Opowieść o chwale Boga w Eucharystii zakrytego

Procesyje z całego, po trzechdniowym poście,
nakazanym uprzednio i odbytym, kościec
szczególnego zjawiska badać, wyszły z miasta,
z chorągwiami, z hymnami, ze śpiewy. Porastał
miejsce owo bagniste wówczas szuwar gęsto,
dzikim tylko dostępny ptastwu i zwierzętom.
Na niem światła świecące się w nocy i we dnie
niebieskie się zjawiły, co za cud powszechnie
wzięto. Gdy doniesiono o tym do biskupa
krakowskiego Bodzanty, ze swoją wysłuchał
wielebną kapitułą, z królem Kazimierzem,
opowiadania o tym. Zarządzony przezeń
odbyto post w Krakowie i z kościoły wszystkie
ruszyły procesyje w to miejsce bagniste.

Gdzie potem król miasteczko Kazimierz założył
i zbudował, wieś Bawół była, z niej lud Boży
u świętego Wawrzyńca w parafii się modlił.
Nieopodal kościoła tego ludzie podli,
z Najświętszym Sakramentem monstrancyję w bagno
pełne błota wrzucili, oną wprzódy kradnąc
z kościoła Wszystkich Świętych, a oktawa trwała
Święta, które lud Świętem zwie Bożego Ciała.
Monstancyję ujrzawszy, ludzie jacyś głodem
bezecnym zapaleni złota, za powodem
poduszczenia godnego samym chyba czartom,
skradli i porzucili, poznając że wartość
kruszcu znacznie jest mniejsza niźli wykonania,
bowiem jeno złocona była, a miedziana.

Oną to monstrancyję w błocie porzuconą
po przybyciu na miejsce cudu znaleziono.
Do kościoła Sakrament zaraz Wszystkich Świętych
odniesiono, skąd został niepoczciwie wzięty.
Król Kazimierz na miejscu, gdzie niewysłowiony
ów Sakrament ołtarza został znaleziony,
kościół przysiągł założyć. I jakoż bez zwłoki
w tysiąc trzysta czterdziestym ósmym, który rokiem
był następnym, na owem bagnie kędy Ciało
Pańskie tak zbezczeszczone sromotnie leżało,
na cześć i pod nazwaniem farny wybudował
kościół Bożego Ciała i dotychczasową
parafię doń przyłączył. Nie zapomniał o tym,
by krzyżami, kielichy, ornaty, klejnoty
inne kościół ozdobić z królewską hojnością.
Gdy zaś stała wieś Bawół się jego własnością
po wykupie, założył na jej miejscu miasto,
które za lat niewiele albo może za sto
ludnym stanie się miastem, i tak się rozwinie,
że zostanie krakowską dzielnicą Kazimierz.

Tak Jan Długosz w kronice opisał wypadki,
że lud cudu był wtedy rzeczywiście świadkiem,
wprost napisał, zapewne niedowiarki będą
zwać to bajką, wymysłem, mitem lub legendą.
Nie zrażając się zdaniem niewiernego ludu,
z tej kroniki inszego opisania cudu
posłuchajmy. W Poznaniu rzecz się owa stała,
w miejscu kościół wzniesiono też Bożego Ciała.

Czternastego stulecia dziewięćdziesiąt dziewięć
roków Pańskich zliczono. Jan Długosz jest pewien,
że piętnastego sierpnia w tym roku to piątek.
W tym to dniu swój niechlubny zdarzenie początek
wzięło w kaznodziejskiego zakonu klasztorze.
Tam to pewna kobieta, przyjąwszy nieszczerze
Przenajświętszą Komunię, wyniosła ukrytą
w ustach oną z kościoła, dla sprzedania żydom
mieszkającym w Poznaniu. Gdy potem na błoniach
Przenajświętsza Komunia była znaleziona,
miejsce owo poczęło wielkimi cudami
zaraz słynąć. Król Polski czem spowodowany,
(król Władysław Jagiełło), księży Karmelitów
klasztor, Bożego Ciała nadając mu tytuł,
w miejscu owym założył. A kiedy zmurował
z cegieł ozdobnym kształtem chór klasztorny, nowa
mnisza siedziba, aby móc jako opłacić
teraz, takoż w przyszłości utrzymanie braci
młyn królewski w posagu otrzymała na to.
Tak pokuta i hojność za czyny odpłatą
świętokradzkie, by wstrzymać gniew Boży z boleści,
kiedy Jego Najświętsze Ciało się bezcześci.

Inszą niż u Długosza kolejność wydarzeń
aktu lokacyjnego badanie pokaże
dla miasta Kazimierza, wzniesiony na okup
kościół takoż w następnym zaraz nie był roku.
Ale gdy się cudowne zdarzenie przeniesie
w stosunku do Długosza w przeszłość o lat dziesięć,
abo i więcej trochę, wtedy opisanie
Długoszowe zgodniejszym z datami się stanie.
Niepodobna wszak poza owymi „Annales”
napomknienia o cudzie krakowskim odnaleźć,
atoli o poznańskim wydarzeniu zbierać
relacje można z kronik Długosza, Kromera,
Miechowity, z klasztoru akt w Trzemesznie, z księdza
dzieł Tomasza Tretera, który życie spędzał
jako kustosz poznański, warmiński kanonik.
Po łacinie przed końcem szesnastego oni
wieku wszyscy pisali, a spis ten wyliczam
Mieczysława cytując dziełko Noskowicza
„O trzech Hostjach Najświętszych”. Tedy aby dłużej
nie przeciągać już wstępu, oną się posłużę
książką, by z niej po wtóre sięgnąć opisanie
zdarzeń, które wstrząsnęły ówczesnym Poznaniem.

Potrzeba wszak pamiętać, kreślić i powielać
„Ku większej czci i chwale Boga, Zbawiciela
naszego Przedwiecznego, Jezusa Chrystusa,
w Świętej Eucharystji ukrytego” ruszał
„O trzech Hostjach Najświętszych” autor do dzieła.
Czas już, by się opowieść właściwa zaczęła.

Tedy piątek był, czego Jan Długosz jest pewien,
tysiąc trzysta rok Pański dziewięćdziesiąt dziewięć,
snopy ziół do święcenia wierny lud i kwiatki
znosił, by Wniebowzięcie uczcić Boskiej Matki,
ale w Polsce i w Litwie ból się w serca wedrze
i żałoba, albowiem w krakowskiej katedrze
w dzień ów króla Jadwigę na wieczny spoczynek
uroczyście składano. Smutno z tej przyczyny,
choć niż laty przeszłymi z nie mniejszym przejęciem,
Przenajświętszej Panienki czczono Wniebowzięcie
i w poznańskim kościele, u Dominikanów.
Tam to po nabożeństwie głównym pozostaną
do ciemnego schowane kościoła kącika
z córką Anną Krystyna. Gdy kościół zamykać
będą, aż do nieszporów niczym nie nękane,
naznaczone od żydów poznańskich zadanie
wykonają, na hojną liczywszy zapłatę,
a na które już wzięły sowity zadatek.

Tedy w pustym kościele córce trzymać straże
nakazała Krystyna, przed wielkim ołtarzem
sama stojąc, powoli ku tabernakulum
wyciągnęła swe ręce, nagle niczym kulą
niewidzialną rażona, padła odepchnięta,
wręcz rzucona o ziemię, lecz w chciwości pętach
drugi raz sięga ręką, niepomna przestrogi,
i znów siła jakowaś obezwładnia nogi,
wreszcie, kiedy ją Anna podtrzymuje w pasie,
drzwiczki tabernakulum otworzyć uda się,
z Sakramentem Najświętszym wydobywa puszkę,
i trzy komunikanty chowa w białą chustkę.
Na swe miejsce odstawia puszkę, drzwi zamyka,
do ciemnego wracają schować się kącika,
by po popołudniowym nabożeństwie cicho
śród wychodzących wiernych skryć swą niegodziwość.

Wprost do żydów udały się świętokradczynie,
aby im pożądane przezeń Hostje przynieść,
resztę hojnej zapłaty odebrać. Zabrali
konsekrowane Hostje do piwnicznej sali.
Żydzi, których trzynastu miało w tej piwnicy
wokół stołu się zebrać. Zbrodniarze, nędznicy,
oto w swoje dostali, a niegodne ręce,
Hostje, bez czci poddawać które będą męce.
Pono to doświadczenie przekonać ich miało,
zali jest najprawdziwsze Chrystusowe Ciało
w tym kawałku opłatka. Atoli niewiara,
gdyby o nią chodziło, musiałaby zaraz
pierzchnąć, gdy po nakłuciu jednej z Hostyj nożem
struga krwi wytrysnęła. Oni coraz srożej
kłuli Hostje Najświętsze, mimo iż obficie
krew się lała po stole. – Czemu to czynicie
nieszczęśnicy? – zawołać przy świetle pochodni
nie miał kto. W nienawiści szał większy, niegodni,
popadali, i z we krwi unurzane ręce
krzyczeć obelg straszliwych poczęli wciąż więcej
Chrystusowi przeciwko. Wprzódy po kryjomu,
wnet ostrożność zgubili, poza mury domu
wrzask się wielki rozlegał, z całej okolicy
przywabiając żydostwo ku tej kamienicy.

W ciżbie była żydówka światła gwiazd ni słońca,
ślepą się urodziwszy, nigdy nie widząca.
Pytała więc śród tłumu, powód chcąc uzyskać
rozgardiaszu i wrzasków, tego zbiegowiska.
„Doświadczają rabini, zali w onym chlebie,
który to chrześcijanie za świętość dla siebie
najwyższą uważają, prawdziwe jest Ciało
Jezusa i krew Jego”. Poważnie zdumiało
ją to, po czym w swej duszy „Jeżeli zaiste”
tak się modli gorąco „Ty jesteś, o Chryste,
Synem Boga, Jehowy, ongiś na Golgocie
zawieszonym na krzyżu, a dzisiaj w tej grocie
Twoją moc i cudowność nikczemni rabini
doświadczają, byś proszę, o Jezu, uczynił
oczy moje jasnymi, jakkolwiek niegodnam,
abym światłość ujrzała nieba, i bym od dnia
tego mogła wychwalać Imię Twoje Święte”.
Ledwo wypowiedziała prośbę tą, dotknięte
ciemnością dotąd oczy, mocą Bożej łaski
Chrystusowej, cudownie zaświeciły blaskiem.

Na ulicę natychmiast wyszła bez pomocy
przewodnika, z radości płacząc, że na oczy
widzi, i swego szczęścia sławiąc tak przyczynę:
„Chrystus Ukrzyżowany prawdziwym jest Synem
Bożym, ze Swoim Ojcem na równi jest Bogiem,
oto bowiem wyświadczył żydówce ubogiej,
chociaż przeciem niegodna, dobrodziejstwo łatwo,
że mym oczom błądzącym w ciemnościach dał światło”.

Wówczas żydzi spostrzegli, że już nazbyt duży
rozgłos, który zbudzili, sprawi, że zasłużyć
po wkroczeniu władz mogą za uczynki one
na surowe karanie. Tedy zbezczeszczone
Święte Hostje wrzucili, by zniszczyć, w płomienie.
Ale Hostje nad ogniem, nietknięte zniszczeniem
unosiły się czyste, białe, jaśniejące.
Nowy nie stał się cud ten usiłowań końcem,
aby pozbyć się Hostyj, próbowali w studnię
kilkakrotnie je wrzucać, ale zawsze cudnie
unosiły się niby motylki i z cienia
promieniały światłością, bez śladu skażenia.
Naradzali się żydzi, aby w końcu przystać,
że za miastem zakopią Hostje w trzęsawiskach.
Zawinęli Najświętsze trzy Hostje w szmacisko,
jedni poszli za miasto ku tym trzęsawiskom,
stół, na którym te Hostje kłuli, wzięli drudzy,
aby go zamurować, ukryć we framudze.

W bramie miejskiej kaleka, chrześcijanin, siedzieć
miał w zwyczaju, przechodniów o jałmużnę w biedzie
swojej prosić, na niego się opuszczający
miasto żydzi natknęli. Aby nie dołączył,
by nie powlókł za nimi się, by nie podpatrzył,
kalekiemu rzucili groszy kilka, dwa, trzy.
Ledwo datek odebrał, ozdrowiał cudownie,
i na własne się nogi mógł od razu podnieść,
członki jego jakoby zastygłe na chwilę
w odrętwieniu, do siebie przyszły. Żebrak tyle
żywota nieszczęśliwym będący kaleką,
sławiąc w głos miłosierdzie Boże, które rzeką
ozdrowieńczą obmyło ciała suche części,
pobiegł zaraz do miasta podzielić się szczęściem.

Lecz cudem niewzruszeni, który właśnie widział
każdy z nich, poszli dalej, niosąc Hostje żydzi.
Kiedy zaś pod oknami domu, w którym człowiek
w ciężkiej leżał, konając, śmiertelnej chorobie,
przechodzili, ten otwarł oczy, wstał z pościeli.
Idąc pod otwartymi oknami, słyszeli
„Przechodził tędy Chrystus, nasz Bóg i Zbawiciel,
cudownie mnie uzdrowił, jak sami widzicie”.
Ale i ten nie wzruszył cud ich w zaciętości,
aż w miejsce odpowiednie do swych celów doszli.

Na miejscu tym wspaniały kościół później stanął,
lecz wówczas rosła trawa, bydło wypasano.
Dół żydzi wykopali, w który zbezczeszczone
trzy Hostje Przenajświętsze zostały wrzucone,
błotem dół wypełnili i darnią przykryli,
pewni, że tam zniszczeją, do domu wrócili.

Nikt się na tym pastwisku kilka dni nie stawił,
aż nadszedł Wniebowzięcia ósmy dzień oktawy.
Wtedy to stary Maciej, pasterz trzody miejskiej,
jak zwykle wyprowadzał, z synkiem swym Pawełkiem
o świcie na pastwisko bydło. Właśnie na to
miejsce, gdzie zakopane były Hostje, stado
zagnali, po czym Maciej, zostawiając trzodę
pod opieką chłopaka, oddalił się odeń,
by Mszy Świętej wysłuchać, do miasta się udał.
Tedy sam był Pawełek przy bydle, gdy cuda
kolejne Bóg uczynił, oto co się stało.
Chłopiec kończył poranne pacierze pomału,
kiedy spostrzegł, że stado całe, woły, krowy
klęczą na przednich nogach, mając w górę głowy
podniesione, więc wzrokiem szuka na tej łące,
na co patrzą bydlątka. Widzi unoszące
się niezwykłej białości trzy komunikanty.
Jest, poznały bydlątka, Jezus Chrystus Pan w tych
Hostjach. Ukląkł i chłopiec uczcić Zbawiciela.
Trzykroć wznosił cudownie się i w słońcu bielał
w trzech kawałkach opłatka ukryty Syn Boży,
trzykroć przed swoim Stwórcą stado krów się korzy,
trzykroć chłopiec przed Bogiem pada na kolana.
Wrócił Maciej, gdy słyszy o zdarzeniach z rana,
nie dowierza synowi, chce nawet dać w skórę
Pawełkowi za drwienie z ojca, wtem znów w górę
Hostje trzy się unoszą. Maciej zapamiętać
sam mógł cud i zobaczyć. Klękają bydlęta.
Na kolana przed Panem padają pasterze,
Jezusa adorują pokornie i szczerze.

Potem Maciej znów syna zostawił przy stadzie,
sam powiedzieć, co widział, poszedł miejskiej radzie.
Radca, który wysłuchał był opowiadania,
nie uwierzył, uniknąć chcąc wyrokowania,
Maciejowi polecił, by zaniósł do uszu
tę opowieść burmistrza, swój urząd w ratuszu
pełniącego. Więc poszedł, ratuszowe straże
zobaczył, przed burmistrza prowadzić się każe.
Burmistrz, kiedy Macieja relacji wysłuchał:
„Zuchwałego” do straży tak rzecze „pastucha,
który śmiał z miejskiej rady takimi bredniami
zadrwić, w wieży zamknijcie”. Nie zdały się na nic
Maciejowi przysięgi na wszystkie świętości,
musiał odejść pod strażą i w wieży zagościć.

Przecież Bóg nie zostawił Swego wysłannika.
Ciężki rygiel, więzienne który drzwi zamykał,
ludzką ręką nietknięty odsunął się naraz,
opadają z rąk więzy. Mimo iż się kara
Maciejowi zadana nie skończyła, w duszy
pojął, że prawdy trzeba dać świadectwo. Ruszył
tedy, aby w ratuszu opowieść powtórzyć.
Burmistrz, kiedy Macieja ujrzał „tak to służysz,”
do strażnika, którego zaraz wezwał, rzecze
„że szaleńca, którego w twą oddałem pieczę,
samowolnie wypuszczasz”. Strażnik się zaklina,
że sumiennie rozkazy spełnił. „Nie jest wina
to strażnika” w obronie sługi Maciej staje,
od początku znów wszystko, jak było, zeznaje.

Radca, chociaż na razie Maciejowi kary
nie darował, po księdza proboszcza do fary
posłał, i urzędników miejskich zaraz zwołał.
Przecież samym gadaniem, zali przy tych wołach
na pastwisko wygnanych, prawdziwe są cuda,
radą, choćby najmędrszą, sprawdzić się nie uda.
Tedy bez długich narad rada miejska kroczy
na pastwisko, własnymi cud zobaczyć oczy.
Kiedy miejsce zdarzenia w zasięgu ich wzroku
było, zaraz ujrzeli, klęczy bydło wokół
Przenajświętszych trzech Hostji lśniących, śnieżnobiałych,
które w sposób cudowny w powietrzu wisiały.
Rajcy, kiedy przybyli, gdzie bydło klęczało,
na kolana upadli, Przenajświętsze Ciało
czcząc i pokłon oddając Bogu zakrytemu
w Sakramencie ołtarza. Dłużej wątpić nie mógł
żaden z rajców w opowieść starego pasterza,
gdy do miasta wrócili, zaraz tedy wieża
dla Macieja przestała być więzieniem. Rada
miejska dla ustalenia, co czynić wypada
wobec cudu wielkiego, zaraz się udała
z deputacją, biskupi zawiadomić pałac.

Dla Wojciecha Jastrzębca poznańska katedra
wonczas była biskupią stolicą, więc zebrał
duchowieństwo z katedry, też z inszych kościołów,
bractwa, cechy, chorągwie, z wiernymi pospołu,
uformował procesję, poprowadził oną
przy bijących kościołów wszystkich w mieście dzwonach,
szli do miejsca objawień bardzo uroczyście.
Cześć należną oddali Bogu, oczywiście,
po czym ksiądz Jan Ryczywół, kapłan świątobliwy,
na zlecenie biskupa, do Hostyj się zbliżył,
wprzódy zdjąwszy obuwie, wszak na uświęcaną
bytnością Najświętszego Sakramentu stanąć
miał ziemię, aby z błota Ciało Pańskie podnieść,
jednak ledwo wyciągnął swoje ręce po Nie,
Hostje trzy Przenajświętsze przed jego oczyma
wzniosły się, na patenę, którą w ręce trzymał,
opadając łagodnie. Ksiądz ze łzami w oczach
wzruszenia tę patenę, tę, na której spoczął
Sakrament Przenajświętszy, biskupowi podał.
Biły dzwony, lud śpiewał, a nawet przyroda
ptasząt polnych śpiewaniem w orszak się włączała.
Uroczysta procesja do miasta wracała.

Ledwo jednak cudowne Hostje w miejskiej farze
złożono, wnet dysputy zaczęto, kto wskaże
kościół, który najbardziej przechowywać godzien
jest cudowne trzy Hostje. „W Dominika rodzie
powinny być złożone, z naszego kościoła
zostały wszak skradzione” zakonnik zawołał.
„Objawił się ten wielki cud nad miejskim polem,
być więc w miejskim kościele winny, nie pozwolę
ograbić miejskiej fary z takiego zaszczytu”
burmistrz rzecze, a biskup „najwyższy ma tytuł
śród poznańskich kościołów biskupia katedra.
Święte Hostje cudowne najgodniej jest zebrać
w katedralnym kościele”. I tak się sprzeczali,
bo nie myślał ustąpić nikt na rzecz rywali,
lecz się spektakl gorszący niezadługo toczył,
bo sam Chrystus Zbawiciel rozsądzić ich wkroczył.

Nie minęło albowiem nad pół doby więcej,
Hostje w tabernakulum leżące, nietknięte
przez nikogo, w cudowny sposób przemieściły
się na pole, na którym znalezione były.
Trzykroć Hostje z pastwiska przynoszono w sumie,
każdym razem złożone w innym były tumie,
a z każdego w nie więcej niż doby połowę,
na to pole cudownie wracały, jałowe.
Wtedy w mieście poznali, skończyć trzeba waśnie,
sam Zbawiciel wskazuje owo miejsce właśnie,
w którym cześć chce odbierać. Zanim kościół stanął,
zbudowano kapliczkę zaraz tam drewnianą,
w której Hostje cudowne nawiedzały rzesze
wiernych, Bogu hołd złożyć, takoż ku pociesze.

W tysiąc czterysta szóstym roku król Jagiełło,
który Polską Koronę po Jadwidze przyjął,
erygował w Poznaniu kościół. Akt tej treści,
dan przed Trzecią Niedzielą Postu, tak obwieścił:
„My, Władysław, Król Polski z Pana Boga łaski,
ziem Krakowskiej, Sieradzkiej, Łęczyckiej, Kujawskiej,”
(po Krakowskiej iść ziemia Sandomierska musi)
„Wielki Książę Litewski, Pomeranii, Rusi
Pan i Dziedzic Najwyższy, i inszych godności
spadkobierca. Współczesnym, i które w przyszłości
przyjdą, to pokoleniom wszystkim oświadczamy.
Jako na odpuszczenie w tym nadzieję mamy
grzechów naszych, i w Boskiej uproszenie łaski,
Kościół i Karmelitów księży klasztor wraz z nim,
na cześć Pana naszego Jezusa Chrystusa
i na chwałę, w tym miejscu, które On sam uznał
za godziwe, a w którym, cudem niepojętem
znalezione zostało Ciało Jego Święte,
na przedmieściach Poznania fundujemy grodu.
Odpuszczenie możemy, dla tego powodu,
uprosić grzechów naszych, ufamy gorąco,
Sławna Jadwiga zmarła i Anna żyjąca,
Żony nasze, toż samo. Jako fundujemy,
tak też uposażamy, oddajemy w przemysł
Karmelitom”. Następnie podpisy, pieczęcie,
na owym można znaleźć starym dokumencie.

Gdy kościoła, gdzie Chrystus, w Święte skryty Ciało,
obdarzany od ludu swego czcią i chwałą
mógł być godnie, wzniesiono ołtarz, dach i ściany,
Karmelitom gdy został w opiekę oddany,
Hostyj trzech Przenajświętszych dla czci i szacunku
monstrancyję sprawiono. Do niej w podarunku
król koronę Jadwigi oddał jako wotum,
by pomiędzy innymi ozdobami Bogu
na cześć tylko służyła, i na Jego chwałę.
Słynął Bożego Ciała Kościół w Polsce całej
jako miejsce cudowne, końmi albo pieszo
przybywało tysięcy nawet kilkadziesiąt
wiernych na uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej
z ziem sąsiednich, z odległych, i z ziemi poznańskiej.

Kościół, który Władysław Jagiełło fundował,
Karmelici zburzyli, by go przebudować,
po pół wieku z okładem. Zmieniały przez wieki
się zdobienia kościoła, w inszego opiekę
zakonu był oddany, i świeckim kapłanom.
Po zalaniach przez Wartę szkody usuwano
raz nie jeden. Spalony przez brandenburczyków,
podźwignięty po wyjściu z kraju napastników,
sto lat później kolejnym dotknięty pożarem,
czyli przed dziewiętnastym wiekiem roków parę,
a klasztor cennej stracił większość biblioteki
pomnażanej starannie przez przeszło trzy wieki.
Atoli trwa do dzisiaj, jak drzewiej w kościele
tym można sławić Boga, łaski, których wiele
otrzymali tam wierni przybyli z daleka,
i dziś można wypraszać. Dlaczego więc zwlekać?

Jeśliś jednak nie zerwał się biec do Poznania,
nieco jeszcze zostało do opowiadania.
Albowiem w tysiąc sześćset dwie dziesiąci roku
dom Świdwów – Szamotulskich na dzisiejszym rogu
Żydowskiej i Kramarskiej, naonczas stuleci
kilka już liczył sobie, tedy domu zlecił
gruntowną renowację ówczesny posiadacz,
więc murarz każdą cegłę oglądał i badał.
A była to ta sama kamienica, w której
bluźniercze odprawiali obrzędy ponure
żydzi w roku o ponad dwieście lat odległym.
Przeto kiedy zmurszałe wymieniano cegły
w sklepie czyli w piwnicy, za murem ukryty
dębowy stół w trzech częściach znaleziono przy tym.

Że stół, na którym ongiś żydzi bezcześcili
Hostje Trzy Przenajświętsze, odkryto, nie mylił
się nikt, albowiem kiedy powołane rady
dokładniej znalezisko zbadały, krwi ślady
na drzewie dostrzeżono. Biskupa od razu
Ojcowie Karmelici prosili, by wskazał
kościół Bożego Ciała na miejsce relikwii.
Dnia trzydziestego sierpnia zebrali się zwykli
poznaniacy, urzędy, duchowieństwo liczne
zakonne, świeckie, z dala oraz okoliczne.
Ów stół, który był świadkiem żydowskiego spisku,
i Krwią Hostji Najświętszych skropiony, sam biskup
z framugi wyjął, aby w procesji na czele
z Najświętszym Sakramentem, te szczątki w kościele
złożyć Bożego Ciała. Przewodził pielgrzymom
z największym nabożeństwem, z radością olbrzymią.

Natenczas Karmelici kupić kamienicę
zamyślili, by dom ten zamienić w kaplicę.
I tak w tysiąc siedemset czwartym, wbrew trudnościom,
Najświętszej Chrystusowej Krwi święcono Kościół.
Pierwszym, który kościoła podjął się opieki,
ksiądz Dionizy był. Zaraz tej, w której przed wieki
były Hostje Najświętsze topione, studzienki
zaczął szukać i znalazł, a pomocy dzięki
wiernych z ziemi odkopał. Usunąwszy śmieci,
czystą wodę odnalazł, którą od stuleci
wierny lud na lekarstwo ze studzienki biorąc,
uzdrowienie odbiera z wiarą i z pokorą.
Kościoła nawet wojna zniszczyć nie zdołała,
chociaż w ruinach legła okolica cała.

Tedy nim do kaplicy w sklepie urządzonej,
której ściany Najświętszą Krwią były skropione,
wnijdziem, by Zbawiciela adorować w ciszy,
opowieści ostatnich kilka słów usłyszysz.
Albowiem to potrzeba znać i zapamiętać,
że prawdziwe zakrywa Eucharystja Święta
Ciało Pana Naszego. Jak ongiś karano
za takowe bluźnierstwo, kto przed sądem stanął,
kogo za to i jakim poddano torturom,
ani słowa nie rzeknę odkładając pióro.

Podaj dalej
2Shares

O autorze: Ywzan Zeb