Nie o aborcji

Co rusz wraca do sejmu propozycja zmian karalności za zabójstwa prenatalne zwane „pieszczotliwie” aborcją, tudzież usunięciem płodu, (chociaż nawet ta ostatnia nazwa zdaje się już nabierać cech barbarzyńskich, dlatego podobno niektórzy zaczynają mówić o oczyszczeniu wnętrza macicy).

Wokół propozycji, tej lub innej, jak to w demokracji paplamentarnej, natychmiast organizują się dwie strony, jedna za a druga przeciw. Przy czym, jak to w demokracji paplamentarnej, nie chodzi o argumenty mające przybliżyć do prawdy, ale przeforsowanie własnego, przyjętego z góry stanowiska, czasem niezupełnie słusznego, innym razem zupełnie niesłusznego, dlatego to, co słyszymy w tzw. debacie publicznej jest najczęściej obliczone na rozkołysanie emocji. Tak było i tym razem, główne miejsce zajęły wizje kobiet gdzieś w kościelnych kazamatach bez jadła i napitku przykutych do ściany za naturalne poronienia.

W tym ważnym temacie, w sprawie powstrzymania dzieciobójstwa zostało już powiedziane tak wiele, że ktoś rozumny nie powinien mieć problemów z oceną, a jedyne co pozostaje to implementacja wniosków w system przepisów. Niestety, w aktualnym stanie pojmowania rzeczy nic nie może być jednoznaczne, dlatego i w tej sprawie koniecznie muszą istnieć dwie równorzędne, polemizujące strony.
Jedna „strona”, zwana liberalizacyjną, chciałaby zniesienia karalności w ogóle, natomiast druga „strona” chce rozszerzenia katalogu czynów karalnych między innymi o zabójstwa eugeniczne oraz zabójstwa ofiar gwałtu (bo czy nie można statusu ofiary gwałtu nadać również poczętemu w ten sposób człowiekowi?) Ponieważ w wyniku losowania, pardon głosowania, piecza nad stanowieniem przepisów przypadła partii, która w deklaracjach jest bardzo za ochroną życia, dlatego „strona” pro – life mogła mieć uzasadnione nadzieje na pozytywny rezultat swych wysiłków, na dobrą zmianę w przepisach.

Niestety, paplamentaryzm ma swoje prawa i już samo wniesienie takiego projektu przez obywateli stało się powodem do oskarżeń o prowokację skierowaną przeciw partii trzymającej aktualnie władzę. Istotnie, temat dzieciobójstwa jest tak „gorący”, że można domniemywać, a nawet mieć pewność, że zawsze znajdzie się krzykliwa grupa gotowa oprotestować każdy krok w dobrym kierunku i uczyni taką wrzawę, że wszyscy odetchną z ulgą, kiedy to się skończy, niezależnie jak się skończy, szczęśliwi, że się wreszcie skończyło. Wszelako, czy naród jest po to, aby dbać o dobre samopoczucie swoich wybrańców, czy też, jak to jest w deklaracjach, to naród, bez pośrednictwa lub przez swoich przedstawicieli, sprawuje władzę? Jeśli bowiem rządzący są przedstawicielami narodu, to czy naród nie ma prawa domagać się od nich dobrych zmian w przepisach, niezależnie jaki dyskomfort mogłoby to im przynieść, czy też traci takie prawo po oddaniu losu, pardon głosu, w ich ręce. Czy gdyby uchwalono te dobre zmiany w przepisach, to czy nie zlikwidowałoby to na przyszłość powodów do takich „prowokacji” przeciw partii aktualnie rządzącej ze strony, własnych przecież, wyborców? I czy musi to przebiegać w taki sposób, aby wzbudzić jak największe emocje, komisja mogła zebrać się bodajże w kilka godzin, nie dając czasu na zorganizowanie żadnego oporu. Zresztą w innych sprawach rząd nie przejmuje się protestami na ulicach, czemu więc wycofał tak szybko akurat tę zmianę, trwając przy innych?

No tak, ale gdyby nie to karanie kobiet. Nagłośnienie karania kobiet to pretekst, gdyby nie ten, znalazłby się inny, który napompowano by do równie monstrualnych rozmiarów. Nie chcę teraz roztrząsać słuszności tej propozycji, ale w trakcie prac paplamentu mogło to zostać zmienione bez odrzucania całego projektu, gdyby była taka wola.

Może jednak paplament bardzo chętnie uchwaliłby te przepisy, ale w innym czasie, teraz toczy się kilka konfliktów, w które jest zaangażowana partia aktualnie rządząca, w dodatku partie aktualnie nierządzące twierdzą, że ten arcyważny temat wprowadzono właśnie teraz po to, aby inne równie ważne rzeczy mogły się przemknąć w jego cieniu. Zatem wnioskodawcy może mieliby szansę, ale czas był nieodpowiedni. Być może rzeczywiście debata odbyła się tylko po to, aby przykryć inne sprawy, czy jednak wnioskodawcy mieli wpływ na kalendarz prac sejmu, czy wyrazili wolę, aby ich projekt rozpatrywany był w tym konkretnym dniu, czy raczej dostosowali się do terminu wyznaczonego im przez prezydium paplamentu. Jeżeli zatem ktoś zrobił z tematu dzieciobójstwa „przykrywkę” to czy są to autorzy projektu? Czy jeżeli chcieliby zamaskować jakieś inne, równolegle toczące się sprawy, to nie musieliby działać w zmowie z tymi, którzy układają kalendarz prac paplamentu?

Wszystko to byłaby może i racja, gdyby nie ostatni, mrożący krew w żyłach argument. Gdyby teraz partia rządząca uchwaliła takie przepisy, to mogłaby stracić szansę na wygranie kolejnych wyborów, a wtedy przyszliby tacy, którzy odwróciliby dobrą zmianę. Ale czy po przyjęciu tego projektu, w takiej lub nieco zmienionej formie partia aktualnie rządząca rzeczywiście straciłaby szansę na reelekcję, tego już się nie dowiemy. Być może straciłaby, ale wtedy, chociaż na te kilka lat, do kolejnych wyborów barbarzyński proceder zostałby powstrzymany. Czy poeta nie ma prawa w tym miejscu powiedzieć, że będą to krwawe ofiary złożone na ołtarzu bożka demokracji w intencji utrzymania władzy?

Pora na podsumowanie, ale jakoś brak mi odpowiednich morałów. Przede wszystkim nie o aborcji miał być ten tekst, zatem przynajmniej w podsumowaniu nie powinna się ona pojawiać. Tak więc na polu wyciągania wniosków pozostaje tylko kilka pytań. Czy władzę ma się po to, aby mieć władze? Czy są takie dobre zmiany, dla których warto ryzykować utratę władzy, i takie, też dobre zmiany, dla których ryzyko przegrania wyborów to zbyt wysoki koszt? A może paplamentarzyści uważają, że to nie była dobra zmiana, tylko dlaczego w takim razie nie powiedzieli nam tego wprost?

O autorze: Ywzan Zeb