Róbta co chceta! Paulińskie pożegnanie z duszną atmosferą.

Kochaj i rób co chcesz.

św. Augustyn z Hippony

W klasztorze pod wezwaniem św. Ekspedyta nastał czas wakacyjnego rozprężenia. Budynek niemal opustoszał, gdyż część braciszków odbywała w tym okresie rozmaite, osobliwe pielgrzymki. Nawet jedna jedyna siostrzyczka, która nigdy dotąd nie opuszczała murów opactwa postanowiła odetchnąć świeżym powietrzem. Ot spakowała plecak i ruszyła przed siebie.

Tymczasem wyjątkowo gorąca końcówka lata rozgrzała mury starej budowli niemiłosiernie, wywołując tym samym liczne problemy z klimatyzacją. O ile za takową można uznać biurowy wentylator, którym wszyscy zainteresowani oddychaniem musieli się dzielić. Opat Czarny Bentley ustalił więc grafik tygodniowy. Kto, kiedy, gdzie i jak długo uprawniony jest do korzystania z „wiatrczka” – jak go pieszczotliwie nazywano.

W międzyczasie do klasztoru zawitała wielce zacna siostrzyczka Jadzia, zwana Dzidzią – wygnano ją z sąsiedniego opactwa pod zarzutem nieprzestrzegania tamtejszej zakonnej REGUŁY. Opat Czarny Bentley, podobnie jak i pozostali braciszkowie wraz pomocnicą kuchenną Joanną z Serafińśkich przywitali Dzidzię z otwartymi ramionami, gdyż pracy w klasztorze było co niemiara, rąk mało, a i miejscowa reguła klasztorna była dla siostrzyczki Dzidzi bardziej odpowiednia. Toteż stopniowo poczęła się ona zadamawiać w tutejszych pieleszach.

Siostrzyczka Jadzia w sposób szczególny spodobała się braciszkowi Poruszycielowi, znanemu ze swojej słabości do płci pięknej. Całkiem niedawno smalił on cholewki do pomocnicy kuchennej, Joanny od Serafińśkich. Z owych „zalotów” nie wyszło jednak nic dobrego, a wszystko to przez panujące upały. Otóż razu pewnego braciszek Poruszyciel nazbyt długo przebywał w przykasztornym ogródku bez kapelusza, na skutek czego biedaczysko doznało słonecznego udaru. Odtąd zaczął upierać się, (mimo różnych głosów braci proszących go o opamiętanie w sprawie), że pomocnica kuchenna Joanna miała rzekomo utożsamiać wiatrak z wentylatorem, gdyż któregoś razu zapytała, go czy wie skąd się w ogóle wziął „wiatraczek” w klasztorze? A on nie wiedząc skąd i nie chcąc by wyszło to na jaw odparł jej, że wiatrak i wentylator to nie to samo, a wentylatora nie może nie być w klasztorze, skoro jest i że Joanna zadaje bezsensowne pytania. Po pewnym czasie pomocnica Joanna nie mogąc już znieść ciągłego wygadywania jawnych bzdur na jej temat „zdzieliła” braciszka z damskiego kolanka prosto w nos i od tej pory żywili do siebie niechęć wzajemną.

Tak więc braciszek Poruszyciel, wyczuwając bardziej łagodną naturę w siostrzyczce Dzidzi, postanowił szukać szczęścia u niej. W dowód sympatii, często i chętnie oddawał jej WENTYLATOR, (gdzie by tam „wiatraczek”, a jakże!), gdy tylko przychodziła jego pora na korzystanie z „klimatyzacji”. Przy czym siostrzyczka Jadzia nie pozostawała dłużną i w zamian za życzliwe gesty uczyła braciszka Poruszyciela rozmaitych modlitw, szczególnie tych odprawianych na potrzebę egzorcyzmów. Zapomnieliśmy wspomnieć o tym, że Dzidzia bardzo interesowała się egzorcyzmami i wiele o nich wiedziała, a wiedzę tę stosowała w praktyce przy wielu okazjach, o czym wszyscy obecni w klasztorze mogli się szybko przekonać. Żadna zła wiadomość dochodząca ze świata, a zamieszczana na klasztornej tablicy ogłoszeń, nie przechodziła bez echa Dzidkowej modlitwy lub jej egzorcystycznego filtra, który miał za zadanie chronić siostrzyczkę i inne owieczki przed diabelskimi wpływami. Widząc te Dzidkowe praktyki co niektórzy złośliwi pukali się w głowę, gdyż siostrzyczka przeszkadzała im w lekturze, inni – tych było znacznie więcej – patrzyli na siostrzyczkę z uznaniem. Chodziły nawet słuchy, że sam Opat Czarny Bentley czuje się bezpieczniej w obecności fachowca od czarcich mocy.

Jakkolwiek modły siostrzyczki Dzidzi nie mogły zaradzić nic na nieustające piekielne upały. Działający od kilku dni bez przerwy „wiatraczek” odmówił w końcu posłuszeństwa. Opat Czarny Bentley orzekł, że „wiatrak” się popsuł. Siostrzyczka Dzidzia natychmiast przybiegła ze stosowną modlitwą. Pomocnica Joanna, która lubiła majsterkowanie, obejrzała „wiatrak” i rzuciła niedbale komentarz, że musiał się w końcu popsuć, bo od początku brakowało mu jednej części, po prostu był kiepskiej jakości i chodził na pełnych obrotach. Braciszek Poruszyciel, który wciąż odczuwał skutki udaru bardzo się wzburzył na tę wypowiedź pomocy kuchennej i zakrzyknął, że wiatrak wcale nie był złej jakości, a zatem nie musiał się popsuć, tylko chciał, to jest – sam się popsuł.

Opat Czarny Bentley starając się odwrócić uwagę od niepotrzebnego sporu wyraził nadzieję, że „wiatrak” się jedynie przegrzał i że zasłużony odpoczynek „postawi go na łopaty”. Pomocnica Joanna nie zamierzała jednak ustępować i odparła Opatowi, że „wiatraczek” nie mógł sobie zasłużyć na odpoczynek, bo to, że do tej pory działał sprawnie to wyłącznie zasługa konstruktora i jedynie konstruktor zasługuje na wdzięczność. Na co siostrzyczka Dzidzia odezwała się, że pomocnica Joanna tworzy swoją własną konstruktorologię i że skoro wiatraczek nie może sobie zasłużyć na odpoczynek całkiem sam, swym prawidłowym działaniem, to wszystkie wiatraczki mogą działać jak chcą, a nie tak jak powinny i że jest to owsikowa herezja.

Pomocnica Joanna ledwo się odezwała, że to pelagiański błąd i poczęła wygłaszać długą tyradę o tym, na czym w istocie polega bycie dobrym lub złym wiatrakiem, a już podbiegł do niej braciszek Poruszyciel, (który pewien czas temu otrzymał stanowisko zastępcy opata Czarnego Bentleya) i wetknął jej do ust swoją brudną skarpetę, krzycząc, że to co pomocnica wygaduje to herezja. Ponadto zagroził, że jeśli pomocnica Joanna nie przestanie powtarzać rzekomych kłamstw, zostanie zaskarpetowana na amen i usunięta z Opactwa. Rozzłoszczona takim traktowaniem, a zarazem przekonana o tym, że Opat Czarny Bentley doceniając jej wkład w życie Klasztorne i ewangelizację okolicznej ludności, (w którą to działalność była szczególnie zaangażowana, a zaowocowało to licznym gronem stałych bywalców Klasztoru rekrutujących się w głównej mierze z mieszkańców okolicznych wsi, do których często zachodziła by zapraszać ich do Opactwa), nie pozwoli na podobne praktyki braciszka Poruszyciela wobec jej osoby i rychło przywoła go do porządku. Toteż zwróciła się do opata ze skargą i nadzieją na stosowną reakcję. Nie przewidziała jednak, że Opat Czarny Bentley jeszcze wczorajszego dnia zastępował braciszka Poruszyciela podczas prac w ogrodzie. Słońce zaszkodziło Opatowi w niewiele mniejszym stopniu, gdyż i on nie posiadał stosownego nakrycia głowy. Opat Czarny Bentley orzekł, że pomocnicę Joannę odskarpetkuje, pod warunkiem, że ta odwoła swoje oskarżenia o pelagianizm, które obraziły braciszka i siostrzyczkę. Oburzona niewdzięcznością Opata, zdenerwowana oskarżeniami o owsiakizm i zmęczona coraz bardziej dokuczającą dusznością z powodu nagrzania klasztornych murów, potęgowaną dodatkowo odorem cuchnącej skarpetki, pomocnica kuchenna Joanna tupnęła pokaźną stopą i wyszła ze skarpetą, która dalej tkwiła w jej ustach.

Następnego ranka jej walizka zniknęła. Nigdzie też nie było śladów samej pomocnicy kuchennej Joanny. Nit się tym, nie przejął, sądzono że wkrótce się znajdzie i pokaja. W pewnym momencie, gdzieś koło południa, wszystkich braciszków dobiegł przerażający krzyk siostrzyczki Dzidzi, a potem głośne odgłosy odprawianych przez nią egzorcyzmów. Braciszkowie zbiegli się przed drzwi klasztoru. Siostrzyczka dzidzia załamywała ręce nie przestając się modlić. Otóż jakiś dowcipniś rozsypał na ziemi biały proszek, który potem okazał się być kuchenną solą. Proszek układał się w napis:

„RÓBTA CO CHCETA!”

KONIEC.

Nie jestem tak utalentowana jak braciszek Rooster (mam nadzieję, że mi to wybaczy), ale trudno… Bóg daje różne łaski różnym ludziom. Tymi oto słowami żegnam się ze świętym od spraw pilnych świetym Ekspedytem, który nie wiedzieć czemu okazał się osobnikiem wielce niegościnnym wobec innego świętego, Apostoła Pawła. Ten ostatni winien mu być ukochanym bratem, a został potraktowany jak czarna owca w rodzinie a jego zwolenniczka mocno to odczuła na własnej skórze.

Moja kariera Blogera nie trwała tu długo, ledwo się zaczęła, a już się kończy (ledwo siedem tekstów plus niniejszy). Tym niemniej dziękuję wszystkim, którzy kiedykolwiek zmarnowali czas na zapoznanie się z moimi antypatiami i „fobiami”. Może kiedyś, gdzieś, ale już nie tu… Jak Bóg da. Jak nie da, nie będę mu złorzeczyć. Jak to kiedyś mawiano: Niech się dzieje wola nieba. Z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Szczęść Boże. Niech żyje wolna Polska!

P. S. Do żadnego z postawionych mi przez braciszka Poruszyciela zarzutów oczywiście się nie przyznaję.

O autorze: Joanna Serafinska