otacza św. Zygmunta diecezja płocka. W roku 1166 biskup Werner przywiózł do Płocka z Akwizganu jako dar cesarza Fryderyka I część czaszki św. Zygmunta. Król polski Kazimierz Wielki zamówił u złotników krakowskich kosztowną hermę, popiersie Świętego, w którym umieszczono tę relikwię. Hermę zdobi diadem piastowski z wieku XIII, ozdobiony szafirami, rubinami i perłami. Św. Zygmunt jest patronem miasta Płocka. W katedrze płockiej ma osobną kaplicę. Jest także patronem Cremony w Lombardii i diecezji Monachium-Fryzynga; wzywany jako orędownik podczas malarii oraz przez chorych na przepuklinę.

W ikonografii atrybutem Świętego jest studnia, w której został utopiony.

http://www.brewiarz.katolik.pl/czytelnia/swieci/05-02b.php3

 

********

***************************************************************************************************************************************

TO WARTO PRZECZYTAĆ

*****

Patriotyzm pokolenia Z

Przewodnik Katolicki

Marcin Skobrtal / pk

(fot. shutterstock.com)

Wojna to dla nich temat lekcji historii, a czas PRL-u znają tylko z opowieści starszych. Młodzi ludzie są gotowi do poświęceń dla Polski, ale oczekują, że otrzymają coś w zamian.

 

„Ojczyznę kochać trzeba i szanować…” – te słowa piosenki służą mi jako wprowadzenie do lekcji na temat patriotyzmu w II klasie liceum. Przed szkołą, w której uczę, od kilku lat na maszcie powiewa flaga. Stała się elementem tak powszednim, że niemal niewidocznym. Krzewienie patriotyzmu jest górnolotnie brzmiącym hasłem, jednak jeśli bliżej się nad tym zastanowić, to pojawia się szereg bardzo przyziemnych pytań. Przede wszystkim, czym jest patriotyzm? Słownik mówi: miłością do ojczyzny. Jednak każdy tę miłość inaczej rozumie i okazuje. Trzeba również pamiętać, że jest to pojęcie zmienne w miejscu i czasie. Szczególnie interesujące jest jego postrzeganie przez ludzi młodych, moich uczniów, urodzonych w drugiej połowie lat 90., a więc już w wolnej Polsce. Nazywani są generacją Z – dorastają w świecie bez granic, za to z nowymi technologiami. Dla nich demokracja i wolność są czymś codziennym, wartości zaś wyznacza rynek. Szczególne jest także ich podejście do patriotyzmu.

 

Znaczenie patriotyzmu
Dla jednych zabrzmi to jak prowokacja, dla innych będzie to smutny obraz rzeczywistości. Jednak wielu młodym bliższe są postawy kosmopolityczne, szczególnie że sytuacja ekonomiczna często skazuje ich na wyjazd z Polski. Czy to jednak oznacza, że ojczyzna jest obojętna całemu pokoleniu?

 

„Młodzież dzisiaj jest kompletnie antypatriotyczna. Pomimo że to masa moich znajomych, ja sama jestem tym trochę wzburzona” – mówi tegoroczna maturzystka Natalia.

 

„Dla mnie patriotyzm to związanie z ojczyzną, świadomość bycia częścią większej całości. W końcu to, że jestem Polką i w Polsce mieszkam, jakoś mnie ukształtowało i nie chcę traktować swojego kraju, kultury i tradycji po macoszemu. Szkoda tylko, że jakby – nie daj Bóg – sytuacja polityczna z sąsiadami przestała być dla nas korzystna, to większość młodzieży uciekałaby gdzie pieprz rośnie, a Polska miałaby okazję zostać niechlubną nową Francją” – przewiduje Natalia.
Nieco inną diagnozę stawia Maciej: „Wśród moich rówieśników można zauważyć zdecydowaną przewagę patriotów niż kosmopolitów. Największą jednak grupę stanowią ci, którzy nie mają zdania, bo z jednej strony gardzą typowym «polactwem», a z drugiej czują się dumni z obywatelstwa przy wyjazdach na wakacje czy świętach narodowych” – mówi drugoklasista.

 

Rozumienie patriotyzmu
Oczywiście pojawiają się definicje tradycyjne: „Patriotyzm to głównie przywiązanie do tradycji narodowych oraz życie zgodne z nimi. Patriota powinien kierować się w życiu ideami narodowymi wynikającymi z historii Polski. Patriotyzm to również wierność państwu polskiemu oraz znajomość historii ojczyzny” – wyjaśnia 19-letnia Kamila.

 

Obok emocjonalnego stosunku do wyznaczników tożsamości narodowej, takich jak historia, kultura i język, często pojawia się potrzeba pracy na rzecz ojczyzny. Patriotyzm dla 17-letniego Mateusza oznacza kochanie własnej ojczyzny: „Patriota powinien brać udział w państwowych świętach, mówić z szacunkiem o ojczyźnie. Pracować na rzecz jej rozwoju.”

 

Pojawiają się także definicje obywatelskie, jak ta przedstawiona przez trzecioklasistkę Olę: „Patriotyzm objawia się szacunkiem do ojczyzny, zainteresowaniem obecną sytuacją kraju, uczestnictwem w wyborach, przestrzeganiem prawa, dbaniem o wspólne dobro, ale również dobrym traktowaniem innych obywateli” – wymienia maturzystka.
Sprawa rozwoju ojczyzny wydaje się być dla młodych niezwykle istotna: „Patriotyzm młodzieży to chęć kontynuowania pracy nad rozwojem kraju, dbanie o to, by pielęgnować to, czym można się chlubić, i naprawiać to, z czego wciąż nie możemy być zadowoleni. Patriotyzm to przede wszystkim przekazywanie wspólnych rodakom wartości i troska o to, by były one kultywowane, a błędy przeszłości naprawiane.” Z 19-letnią Patrycją zgadza się o dwa lata młodszy Paweł: „Powinniśmy w miarę naszych możliwości dążyć do naprawienia wadliwych elementów i udoskonalenia mechanizmów, z którymi wszyscy mamy do czynienia, bo właśnie to cechuje prawdziwego patriotę.” Tę dbałość o dobro wspólne podkreśla jego kolega z klasy, Marceli: „Patriotyzm młodzieży to dla mnie szacunek dla swoich rówieśników, dbanie o wspólne dobro przynajmniej w takim stopniu, żeby nie niszczyć np. boisk, ławek czy parków. Przede wszystkim patriotyzm możemy pokazać poprzez znajomość własnej historii.”
Świetnym podsumowaniem mogą być tutaj słowa Patryka, harcerza i miłośnika muzyki hardrock: „Flaga w końcu się podrze, godło rozmyje, a hymn może zostać zapomniany. Według mnie istotą patriotyzmu jest zwykła troska i oddanie. W obliczu zagrożenia nasze państwo słynie z niesamowitej wręcz mobilizacji i solidarności. Ale w czasach pokoju również jesteśmy potrzebni. I to nie w słowach czy postach na Facebooku. Stawianie na praktykę to w moim przekonaniu co najmniej nieprzeszkadzanie ludziom, którzy naprawdę działają dla dobra kraju. Istotą jest założenie, że to mój kraj, mój dom. A o własny dom należy dbać” – kończy 18-latek.
Jak widać, młodzieży często obca jest megalomania narodowa, wręcz przeciwnie: potrafią podchodzić z dystansem do swojego narodu i krytycznie spoglądać na państwo. Tak często akcentowana praca organiczna nie oznacza braku gotowości do poświęceń. Oba te wątki mogą być nawet łączone – tak jak robi to Kamila: „Patrząc z perspektywy historii naszej ojczyzny, pojęcie to było szczególnie związane z gotowością poświęcenia życia dla niej. Dziś, żyjąc w świecie ciągłej bieganiny, przejawem patriotyzmu jest chociażby branie na swoje barki odpowiedzialności za funkcjonowanie państwa, jest to również życie dla ojczyzny, niekoniecznie bohaterskie przelanie za nią krwi. Śmiem nawet twierdzić, że oznaką patriotyzmu jest chęć nauki, poszerzania horyzontów, co w znacznym stopniu może się przyczynić do rozwoju państwa” – mówi drugoklasistka.

 

Patriotyzm to styl życia
„Albo jest się dumnym z tego, że jest się Polakiem, albo nie. Nie uznaję zdania pomiędzy. Wiem jedno: mimo skomplikowanej sytuacji kraju cieszę się, że przyszło mi urodzić się Polką i gdyby trzeba było to byłabym w stanie oddać życie, tak jak robili to nasi przodkowie chcąc zapewnić nam przede wszystkim wolność, niepodległość i godny byt” –  mówi Nikola.
Obok rozwoju i walki, w wypowiedziach młodzieży przewija się również wątek polskości na obczyźnie. Bardzo ciekawie w tym kontekście brzmią słowa maturzysty Piotrka, który poświęcenie dla kraju zestawia z jakże aktualnym tematem emigracji: „Patriotyzm jest dla mnie bardzo ważnym zagadnieniem, jednak nie pojmuję go w takim współczesnym rozumieniu. Bardziej jestem oddany Polsce jako samemu państwu niż temu, co dzieje się w naszym kraju. Jak najbardziej wyjechałbym stąd do innego kraju w celach zarobkowych lub z innej przyczyny. Jeżeli jednak Polska jako państwo byłaby zagrożona wojną lub innymi kataklizmami, to jak najbardziej wróciłbym i zrobił, co tylko mogę, by pomóc” – deklaruje Piotrek. Bardzo bliska takiemu poglądowi jest Pola, która choć chce zwiedzić świat, deklaruje, że zawsze będzie wracać do kraju: „Mam w głowie przekonanie, które mówi «jeśli trzeba, będziesz walczyć». W obliczu sytuacji związanej z Rosją, gdzieś z tyłu głowy mam pełną gotowość bojową by chronić swój kraj. Nie jest najlepiej, ale można to zmienić. Jeśli ja tego nie zrobię i nie zajmę się tym, to nikt tego nie zrobi.”
Wątek emigracyjny podejmowany jest przez Macieja: „Można być patriotą na obczyźnie, bo sytuacja materialna/polityczna wymagała opuszczenia kraju. Co nie oznacza, że taka osoba przestaje się przyznawać do swojej narodowości. To, do czego dążą młodzi patrioci w Polsce, to przede wszystkim poprawa naszego wizerunku za granicą. Wielu na obczyźnie przebywa chętnie, bo żyje się lepiej, nie zapominają jednak o tym, gdzie są ich korzenie. Patriotyzm to właśnie szerzenie polskiej kultury nie tylko tutaj – w Polsce – ale przede wszystkim za granicą. Bo tam są prawdziwi patrioci, którzy pomimo że ich kultura, język, sposób życia zostały przyswojone od innego narodu, to nie zapominają o swoim prawdziwym pochodzeniu – a nawet są z niego dumni” – przyznaje prawie pełnoletni chłopak.

 

Dla młodych Polska jest szczytną ideą, za którą warto walczyć, jednak krytycznie podchodzą do współczesności i mają świadomość, że granice nie zamykają im świata, tak jak było to jeszcze za czasów ich rodziców czy dziadków.

 

***
Co do istnienia patriotyzmu młodych nie można mieć wątpliwości. To patriotyzm pragmatyczny i pozytywistyczny, przeznaczony na czas pokoju i nic dziwnego, bo dla dzisiejszych nastolatków wojna to tylko temat lekcji historii. To patriotyzm, w którym piękna idea zderza się z mankamentami rzeczywistości, którego nie można zamknąć w jednym państwie ani też w jednej głowie. To jest patriotyzm ludzi, którzy chcieliby Polsce wiele dać, ale oczekują również, że otrzymają coś w zamian.

 

Zakończeniem tych rozważań może być wypowiedź najbardziej poetycka ze wszystkich, której autorem jest 17-letni Jakub: „Patriotyzm to miłość do piękna, które widzimy w ludziach, miejscach i momentach występujących w miejscu, które jest naszym domem. Ale to ty najpierw musisz takie miejsce odkryć i do niego dotrzeć. Patriotyzm to potrzeba, jaką jest dla nas obrona tego miejsca przed tym, co według nas zniszczyłoby jego wyjątkowość. Patriotyzm to powód do wielkich, ale i tych mniejszych czynów. To źródło weny, ale i coś, co sprawia, że kiedy odsłaniasz zasłony i widzisz to, co jest za oknem, to wiesz, że warto to kochać i doceniać. Że to miejsce, ten widok czynią cię szczęśliwym i sprawiają, że możesz być tym, kim powinieneś, a więc wspaniałym i tyle wartym sobą.”

http://www.deon.pl/po-godzinach/historia-i-spoleczenstwo/art,195,patriotyzm-pokolenia-z.html

******

Matka Boża, maj i przydrożne kapliczki

KAI / pk

(fot. papapishu / flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Maj jest w Kościele miesiącem szczególnie poświęconym czci Matki Bożej. Słynne „majówki” – nabożeństwa, odprawiane wieczorami w kościołach, przy grotach, kapliczkach i przydrożnych figurach, na stałe wpisały się w krajobraz Polski. Jego centralną częścią jest Litania Loretańska, do której w tym roku dodano nowe wezwanie.

Początków tego nabożeństwa należy szukać w pieśniach sławiących Maryję Pannę znanych na Wschodzie już w V wieku. Na Zachodzie poświęcenie majowego miesiąca Matce Bożej pojawiło się dopiero na przełomie XIII i XIV w., dzięki hiszpańskiemu królowi Alfonsowi X. Zachęcał on by wieczorami gromadzić się na wspólnej modlitwie przed figurami Bożej Rodzicielki.

 

Nabożeństwo majowe bardzo szybko stało się popularne w całej chrześcijańskiej Europie. Jeden z mistyków nadreńskich, dominikanin bł. Henryk Suzo, w swoich tekstach wspomina, że jeszcze jako dziecko w maju zbierał na łąkach kwiaty i zanosił je Maryi. W XVI w. upowszechnieniu nabożeństwa sprzyjał wynalazek druku. Po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi w wydanej w 1549 r. w Niemczech książeczce „Maj duchowy”, która była odpowiedzią na Reformację.

 

W wielu żywotach świętych oraz kronikach zakonnych można wyczytać o majowym kulcie Maryi Panny. Dobrym przykładem jest św. Filip Nereusz, który gromadził dzieci przy figurze Matki Bożej, zachęcał do modlitwy i do składania u jej stóp kwiatów. Podobne zwyczaje opisują XVII wieczne kroniki włoskich dominikanów.

 

Ojcem nabożeństw majowych jest żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku w Neapolu jezuita o. Ansolani. Organizował on w kaplicy królewskiej specjalne koncerty pieśni maryjnych, które kończył uroczystym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Wielkim propagatorem tej formy czci Matki Bożej był jezuita, o. Muzzarelli, który w 1787 r. wydał specjalną broszurkę, którą rozesłał do wszystkich włoskich biskupów. Pomimo kasaty jezuitów przez Klemensa XIV, o. Mazurelli wprowadził nabożeństwo majowe w kościele Il Gesu w Rzymie. Rozpowszechnił je również w Paryżu, towarzysząc papieżowi Piusowi VII podczas koronacji Napoleona Bonaparte. To właśnie Pius VII obdarzył nabożeństwo majowe pierwszymi odpustami. W 1859 r. kolejny następca św. Piotra – Pius IX, zatwierdził obowiązującą do naszych czasów formę nabożeństwa, składającego się z Litanii Loretańskiej, nauki kapłana oraz uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

 

Litania Loretańska, która jest główną częścią nabożeństw majowych, powstała prawdopodobnie już w XII w. we Francji. Zebrane wezwania sławiące Maryję Pannę zatwierdził 11 czerwca 1587 r. papież Sykstus V. Swoją nazwę zawdzięcza włoskiej miejscowości Loreto, gdzie była niezwykle popularna. Ponieważ często modlący się dodawali do niej własne wezwania, w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała dokonywania w tekście samowolnych zmian. Nowe wezwania posiadały aprobatę Kościoła i wynikały z rozwoju mariologii. W Polsce jest o jedno wezwanie więcej. W okresie międzywojennym, po zatwierdzeniu przez Stolicę Apostolską uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, za zgodą papieża Piusa XI, do Litanii dołączono wezwanie „Królowo Polski”.

 

W tym roku do Litanii zostało dodane nowe wezwanie. Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zezwoliła, by w Polsce mogło być dodane wezwanie: „Matko Miłosierdzia”. Będzie ono umiejscowione po wezwaniu: „Matko Łaski Bożej”.

 

W wielu miejscowościach wierni modlą się na „majowym” nie tylko w kościołach, ale także przy kapliczkach czy na ulicach miast. W Kielcach wspólnota „Zarażę cię Bogiem” organizuje w tym roku trzy „uliczne majówki”. Organizatorzy zamierzają wyjść na ulice Kielc z figurką Matki Bożej i na ulicach odmawiać litanię loretańską.

 

Warszawskie środowisko skupione wokół magazynu „Dywiz”, w poprzednim roku zapraszało na nabożeństwa majowe zatytułowane „Ucieczka grzesznych”. Wspólna modlitwa odbywała się przy kapliczkach miejskich. „Sięgamy do ich podstawowego sensu i przeznaczenia. Oglądamy zdjęcia dawnych mieszkańców Warszawy zgromadzonych na wieczornej modlitwie przy swojej kapliczce i jesteśmy poruszeni. Przypominamy sobie, że kapliczki służyły kiedyś do tego, by się przy nich modlić. I przekonani jesteśmy, że cały czas to właśnie jest ich najlepsze zastosowanie, także w ruchliwym mieście” – tak swój pomysł tłumaczą organizatorzy.

 

Na podobny pomysł wpadł kilka lat temu ks. Michał Misiak z Łodzi, który na wspólna modlitwę postanowił zaprosić młodzież. Pomysł powstał spontanicznie, gdy ksiądz pewnego dnia chodził z młodzieżą po jednym z łódzkich osiedli i postanowił pomodlić się za młodych, którzy siedzieli między blokami i pili piwo. Ktoś powiedział, że warto byłoby powtórzyć to następnego dnia. Jak tłumaczy ks. Misiak, nabożeństwa odbywały się wieczorem, bo wtedy na placu zabaw zbiera się okoliczna młodzież i można ją zaprosić. W organizowanych przez niego „majowych” uczestniczyło nawet 40 osób. I tak tradycja nabożeństw na placu zabaw trwała aż do 2014 roku, do kiedy ksiądz mieszkał w Łodzi.

 

Z kolei w Gnieźnie o nabożeństwach majowych wiernym przypomina… trąbka. Pomysł zrodził się spontanicznie kilka lat temu i spotkał z bardzo pozytywnym odbiorem mieszkańców. Jak mówi ks. kan. Jan Kasprowicz, proboszcz i kustosz katedry gnieźnieńskiej, dźwięk trąbki rozlegający się w majowe wieczory z katedralnej wieży na dobre wpisał się w koloryt miasta św. Wojciecha. I o ile mieszkańców już nie dziwi, o tyle turystów intryguje. Zatrzymują się i słuchają.

 

Trębacze mają w repertuarze kilkanaście znanych pieśni maryjnych m.in.: „Po górach dolinach” „Z dawna Polski Tyś królową”, „Zdrowaś Maryja” i wiele innych. Minikoncert z katedralnej wieży rozpoczyna się każdorazowo „Fanfarą Jasnogórską”, po której rozbrzmiewają najbardziej znane i najpiękniejsze pieśni maryjne. Piętnastominutowy występ kończy Apel Jasnogórski.

 

W Polsce pierwsze odnotowane nabożeństwa majowe zostały wprowadzone w 1838 r. przez jezuitów w Tarnopolu. W połowie XIX w. „majówki” odprawiane już były w wielu miastach, m.in. w Warszawie w kościele Św. Krzyża, w Krakowie, Płocku, Toruniu, Nowym Sączu, Lwowie i Włocławku.

http://www.deon.pl/po-godzinach/kultura–sztuka/inne/art,1408,matka-boza-maj-i-przydrozne-kapliczki.html

*******

„Nie miłość jest bogiem, ale Bóg jest miłością!”

KAI / kn

(fot. Thomas Hawk / Foter / CC BY-NC)

Zapominamy, że to nie miłość jest bogiem, ale Bóg jest miłością! Trzeba wznosić się na wyższy poziom miłości darzącej, ofiarnej – wzywał bp Andrzej Czaja.

 

Uczestnikom IV Diecezjalnego Święta Rodziny w Jemielnicy zwrócił uwagę, iż „w mediach mamy wręcz do czynienia z ubóstwieniem spłyconego rozumienia miłości”.

 

Opolski biskup podkreślił, że Bóg wpisał w nasze serce podwójne pragnienie: Boga i drugiego człowieka. „Tak ukształtował naszą naturę – głodną komunii. Mówiąc krótko – na Swój obraz nas stworzył, bo sam w sobie też jest jednością osób. Powołanie do małżeństwa rodzi zadanie miłowania. Odkąd nasza natura jest skażona grzechem pierworodnym, jest nam trudno realizować to miłowanie siebie nawzajem. Trudno nam zwyciężać w sobie egoizm, myślenie o sobie, troskę li tylko nieraz o siebie. A w małżeństwie trzeba o sobie zapomnieć, by siebie dać” – zaznaczył.

 

„W realizacji tego powołania mężczyzna i niewiasta nie są zdani tylko na własne siły, zwłaszcza odkąd Boży Syn zamieszkał pośród nas” -podkreślił bp Czaja. „Mężczyzna i niewiasta mogą zanurzyć tę miłość wzajemną w miłości Bożej – sakramentalnie. W tym jest wartość sakramentu małżeństwa! Taka miłość może owocować ponad ludzkie oczekiwania, dążenia i pragnienia. Trzeba jednak wiary!” – apelował.

 

Zdaniem opolskiego ordynariusza to, co dzisiaj komplikuje realizację życia na miarę możliwości, które Bóg stwarza przez sakramentalne obdarowanie, to nasze niedowiarstwo. „Niedowierzamy w skuteczność i moc tego, co Bóg w sakramencie małżeństwa daje i kim nas czyni. Trzeba nam prosić dla wszystkich rodzin chrześcijańskich, aby Pan dodał wiary! Bóg nas wspiera w realizacji małżeństwa, w budowaniu tej pięknej, mocnej, silnej, trwałej, wiernej i uczciwej komunii życia i miłości. Potrzeba jednak także naszego wkładu i pracy. Ten nasz wkład oznacza potrzebę kroczenia drogą miłowania się nawzajem” – dodał.

 

„Nie możemy” – mówił kaznodzieja – „wzorować się na miłości erotycznej lansowanej w mediach, funkcjonującej w schemacie pożądania i zaspokojenia, co prowadzi do instrumentalizacji drugiego człowieka, użycia, narzędziowego potraktowania. W mediach mamy wręcz do czynienia z ubóstwieniem tak spłyconego rozumienia miłości. Zapominamy, że to nie miłość jest bogiem, ale Bóg jest miłością! Trzeba wznosić się na wyższy poziom miłości darzącej, ofiarnej. To jest nasz wkład w realizację powołania do małżeństwa” – zachęcał.

 

Według hierarchy pragnienie zdrowia, dobra, szczęścia, bliskości drugiego pociąga do działania, czynów. „Człowiek mający takie pragnienia, gotów jest dać siebie, swoje zdrowie i życie. To dopiero jest miłość! Jej fundamentem jest dar. Tak pojmowana miłość zdolna jest do poświęceń i przezwyciężania trudności. Człowiek naprawdę kochający gotów jest uczynić wszystko, co jest w jego mocy dla dobra drugiego człowieka. Prawdziwa miłość jest służbą!” – podkreślił.

 

„Realizacja powołania do małżeństwa przez dawanie siebie drugiemu i czerpanie w wierze od Boga i z Jego miłości okazuje się być konkretną drogą do świętości” – zaznaczył bp Czaja. „Sakramentalny związek małżeński jest sposobem związania się z Bogiem i formą pójścia za Chrystusem. Trzeba na Boga się zdać, a małżonkowi oddać” – wzywał.

Biskup przyjął w święto patronalne Bractwa św. Józefa, liczącego już 549 osób – 67 nowych członków. Obchodom IV Diecezjalnego Święta Rodziny towarzyszył V Jarmark Cysterski oferujący rokrocznie bogatą gastronomię i liczne atrakcje dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,22029,nie-milosc-jest-bogiem-ale-bog-jest-miloscia.html

******

Krzyż Miłości

TJ

„A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął.” Gdybym był złośliwcem, zapytałbym: przepraszam bardzo, ale co to za wielki, wszechmocny Bóg, który nad swym dziełem musi PRACOWAĆ, podejmując TRUD? Otóż wszystko, co Bóg stworzył, powstało z Niego, tj. z Miłości. A myli się ten, kto sądzi, iż miłość to jedynie uczucie, zakochanie, pewien impuls.

 

Miłość to nie buziaczek, przytulenie czy  trzymanie się za rączkę. Miłością nie jest wypowiedzenie słów „kocham cię” ani nawet sakramentalnego „tak”. Miłości nie symbolizuje serduszko. Symbolizuje ją Krzyż. A Krzyż to bardzo ciężka robota, niewyobrażalny trud, przeogromna praca. Jak mówią słowa pieśni: „Codzienność wiedzie przez Krzyż, większy im kochasz goręcej”. Pamiętając, iż Krzyż to z jednej strony symbol męki, cierpienia i śmierci, trudno jest nam to zrozumieć. Dlaczego cierpienie, męka, znój, wręcz umieranie, mają wypełniać naszą codzienność tym bardziej, im bardziej kochamy? Miłość kojarzy nam się przecież dobrze, przyjemnie, słodko i błogo. Tymczasem miłość to wielki ciężar. Niewielu z nas jest w stanie go unieść. Czy potrafię poświęcić swój cenny czas, którego wciąż mi brakuje, dla kogoś innego? Czy jestem w stanie go słuchać, gdy mówi od rzeczy; patrzeć na niego, gdy wydaje mi się odrażający; nie zatykać nosa, gdy wydziela odór; podać mu swą dłoń, gdy jego dłoń pokrywa bród? Bo właśnie tym jest miłość. To ciągłe poświęcanie się, nieustanne wybaczanie, rezygnowanie z siebie na rzecz bliźniego. To umieranie za swoich przyjaciół i nieprzyjaciół. Pamiętajmy jednak, że jest i druga strona tego medalu (Krzyża). Krzyż to także zbawienie. Krzyż to zwycięstwo. Krzyż to wieczne życie w szczęściu bez miary. Jakże zatem możemy żyć szczęśliwie i radośnie, jakże możemy zwyciężać – upadając pod Krzyżem, będąc doń przybijanym, umierając na nim? Otóż możemy. Umożliwił nam to Ten, który zrobił to jako pierwszy. Jezus Chrystus. Ten, który zachęca, by go naśladować, biorąc swój Krzyż na każdy dzień i… zbawiać w ten sposób świat. Zbawiać go MIŁOŚCIĄ.

 

Rzuca nam się w oczy dysonans Krzyża-Miłości. Z jednej strony klęska, cierpienie i umieranie. Z drugiej – zwycięstwo, błogość i życie wieczne. Proporcje są jednak bardzo zaburzone, walka – nierówna. Bóg bowiem, stwarzając słońce, które wyznacza dzień, tj. światłość, dobro, radość itd., uczynił je WIĘKSZYM od księżyca. Księżyca, który, owszem, wyznacza noc, tj. ciemną otchłań, mrok, smutek itd., sam jednak lśni pięknym blaskiem, stanowiąc swoiste światełko w tunelu – nadzieję, która nigdy nie gaśnie. Podobnie jak nie gasną jej dzielni pomocnicy – gwiazdy, na czele z Gwiazdą Betlejemską, która w środku nocy ogłosiła pasterzom: „Oto jest dzień!”. Sprawda wygląda podobnie w starciu między Dobrem a Złem, Bogiem a Szatanem. To nie jest tak, że naprzeciwko siebie stają wielki i potężny Bóg oraz nie mniej wielki i potężny Szatan. NIE. Naprzeciwko siebie stają Góra Dobra i kamień zła (którym, nawiasem mówiąc, chętnie byśmy nieraz rzucili w jakiegoś grzesznika, czyż nie?). Walka jest – nomen omen – z GÓRY przesądzona. Dobro zawsze zwycięży zło. Maleńki płomyczek zawsze rozświetli mrok, zaś nawet największa, bezdenna otchłań ciemności nie jest w stanie tegoż płomyczka zdławić. Jednakże często nawet ów niewielki kamień jest w stanie nas przygnieść i unieruchomić. Bywamy wówczas przybici, zdołowani. Popadamy w depresję, cierpimy, wręcz zdaje nam się, że umieramy. Wątpimy w sens czegokolwiek. Wtedy właśnie trzeba nam spojrzeć na Krzyż Zmartwychwstałego.

 

W Męce Chrystusa wg św. Jana Żydzi proszą Piłata o połamanie goleni ukrzyżowanym i zdjęcie ich ciał. (Wiadomo, nie mogą nam święta zohydzać jakieś trupy, stanowią problem, są niewygodni, nieestetyczni, trzeba się ich pozbyć, by było nam miło… znamy to skądś?). Wówczas połamano golenie dwóm ukrzyżowanym po bokach Chrystusa, zaś Jemu samemu, rozpoznanemu jako zmarły, przebito bok – tak dla pewności. W ten sposób wypełniło się Pismo, mówiące, iż „kości jego nie zostaną złamane”. Podobnie śpiewamy w Psalmie 34.: „Strzeże On [Pan] wszystkich jego [sprawiedliwego] kości/ ani jedna z nich nie ulegnie złamaniu”. Co w ten sposób pragnie nam przekazać Jezus? Zdaje się On wołać z krzyża: „Możecie mnie zaszczuć, zgnębić, opluć, skatować, przybić do krzyża i wreszcie uśmiercić… ale nigdy mnie nie złamiecie!”. Do przejęcia od Niego tej postawy Chrystus zachęca każdego z nas.

 

Podejmijmy ten wielki trud kochania. Choćbyśmy pracowali nad tym w pocie czoła przez bite sześć dni, przyjdzie w końcu siódmy dzień błogiego odpoczynku i napawania się pięknem dzieła naszych rąk. Weźmy Krzyż Miłości na swe ramiona. Jeśli zajdzie taka konieczność – upadnijmy pod nim raz, drugi i trzeci. Ostatecznie nawet dajmy się do niego przybić i oddajmy na nim ducha. I tak NIC NAS NIE ZŁAMIE. Zwyciężymy. My i Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel. Razem. A między nami – Miłość.

http://www.deon.pl/spolecznosc/artykuly-uzytkownikow/wiara-i-kosciol/art,416,krzyz-milosci.html

*****

Naśladować Jezusa w znoszeniu krzywd

Stanisław Biel SJ
Życie Duchowe • ZIMA 73/2013
Dział • Duchowość Ćwiczeń

Program chrześcijan trzeciego tysiąclecia jest „skupiony w istocie rzeczy wokół samego Chrystusa, którego mamy poznawać, kochać i naśladować, aby żyć w Nim życiem trynitarnym i z Nim przemieniać historię, aż osiągnie swą pełnię w niebiańskim Jeruzalem”1. Jan Paweł II w cytowanym dokumencie podkreśla, że poznawanie, kontemplacja, miłość i naśladowanie Jezusa mają wymiar integralny. Nie ograniczają się do tajemnic radosnych i chwalebnych, ale obejmują również Jezusa upokorzonego, cierpiącego i umierającego.

 

Duchowa wspólnota przyjaźni i życia

W pewnych nurtach duchowościowych istnieje tendencja do rozumienia naśladowania Jezusa w aspekcie moralnym i woluntarystycznym. „Naśladować” w tym ujęciu oznacza „powielić w swoim życiu pewien ideał za pomocą własnej sprawności, inteligencji, talentów czy osobistego geniuszu […]. W takim rozumieniu tego słowa, naśladowanie Jezusa jest niemożliwe. Jezus bowiem nie jest jakimś ideałem, który człowiek może naśladować, angażując nawet wszystkie swoje siły duchowe i psychiczne”2. Naśladowanie nie jest możliwe dzięki jedynie naturalnym zdolnościom człowieka. W ten sposób można wypracować pewne zalety czy stosować niektóre z zaleceń Kazania na górze, nie jest możliwe jednak przyjęcie krzyża ani miłość w cierpieniu do końca (J 13, 1) czy miłość nieprzyjaciół (por. Mt 5, 44). Są to bowiem dary, które wymagają otwarcia na łaskę i życia w prawdzie, w Duchu Świętym.

Naśladowanie ma wymiar osobowy. Nie jest powielaniem pięknego ideału czy doktryny, ale żywą realną więzią z Jezusem. „Ideę można poznać, zachwycić się nią, a może nawet zrealizować, ale nigdy nie powstanie między nią a człowiekiem relacja osobistego, posłusznego naśladowania. Chrześcijaństwo bez żywego Chrystusa pozostać musi chrześcijaństwem bez naśladowania, a chrześcijaństwo bez pójścia za Jezusem jest zawsze chrześcijaństwem bez Jezusa Chrystusa, jest ideą, mitem”3.

W szkołach rabinackich i greckich nauczyciel, mistrz przekazywał wiedzę, pojęcia, prawdę, uczył rozwiązywania problemów. Zadaniem ucznia było przyswojenie sobie wiedzy. Nie było to jednak naśladowanie. Jezus proponuje nie tyle wiedzę i doktrynę, ile raczej model życia, duchowy szlak wędrówki człowieka. Więź, która łączy Go z uczniami, można porównać do relacji między guru a uczniem w kulturze hinduskiej. Uczeń przebywa cały czas ze swym mistrzem i jest formowany bardziej przez wpływ jego osoby niż słowa. Guru wprowadza swego ucznia krok po kroku w coraz głębsze rozumienie rzeczywistości, w miarę jak uczeń staje się do tego zdolny. Mistrz uwrażliwia na prawdę i ostatecznie na Boga.

Naśladowanie Jezusa stanowi głęboką duchową wspólnotę przyjaźni i życia. Mistrz i uczeń dzielą wszystko: ideały, plany, pracę, odpowiedzialność, sukcesy i porażki, cierpienie i radość: „Ten, kto by chciał iść ze mną, będzie się musiał zadowolić jedzeniem, jakie ja będę spożywał, podobnie piciem, ubraniem itd. Podobnie będzie musiał pracować – jak ja – za dnia, a czuwać w nocy itd., aby potem był razem ze mną uczestnikiem zwycięstwa, jak był uczestnikiem trudów” (Ćd 93). Naśladować Jezusa oznacza utożsamiać się z Jego Osobą, nauczaniem, stylem życia, sposobem działania; trwać w Nim jak winna latorośl w krzewie (por. J 15, 1-8), a równocześnie zachowywać swoją odrębność, tożsamość i specyfikę.

 

W pokorze i prawdzie

Taki sposób naśladowania możliwy jest tylko dzięki pokorze i życiu w prawdzie o sobie. W przeciwnym razie człowiek buduje własną wielkość kosztem Jezusa i innych. Przykładem może być życie Apostołów Piotra i Pawła. Zanim Piotr okazał się „Skałą” i podjął misję, musiał przejść proces oczyszczenia, który był wyzwalający i twórczy. Zdarł z Piotra wszystkie „maski”, za którymi się ukrywał, i przywrócił prawdę o nim samym. Po zdradzie Piotr doświadczył oczyszczającej przemiany i pozbył się złudzeń. Wyzwolił się z pychy i pewności siebie. Zrozumiał, że nie może liczyć wyłącznie na własne siły i zdolności. Zrozumiał, że to Jezus jest Zbawicielem, nie on. Zaufał do końca i pozwolił się prowadzić. Podjął również decyzję, przed którą wcześniej się bronił – stał się zdolny, by cierpieć i oddać życie za Mistrza.

Równie ważny był moment nawrócenia w życiu Pawła. Zanim spotkał Jezusa, budował własną „sprawiedliwość”, opartą na drobiazgowym praktykowaniu Prawa. W rzeczywistości była to wysublimowana forma egoizmu i pychy, traktowanie siebie i własnego „ja” jako absolutu i bożka. Po spotkaniu z Jezusem pod Damaszkiem Paweł poczuł się całkowicie ogarnięty Jego miłością. Poczuł w sobie pragnienie i potrzebę, by odpowiedzieć na miłość. Miał odtąd przed sobą i w swoim sercu Chrystusa, którego starał się zrozumieć i którego w swoim życiu pragnął naśladować.

W efekcie Apostoł Narodów swoje dotychczasowe wartości ocenia jako śmieci i stratę (por. Flp 3, 7-9). Pozostaje cały dla Jezusa, więcej – jest alter Chrystus, „asymiluje w siebie” Jezusa: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2, 20). Dla Niego jest zdolny do największych poświęceń i cierpień: Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny (2 Kor 12, 9-10).

Piotr i Paweł, podobnie jak pozostali uczniowie, mistycy, męczennicy i święci, świadczą swym życiem, że prawdziwe naśladowanie Jezusa jest możliwe, gdy człowiek buduje swe życie na pokorze i prawdzie, dzięki
łasce i Duchowi Świętemu; gdy zdecyduje się w sposób bezkompromisowy, radykalny i autentyczny pójść za Mistrzem. Natomiast gdy ma wygórowane oczekiwania i wizje, zbyt silne relacje emocjonalne i przywiązania do swojej mentalności i kultury, stopniowo rodzi się w nim potrzeba komfortu psychicznego i komfortu życia, a potem niezdrowe kompromisy. Wówczas naśladowanie Jezusa okazuje się chybione.

 

Wejście na drogę krzyża

Naśladowanie Jezusa wiąże się z trudem, rezygnacją, ascezą i obumieraniem własnego „ja”. Jest więc wejściem na drogę krzyża. Jezus nie obiecywał swoim uczniom jedynie radości ani łatwych przyjemności. Przeciwnie – z całym realizmem podkreślał trud i krzyż: Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Łk 9, 23); Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem (Łk 14, 27). On sam doświadczył odrzucenia, niezrozumienia, prześladowania i męczeńskiej śmierci. Jego historia powtarza się w życiu wszystkich autentycznych uczniów Mistrza z Nazaretu. Przepowiedział ją sam Jezus: Jeżeli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować (J 15, 20). Św. Piotr przekonuje, że nie ma się czemu dziwić: Nie dziwcie się, jakby was spotkało coś niezwykłego, ale cieszcie się, im bardziej jesteście uczestnikami cierpień Chrystusowych (1 P 4, 12).

Uczeń Jezusa naśladuje swego Mistrza zarówno w radości i chwale, jak i w cierpieniu. Św. Ignacy Loyola w drugim tygodniu Ćwiczeń duchownych proponuje modlitwę ofiarowania, która wieńczy medytację o Wołaniu Chrystusa Króla. Modlitwa zawiera również pragnienie naśladowania Jezusa w znoszeniu krzywd: „Chcę i pragnę i taka jest moja dobrze przemyślana decyzja, byle to tylko było ku lepszej służbie Tobie i większej Twojej chwale, że Cię będę naśladował w znoszeniu wszystkich zniewag, w pogardzie i całkowitym ubóstwie, tak rzeczywistym, jak duchowym, jeżeli Twój najświętszy Majestat zechce mnie wybrać i przyjąć do takiego rodzaju życia i stanu” (Ćd 98).

Modlitwa św. Ignacego wynika z przekonania, że w Jezusie możliwa jest prawdziwa wolność wobec cierpienia i zgoda na wolę Bożą. Naśladowanie Jezusa w cierpieniu i znoszeniu krzywd jest więc świadomą akceptacją krzyża. Wypływa ona ze świadomości, że krzyż to najwyższa moc i mądrość Boża (por. 1 Kor 1, 24). Wypływa również z przekonania, że jest kontynuacją cierpienia Chrystusa i ma moc zbawczą dla całego Kościoła: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony dopełniam braki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1, 24).

 

Sprzeciw i akceptacja

Naturalną postawą wobec cierpienia jest z jednej strony sprzeciw, a z drugiej poddanie i akceptacja. Chrześcijanie mają przede wszystkim łagodzić, usuwać i przezwyciężać cierpienie. Czynić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby usuwać ból i jego źródła. Nie mogą jednak popadać w iluzję, że każde cierpienie da się uleczyć. „Mądrością i łaską jest wiedzieć, kiedy przychodzi czas sprzeciwu, a kiedy oddania”4; kiedy należy walczyć z cierpieniem, a kiedy zaakceptować je i przyjąć z poddaniem się woli Bożej.

W przyjęciu zniewag i krzywd ze względu na Chrystusa nie chodzi o ich prowokowanie czy bezmyślne wystawianie się na nie. Jezus również nie godził się na niesprawiedliwe traktowanie. Przykładem może być przesłuchanie w czasie procesu przed Annaszem. Jeden ze sług arcykapłana, chcąc mu się przypodobać i poniżyć – pozbawić godności Jezusa, spoliczkował Go. Jezus nie pozostał obojętny: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz? (J 18, 23). Słowa Jezusa kryją w sobie niezwykle delikatną łagodność. Prowokują sługę, by podjął refleksję nad swym czynem, by wyszedł ze swego służalczego stanu i odzyskał własną utraconą godność.

Jezus nie zrzuca zła na innych, On bierze je na siebie, by ponieść na krzyż. Jednak gdy trzeba, nie waha się go demaskować. Uczy w ten sposób prawdziwej miłości nieprzyjaciół, która z jednej strony przejawia się w przezwyciężaniu zła dobrem i zatrzymaniu go na sobie, a z drugiej – w trosce o dobro człowieka, który krzywdzi, w przemienianiu agresji w łagodność. Nie daj się zwyciężać złu, ale zło dobrem zwyciężaj (Rz 12, 21). Dopiero w tym świetle można zrozumieć Jezusowe wskazania dotyczące miłości nieprzyjaciół: Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają (Łk 6, 27-28).

 

Doświadczenie miłości Boga

Nowe przykazanie miłości jest rdzeniem, sercem świętości, doskonałości chrześcijanina. Jezus nie dzieli ludzi na dobrych i złych. Postrzega człowieka realnie – w dobrych widzi również skłonność do złego, a w złych – tęsknotę za dobrem. Miłość nie może ograniczać się tylko do ludzi przyjaznych i bliskich, ponieważ nie zna podziałów ani granic. Autentyczna miłość powinna obejmować każdego – nawet wroga. Jezus argumentuje: abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5, 45). Doświadczenie bezwarunkowej i absolutnej miłości Boga Ojca prowadzi do miłości każdego człowieka.

W przypisywanej św. Ignacemu modlitwie Duszo Chrystusowa modlimy się: „W ranach Twoich ukryj mnie”. Jest taka piękna scena w Ewangelii według św. Jana, gdy Jezus zmartwychwstały pokazuje swoim uczniom znaki rozpoznawcze: ślady przebytej męki na swoim ciele (por. J 20, 19-23). Rany na ciele Jezusa to niezmywalne świadectwo miłości. Zmartwychwstanie Jezusa nie anulowało męki. Zwycięstwo tkwi także w męce. Męka Jezusa jest skarbem Kościoła. W niej znajduje się źródło wszelkiej łaski i cnoty. Rany na rękach, stopach i boku Jezusa przypominają ludzkie rany, wszystkie ciosy otrzymywane i zadawane innym. Podobnie jak rany Jezusa, przygważdżają, unieruchamiają i bolą. Jednak Jezus wziął je na siebie i ukrył w swoich ranach: w Jego ranach jest nasze uzdrowienie (Iz 53, 5).

Mocni tą nadzieją powiedzmy w czasie modlitwy Jezusowi o naszych ranach i złóżmy je w Jego przebitym Sercu. Wyraźmy również gotowość podjęcia trudu i krzyża z miłości do Niego i naśladowania Go w całym życiu. W ten sposób staniemy się prawdziwymi świadkami Jego miłości i miłosierdzia.

 

1 Jan Paweł II, Novo millennio ineunte, Rzym 2001, 29.
2 H. Dziadosz SJ, Doświadczyć Boga, Kraków 2000, s. 184.
3 D. Bonhoeffer, Naśladowanie, Poznań 1997, s. 23.
4 J. Brantschen, Cierpienie, [w:] G. Hartlieb, Ch. Quarch, B. Schellenberger (red.), Żyć duchowością. 111 inspiracji – od codzienności do mistyki, Kielce 2005, s. 209.

http://www.zycie-duchowe.pl/art-8208.nasladowac-jezusa-w-znoszeniu-krzywd.htm

*******

o. Wojciech Jędrzejewski OP

Święta uległość

Miesięcznik W drodze
Kobieca uległość” – określenie to nasuwa nie najlepsze skojarzenia. Przywołuje obraz zdominowanej przez męża tyrana „kury domowej”. Stawia przed oczyma istotę pozbawioną własnego charakteru, niezdolną samodzielnie myśleć, pragnąć, konsekwentnie dążyć do stawianych sobie celów. Uległa wobec męża, wycofuje się z podjętego postanowienia, aby odejść od „drania” po kolejnym ekscesie: „topnieje” pod żarem jego przeprosin i obietnic. Znosi upokorzenia, nie stawiając oporu. Płacze do poduszki, zamiast skutecznie przeciwstawić się doznawanym krzywdom. Łatwo ulega nastrojom, jest kapryśna i nieprzewidywalna. Można nią bez trudu manipulować, gdyż naiwnie poddaje się wszelkim sugestiom. Daje się ponosić emocjom, wyłączając rozum, co uniemożliwia racjonalną rozmowę.”Łatwa dziewczyna” – pogardliwe określenie kobiety, która prowokuje mężczyznę i bez wielkich trudności pozwala mu się zdobyć. Swoją kokieterią zaprasza: „weź mnie” i faktycznie oddaje się chętnie i łatwo. Nawet jeśli stawia opory, nietrudno je złamać, ponieważ są bardziej elementem gry, niż rzeczywistą stanowczością. Ruch feministyczny uznaje uległość kobiety za najgroźniejszą herezję. Jest ona wymysłem „żądnych dominacji samców”. Fałszywa doktryna, którą udało się im wmówić „płci pięknej”. Kłamstwo nie mające nic wspólnego z rzeczywistością!Czy jednak negatywne doświadczenia uległości nie dowodzą – paradoksalnie – iż stanowi ona o istocie kobiecości’? Jeśli przyjmiemy, że grzech rani ludzką naturę, a diabeł nie jest „stwórcą”, lecz karykaturzystą, staje się jasne, że to, co w nas chore, brzydkie, żałosne, stanowi perwersję, skrzywienie wpisanego w nas dobra i piękna. Święta, czysta uległość Ewy wobec Adama, gdy pada na nią cień pierworodnego grzechu, karleje, choruje i wydaje cierpki owoc: „Ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3,16). Uświęcenie, powrót kobiety do pierwotnego piękna i godności, nie będzie więc polegał na porzuceniu przytłaczającego ciężaru uległości, ale na jej uleczeniu. W świetle Bożego słońca Jego łaski to, co rachityczne i zdziczałe, może stać się na powrót zdrowe, soczyste i rodzące rozkoszny owoc. Gdzie szczególnie można tego doświadczyć?

Uległość w konflikcie

We wzajemnych relacjach z mężczyzną, kiedy pada na nie cień konfliktu, kobieta potrafi zachować się z godnością, nie wchodząc równocześnie „w starcie”. W takiej postawie tkwi jej siła. Słowom i stylowi mężczyzny potrafi sprzeciwić się w sposób, który, pozbawiony agresji, jest jednak szalenie skuteczny. „Miękka”, ale stanowcza reakcja, która stanowi potężną „broń” wobec mężczyzny. Może to być milczenie wobec krzyku albo słowa: „Proszę, żebyś tak do mnie nie mówił”. Niektóre kobiety potrafią z godnością opuścić towarzystwo płci brzydkiej, jeśli ta zachowuje się po chamsku. Bez histerii i łez wychodzą, zostawiając na przykład krzyczącego faceta sam na sam z własną złością. Jeśli mężczyzna nie jest beznadziejnym gburem, takie zachowanie razi jak prąd pod wysokim napięciem. Zmusza go do pomyślenia nad tym, co robi i mówi. Może być kubłem zimnej wody na jego rozpaloną głowę.

Uległość w podejmowaniu decyzji

Mężczyźnie dosyć często wydaje się, że wie, czego chce i jaką w konkretnej sytuacji powinien podjąć decyzję. Biada, gdyby ktoś wówczas próbował mu się sprzeciwiać. Kobiety, dzięki swej uległości, potrafią z reguły przemycić własne zdanie w formie sugestii, która nie stwarza poczucia zagrożenia u mężczyzny. Przez to czyni go podatnym na zmianę postawy, przyjęcie innego punktu widzenia. Nie krzyczy: „To bez sensu!” Lecz mówi: „Wydaje mi się, że nie masz racji”. Nie przypuszcza ataku na pozycję przeciwnika, ale opisuje rzeczywistość. Mówi: „Popatrz!”

Wycofując się i stwarzając pole mężczyźnie, zmusza go o wiele skuteczniej do dialogu, otwarcia na partnerstwo, niż domagając się równouprawnienia. Nie czując się zagrożony, mężczyzna łatwiej może odkryć konieczność wspólnego podejmowania decyzji, wspólnej rozmowy, poszukiwania najlepszych rozwiązań.

Uległość wobec Boga

„Wyprowadzę ją na pustynię i będzie mi tam uległa, jak za dni swej młodości” (Oz 2,17). Izrael jest porównany w Biblii do kobiety odnalezionej i wybranej przez Boga. Oczekuje On od niej uległości wobec Jego zamiarów oraz wierności. W Maryi Jahwe doczekał się takiej odpowiedzi, dzięki czemu mógł spełnić swoje pragnienie, aby Ciało Oblubienicy stało się płodne, wydając światu Dziecko – Mesjasza. Maryja odpowiada Bogu: „Niech mi się stanie”.

Wiara jest przede wszystkim zgodą na przyjęcie Boga, pozwoleniem, aby to On był moim Panem. Uległość wiary jest zwykle łatwiejsza, w pierwszym jej etapie, dla kobiet niż mężczyzn. Ci drudzy szukają racjonalnego uzasadnienia dla takiego wyboru, podczas gdy kobieta nie potrzebuje rozumieć, aby zdobyć się na ofiarowanie własnego życia wybierającemu Bogu. W wierze nie ma mowy o próbie zapanowania nad Bogiem, ogarnięcia Go swoim rozumem. Gotowość do służby, wpisana w serce kobiety, tu również czyni ją bardziej niż mężczyznę zdolną do podjęcia służby Bogu, oddania Mu chwały, uniżenia się przed Najwyższym. „Spojrzał na pokorę swojej służebnicy”. Uległość wobec Boga sprawia, że kobieta często spełnia wobec mężczyzny rolę świadka wobec Tajemnicy, otwierając go na nieznane mu dotąd wymiary rzeczywistości.Czas teraz na parę uwag wokół pytania, jak w życiu konsekrowanych kobiet wygląda spaczona i uwięcona uległość? Decyzja na złożenie swego życia w ręce Boga poprzez śluby zakonne jest ryzykownym i obiecującym radykalizmem. Ryzykownym, ponieważ ewentualne zatrzymanie się w pół drogi grozi – zamiast rozkwitu osobowości – jej rażącym zniekształceniem. Obiecującym, gdyż bezkompromisowa zgoda na Jego mądre prowadzenie owocuje świętością i duchową płodnością we wspólnocie i wobec świata.„Zakonsekrowana” uległość

Uległość bywa u sióstr zakonnych zakonsekrowana, „upobożniona”, miast uświęcona. Takie zjawisko nie wygląda ciekawie. Oto parę impresji, które siłą rzeczy są uogólnieniem, więc należy je interpretować jako spostrzeżenia, a nie oskarżenia.

Spaczona uległość ma najczęściej miejsce w stosunku do władzy zakonnej. Chodzi o sytuacje, kiedy jakaś decyzja przełożonej budzi sprzeciw i poczucie krzywdy (uzasadnione, bądź nie), jednak uczucia te zostają skrupulatnie ukryte pod maską uległej zgody. Nie rozwiązuje to problemu wewnętrznego buntu, rozżalenia, dla których „wentylem” mogłoby być nazwanie swoich odczuć, myśli w dialogu z przełożoną. Prawo do próby takiego dialogu siostry odbierają sobie same z dwóch powodów: w imię fatalnie rozumianego posłuszeństwa – „nie uchodzi” dyskutować z wydanym poleceniem, bądź z lęku przed sankcjami, jeśli ośmieliłyby wyrazić swoje zdanie. Po co ryzykować utratę opinii „dobrej, pokornej zakonnicy”, która to opinia może się okazać niezłym, procentującym kapitałem. Po co ryzykować zakłócenie wygodnego układu, w jakim dana siostra nauczyła się funkcjonować. Poplotkowanie o przełożonej w swoim gronie nie zmienia niczego we wspólnocie, ale daje pewien komfort psychiczny: odreagowanie oraz taki poziom nazywania problemów, który nie obliguje do zaangażowania w próby zmiany sytuacji. Skoro władza jest tak beznadziejna, nie ma sensu podejmować żadnych starań, by uzdrawiać chore układy!

Zniekształcona uległość widoczna jest także w relacjach na linii: zakonnice – księża. Bywają przełożone gotowe zamęczyć swoje podwładne w imię utrzymania dobrych kontaktów z proboszczem, kapelanem, spowiednikiem. Uległe przełożone przyjmują na przykład stawiane przez księży żądania (prośby, sugestie…) dotyczące zaangażowań duszpasterskich, zwiększenia zakresu posług w parafii, podjęcia katechezy, mimo nadmiaru obowiązków, w które już uwikłane są siostry. Podobnie zdarza się przełożonym akceptować konferencjonistów, spowiedników, kapelanów, którzy rażąco nie dorastają do pełnionej posługi. Aby nie być posądzonym o niewdzięczność, wybrzydzanie i bezczelność, nie starają się zmienić tej sytuacji, mimo iż przy pewnym wysiłku byłoby to możliwe.

Chora uległość w relacjach z księżmi polega także na braku reakcji wobec spotykanego z ich strony braku kultury. Nie jestem zwolennikiem tego, aby za każdy przejaw chamstwa siostry efektownie odpłacały celnie wymierzanym policzkiem, jednak spuszczone, załzawione oczy nie są dobrym rozwiązaniem. Nierzadko rozzuchwalają jeszcze bardziej osobników, których jeden z biskupów nazwał kiedyś z racji ich zachowania „bucami w sutannie”.

Zdarza się niestety także wśród zakonnic uległość kokieteryjna. Dokonuje się ona w taki sposób, by ślubu czystości nie złamać, a mieć emocjonalne korzyści z danej znajomości. Niektórych księży odstrasza od żeńskich klasztorów „szczebiot”, którym siostry zabawiają swoich gości. Miejsce normalnej rozmowy zajmuje paplanina „o wszystkim i o niczym”. Nie chodzi bowiem o spotkanie, ale jak najdłuższe zatrzymanie w swoich progach chwilowej odskoczni od szarej codzienności. Przyjęcie postawy łowczyni męskiej obecności – źródła dla spragnionych uczuć, jest poważną przeszkodą w przeżywaniu konsekrowanej czystości. Namiastki w tym wymiarze są zabójcze. Zatrzymują w drodze do odkrycia i podjęcia uległości wobec Boga, jedynego Oblubieńca.

Święta uległość

Podjęta mądrze i ewangelicznie uległość konsekrowanych kobiet jest niezbędna, aby doświadczyły radości życia w swoich wspólnotach i zrealizowały dane im przez Boga powołanie. W jaki sposób może się to dokonać w wymienionych wyżej wymiarach, aby to, co chore, doznało uzdrowienia?

Posłuszeństwo w Duchu Świętym

Szczera rozmowa jest dużo bliższa ewangelicznej uległości niż zafałszowujące rzeczywistość milczenie w obliczu decyzji przełożonych, z którymi wewnętrznie siostra się nie zgadza. Jak piękne jest posłuszeństwo przeżywane w obopólnej – przełożonej jak i podwładnej – uległości wobec Ducha Świętego. Wyraża się ono we wspólnym poszukiwaniu Jego woli i intencji poprzez dialog. Ostateczna decyzja i tak pozostaje w przeznaczonych do tego rękach, jednakże powstaje ona bez zbędnych „kwasów” i z dużo większym otwarciem na Światło od Boga. Posłuszeństwo podejmowane w taki sposób przez siostry jest często dojrzalsze od przeżywania tego ślubu wśród mężczyzn – zakonników, dzięki umiejętności wielkodusznego pójścia za sugestią czy poleceniem, będącym owocem szczerej rozmowy. Wspólne poszukiwanie jest też ogromną lekcją uczenia się odpowiedzialności za dobro zgromadzenia i jakości przeżywania jego charyzmatu. Jest to lekcja pomagająca odkryć prawdę, że kształt wspólnoty zależy także ode mnie, a bierność oczekiwania na odgórne decyzje stanowi zaniedbanie w powołaniu.Troska o wspólnotę

Uświęcona uległość ma w sobie na tyle duży zapas odwagi, by dzięki niej podjąć walkę o jakość swojej wspólnoty, wyrażoną w trosce o zdrowie i duchową kondycję sióstr oraz odpowiedni poziom asystujących jej kapłanów. Nie daje się zniewolić lękiem o utratę opinii „miłej zakonniczki”, ponieważ trzeźwo ocenia możliwości i potrzeby wspólnoty, na które nie chce i nie może zamykać oczu, nawet wobec wpływowych osobistości. Zdecydowanie lepiej narazić się kurii, niż stracić autorytet we własnej wspólnocie. Konflikty interesów są nieuniknione, a zadaniem przełożonej jest stać po stronie tych, którym bezpośrednio służy. Siostry pójdą w ogień za takim pasterzem, bo szybko odkryją, że daje za nie swoje życie (naprawdę wiele kosztuje narażenie się niektórym kościelnym notablom).Relacje z kapłanami

Wobec przejawów braku taktu z ich strony można zachować się z godnością, reagując stanowczo, ale bez agresji, lub milczeć, lecz z miłości, a nie ze strachu. To działa o wiele bardziej wychowawczo na impertynentów niż na przykład próba obrócenia gburowatego zachowania w żart. Niejednokrotnie istnieje przecież możliwość rozmowy z delikwentem i zwrócenie mu uwagi. Nawet jeśli w wielu sytuacjach taka próba jest z góry skazana na przegraną, warto zaryzykować dialog tam, gdzie tli się choć iskra nadziei. W imię troski o kapłanów – warto! Nie wolno wówczas podwijać ogona i uciekać jak zbity pies. Obu stronom potrzebne jest spotkanie w prawdzie. Jezus mówi: „upomnij swego brata” i wcale nie dodaje: „z wyjątkiem kapłana, gdyż jest moim pomazańcem, pod ścisłą ochroną”. Księża potrzebują uczyć się ogłady w zetknięciu z delikatnością kobiet w habitach. Przyda się to im (nam!) w wielu sytuacjach wszelakich spotkań z płcią piękną. Musimy uczyć się wrażliwości tak przecież innej od naszej, męskiej.

Uświęcająca czystość

Święcie przeżywana czystość sprawia, że kobieta-siostra jest piękna i otwierająca tych, których spotyka, na Światło Boga. Ilu mężczyzn, kapłanów może ocknąć się z zabiegania i religijnej rutyny w zetknięciu z kobietami poświęcającymi się z całą uległością Bogu. Jak bardzo struktury kościelne (plebanie, kurie) potrzebują uczłowieczenia i ewangelizacji poprzez żyjące swoją konsekracją siostry zakonne. Dla wielu osób świeckich siostry są matkami. Ich pamięć przed Bogiem w modlitwie i szczere zainteresowanie potrzebami swych „podopiecznych” stanowią dla nich ogromną pomoc w rozwoju. Wielu z nas, kapłanów, obiecuje ludziom modlitwę, ale jest to tylko grzecznościowa formuła. Gdy mówi to zakonnica, najczęściej można wierzyć, że nie są to słowa rzucane na wiatr. Wiele nowo powstających klasztorów żeńskich zakonów klauzurowych ma rozbudowaną część gościnną z myślą o ludziach, którzy chcieliby odprawić rekolekcje w samotności. Mniszki dobrze wiedzą, że nie wszystkie problemy duchowe jest w stanie rozwiązać nawet najlepsza rozmowa. Mają świadomość, jak wiele dokonuje się w milczeniu i modlitwie przed Bogiem. Z tej możliwości korzysta wielu kapłanów i ludzi świeckich. Doświadczenie podpowiada im, że gdy ulegle stajemy przed Bogiem w samotności, On sam potrafi uczynić najwięcej.

Jeśli wspólnoty sióstr podejmą łaskę uświęcającej uległości, nie pozostanie retorycznym pytanie autora Księgi Przysłów: „Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. Serce Małżonka jej ufa.” (Prz 3l,10n).

Wojciech Jędrzejewski OP

http://www.katolik.pl/swieta-uleglosc,22651,416,cz.html?s=3
*******
Elżbieta Ruman

Ojcostwo na podobieństwo

Życie Duchowe

Z Jerzym Zelnikiem, aktorem, rozmawia Elżbieta Ruman

Obserwując rzeczywistość: rosnącą liczbę rozwodów już w pierwszym roku małżeństwa, a z drugiej strony powiększającą się grupę „singli”, a więc osób, które z różnych powodów nie chcą zakładać rodziny, można powiedzieć jedno: mamy pokolenie słabych mężczyzn. Chłopców wychowanych bez wzoru ojca. Czy brak ojca w domu można jakoś dziecku zrekompensować?
Przykład jest zauważalny przez obecność – i nie da się inaczej wychować syna. W dodatku będąc w życiu swojego dziecka, trzeba się liczyć z każdym słowem i postawą – ojciec jest pilnie obserwowany i naśladowany już przez maleństwo. Im starszy jest syn, tym bardziej potrzebuje obecności ojca. Mężczyzna, który nie wyrzeka się części ambicji zawodowych na rzecz powołanego życia, nie jest ojcem, nie jest mężczyzną odpowiedzialnym.
Pański ojciec – czy był dla Pana wzorem?
Ojciec był bardzo dbający o zasady. Wychowany w okresie międzywojennym, kiedy te dobre wzory były przekazywane. On sam przekazywał je swojej rodzinie, którą założył w 1945 roku – i tego roku też powołał mnie do życia. Był mądry i czuły, miał również pewną dozę dystansu i powściągliwości. Był dla mnie wzorem i jednocześnie chodzącą encyklopedią. Jego pozycja zawodowa i imponujące osiągnięcia w Polskim Radiu były dla mnie powodem dumy i podziwu.
Czy pamięta Pan jakąś historię, obraz, wspomnienie z młodości z udziałem ojca?
Wiele wydarzeń, ale pamiętam jedną sytuację szczególnie, chyba ze względu na duże emocje jej towarzyszące: ojciec dostał szału, żeby mnie zatrzymać, kiedy chciałem pójść na spotkanie z nieodpowiednią kobietą. Przejściowo z nią romansowałem. On widział, że kieruję się tylko namiętnościami, a nie rozumem. Tylko zmysłowość. Byłem na pierwszym roku studiów, byłem kochliwy, zaniedbywałem naukę na rzecz zabawy. Ojciec zareagował bardzo gwałtownie – to wyjątkowe w jego biografii. Chciał mnie ocalić przed złą decyzją życiową, która mogłaby mieć poważne konsekwencje.
Czy to „nie” ojca zadziałało?
Chyba tak, z trudem przypominam sobie dalszy ciąg tej historii. Pamiętam dobrze wybuch ojca, był zupełnie wyjątkowy, a jak pokazała przyszłość – niezwykle ważny.
A relacje z ojcem? Wciągał Pana w swój świat?
Dopóki nie zostałem młodym aktorem, ojciec nie wciągał mnie w swoją pracę. Jako dziecko byłem parę razy na Zgaduj Zgaduli, którą reżyserował w Sali Kongresowej, i pękałem ze śmiechu oczywiście. Za studenckich czasów ojciec lubił ze mną spacerować – pamiętam te nieustające spacery wzdłuż Alei Ujazdowskich. Był wtedy moim powiernikiem – większość swoich problemów powierzałem ojcu, a nie matce.
Czy decyzję o zostaniu ojcem podjął Pan świadomie?
To były niezwykle dramatyczne chwile. Moja żona miała trudną, patologiczną ciążę, potem leczyła się dwanaście lat. Była pierwszą w Polsce kobietą, której po takich przejściach udało się urodzić dziecko – to było ogromne zwycięstwo. Pół roku leżała w szpitalu, zaszyta, ciąża obarczona była ogromnym ryzykiem, ale i wcześniejsze lata leczenia również przynosiły jej wiele cierpienia.
21 października 1981 roku, miałem wtedy trzydzieści sześć lat, usłyszałem przez telefon, że zostałem ojcem – nogi się pode mną ugięły. Poród zaczął się silnym krwotokiem – cesarskie cięcie uratowało żonę i syna.
Urodził się! Co za szczęście! Niestety więcej dzieci nie mogliśmy mieć. Gdybym mógł coś w życiu zmienić – chciałbym mieć przynajmniej troje. Pan Bóg wynagradza mi to we wnukach – mam dwoje, na razie (śmiech).
Czy to długie oczekiwanie na syna miało wpływ na Pańskie z nim relacje?
Niestety tak, miałem nadmiar wyrozumiałości w stosunku do Mateusza, wtedy kiedy trzeba było „przykręcić śrubę”. Pierwsze lata jego życia to czas stanu wojennego w Polsce. Bojkot kłamliwej telewizji przez artystów dla mnie był błogosławieństwem. Miałem czas, aby być blisko rodziny. Ale czas edukacji syna, jego dojrzewania to również czas moich błędów – za mało wymagałem od Mateusza, szybko ulegałem jego zachciankom, będąc bardzo zajęty zawodowo, zbyt rzadko bywając w domu, byłem dla syna za bardzo wyrozumiały. Nie chciałem łamać jego rodzącej się osobowości. Nie dopilnowałem go również w czasie edukacji licealnej – był w bardzo dobrej szkole, ale się nie uczył. Musiał przejść do prywatnego liceum. Był bardzo zdolny, miał wiele zainteresowań, ale gdy tylko zaczynał rozwijać jakąś dobrze rokującą pasję – szybko ją porzucał, żeby zacząć coś innego.
Kiedy dziś, po dwudziestu kilku latach, przypominam sobie swoją pobłażliwość – to nie wiem, co mną powodowało, chyba jakaś niechęć do stosowania przemocy, ograniczania wolności swojemu dziecku? Wcześniej dwa razy w życiu użyłem siły fizycznej – dałem klapsa synowi. To był czas jego wykroczeń, który domagał się mojej gwałtowniejszej reakcji.
Mężczyzna przenosi na swojego syna model relacji, jaką miał ze swoim ojcem…
Żona zarzucała mi, że to ona jest mężczyzną w naszym związku. Rzeczywiście, ja byłem raczej jak moja matka. Jestem uczuciowy, pogodny, lubię się śmiać, również z własnych wad i śmiesznostek. Choć syn czasem mówił mi, że się mnie boi – kiedy z rzadka wybuchałem, byłem jak wulkan kipiący emocjami, złością, rozczarowaniem w stosunku do niego. On bał się tych moich wybuchów. Jednak, podsumowując, byłem raczej łagodnym ojcem. Żona kiedyś podsłuchała rozmowę telefoniczną naszego syna. Mówił komuś, że „z mamą ma jeszcze kłopoty, ale ojca owinął sobie wokół palca…”.
A tarcia między wami?
Przyszedł taki moment w naszym życiu, kiedy Mateusz zbliżał się do matury. Pewnego dnia powiedział mi: „Wiesz tato, ja właściwie nie mam żadnych zainteresowań”. I to mnie przeraziło – po tym wszystkim, co mu dawaliśmy, po lekcjach języków, muzyki i wielu innych, on nie widział swojej przyszłości, nie wiedział, gdzie ma iść.
Rzuciłem wtedy: „Może zostałbyś aktorem?”. Grał już, jako dziecko, w kilku produkcjach. „Przygotuj coś, ja cię przepytam i zobaczymy, czy masz jakieś predyspozycje aktorskie”. To jest naturalne, że ojciec próbuje wciągnąć syna we własne życie zawodowe – jednak okazało się, że mój syn nie odziedziczył tego po mnie. On nie wyobrażał sobie, że mógłby stanąć oko w oko z publicznością. To miał po matce – ona też zdawała do szkoły teatralnej, ale okazało się, że nie potrafi opanować tremy.
Mateusz zdawał na Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, na filozofię, dostał się, ale po pół roku zrezygnował: logika była dla niego nie do pokonania. Tolerancyjny tatuś znowu zaakceptował wybór syna – a widzę teraz z perspektywy lat, że powinienem powalczyć z nim o te studia. Zrobił licencjat w innej szkole, dzięki żonie, która twardo postawiła na swoim.
Czyli ojcostwo wymaga dorastania?
Zdecydowanie. Chyba niewielu jest gotowych do tej życiowej roli w chwili, kiedy pojawia się dziecko. Moje ojcostwo długo dojrzewało. Wraz z dojrzewaniem syna. Natomiast jedno mogę powiedzieć z całym przekonaniem – mój syn Mateusz jest dziś wspaniałym tatą i mężem. Imponuje mi w tych dwóch rolach.
Gdzieś się tego nauczył, tej miłości?
Być może – chociaż chodził swoimi ścieżkami – jednak odziedziczył po mamie i po mnie ten rodzaj odpowiedzialnej miłości. I dziś z radością patrzę, z jaką czułością odnosi się do swojej żony i jak opiekuńczym jest ojcem.
Jest Pan człowiekiem głęboko wierzącym…
Czy głęboko, to dyskusyjne. Moja głębia czasami wydaje mi się zbyt płytka.

Czy to ojciec nauczył Pana wiary?
U mnie wiara jest czymś późniejszym niż dzieciństwo – zostałem ochrzczony w wieku dwudziestu czterech lat. Moi rodzice nie byli związani z Kościołem. Wtedy mówiło się „bezwyznaniowcy”. Kiedy religią stała się idea socjalistyczna – rodzice w nią wierzyli. Wydawała im się pełna powabu ideą sprawiedliwości społecznej rodem jeszcze z rewolucji francuskiej z hasłem: „Wolność, Równość, Braterstwo”.
W 1981 roku dojrzeli do oddania legitymacji partyjnych i przyjęli chrzest. Ojciec miał wtedy sześćdziesiąt lat. Mama zaczęła uczestniczyć w życiu Kościoła, w sakramentach, ojciec chodził do kościoła, przyjmował Komunię świętą, spowiadał się, ale mam wrażenie, że nie dostąpił łaski głębokiej wiary. Ciekawostką jest fakt, że byłem ojcem chrzestnym mojej mamy. I bardzo dbałem o tę moją córkę chrzestną. Czasem robiliśmy takie domowe rekolekcje. Mama została ochrzczona 12 grudnia 1981 roku w słoneczną, mroźną sobotę, a następnego dnia nastał stan wojenny.
Czy można czuć niedosyt ojcostwa?
Oczywiście, kiedy ma się jednego syna, a w marzeniach widziało się dużą, wielodzietną rodzinę. Ale, jak powiedziałem, moje niedosyty ojcostwa rekompensuję sobie jako dziadek. A czasem łapię się na tym, że zachowuję się jak ojciec, a nie dziadek. I wchodzę w tę rolę – czuję się na tyle młodo, że uczestniczę we wszelkich grach i zabawach mojego wnuka Franka, toczę z nim długie rozmowy, chodzimy na spacery, jest mocno obecny w moim życiu. Teraz właśnie przy moim biurku pisze swój scenariusz, ponieważ obserwował wcześniej moją pracę.

Czy świadomie wprowadzał Pan syna do Kościoła?
Syn był ochrzczony niedługo po narodzeniu i – inaczej niż ja – od maleńkości wychowywany w wierze. A Franka posłaliśmy do przedszkola sióstr pallotynek. Teraz pięknie już potrafi czytać Słowo Boże.
Jaki wpływ na obraz Boga ma obraz własnego ojca?
Ja Pana Boga traktuję jako Ojca doskonałego. Takiego, który ukocha najmocniej, ale jednocześnie wymaga i jest konsekwentny. I nie robi żadnych błędów. My, ziemscy ojcowie, ulegamy słabościom, emocjom, popełniamy błędy i choć jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, to więcej w nas podobieństwa niż obrazu. Podobieństwo, ale nie dokładne odbicie.

Najważniejsze, co ojciec może przekazać synowi?
Przede wszystkim to wszystko, w co wierzę. To, co zgodne z moim sumieniem, a nie z okolicznościami. A druga ważna rzecz – dać przykład dobrego życia i rozbudzać pasje.
Fundamentalna cecha ojca?
Bóg jest miłością i ojciec powinien być miłością, na podobieństwo Boga.
Rozmawiała Elżbieta Ruman
Życie duchowe Wiosna/2015
fot. R. Halfpaap, Father and Son 

Flickr (cc)

http://www.katolik.pl/ojcostwo-na-podobienstwo,24759,416,cz.html?s=2

***************************************************************************************************************************************

O autorze: Judyta