Kary i nagrody w wychowywaniu dzieci

Bicie jest złe, udawanie bicia jest złe, klapsy są złe, presja psychiczna jest zła – to jest już naukowo niezbicie udowodnione, więc nie ma co dyskutować. To są nieskuteczne, destrukcyjne metody wychowawcze, co potwierdzają wszystkie rzetelne badania robione zgodne z poprawną metodologią naukową.

Jest tak dlatego, że w ogóle wszelkie kary w wychowywaniu dzieci są złe! Mało tego, złe są też nagrody i pochwały! Bo kij i marchewka, to zawsze równoprawne metody tresury. Dają lepsze lub gorsze skutki, ale intencją jest tresura, czyli wytworzenie u dziecka nawyku behawioralnego, odruchu warunkowego. Chodzi o to by wyhodować niewolnika.

Rodzice i szkoły hodują niewolników dla państwa. Dlatego i rodzice, i nauczyciele, dzieci stresują – uszkadzają mózg, niweczą kreatywność, tłamszą samodzielność, oduczają myślenia. Bo bezmyślny, karny obywatel jest łatwiejszy do zniewolenia i wyzyskania. Wolny, świadomy, samodzielny obywatel zawsze się socjaldemokratycznemu państwu postawi i je obali. Zestresowani głupcy, tresowani metodą kija i marchewki, są łatwiejsi by z nich wydusić jak najwięcej podatku.

Dyskusja o klapsach najczęściej prowadzi do takich przekomarzanek:

  • Ja nigdy nie dawałam klapsów moim dzieciom i wyrosły na dobrych ludzi.
  • Dzieci, którym oszczędzono w dzieciństwie kar cielesnych, wyrastają na mięczaków, lewaków, pacyfistów i samobójców.
  • Ja często karałam swoje dzieci klapsami i wyrosły na dobrych ludzi.
  • Dzieci, które są bite, wyrastają na bandytów, narkomanów, złodziei lub samobójców.
  • Przemoc jest nieusuwalna, więc dzieci bić trzeba, albo przynajmniej symulować bicie w postaci rytualnego, bezbolesnego dawania klapsów.
  • Generalnie klapsy są niedopuszczalne, ale czasem nie ma innego wyjścia.
  • Im mniej będzie miało dziecko stresów w dzieciństwie, tym będzie bardziej odporne na stresy, które nieuchronnie spotka w dorosłości.
  • Im bardziej zestresujemy dziecko w trakcie wychowywania, tym bardziej je uodpornimy na stres, którym jest życie.

Wszelkie tego typu „argumenty” są bez sensu. Bo zanim zaczniemy przedstawiać argumenty dotyczące metod wychowawczych, powinniśmy się zastanowić jaki jest cel wychowania. Wszystkie cele można podzielić na dwie klasy:

  1. Podejście, które nazywam „tresurą”. Czy chodzi o to, by wytworzyć w dziecku nawyki behawioralne, odruchy warunkowe? Czy chodzi o to, by bezmyślnie wykonywało polecenia, co się potocznie nazywa „grzecznością”? Czy chodzi o to, by nie przeszkadzało rodzicom, by nie sprawiało kłopotów, by je okiełznać, stłamsić, nauczyć moresu? Czy celem wychowania jest tresura? Czy cel wychowania polega na tym, by nauczyć dziecko działania bezmyślnego, automatycznego, tak jak my zostaliśmy nauczeni? Czy celem jest to, by ta niezrozumiała, niemożliwa do wyjaśnienia „grzeczność” była bezrefleksyjnie przekazywana z pokolenia na pokolenie? Czy chodzi o to by zabić w dziecku ciekawość świata?
  2. Podejście, które nazywam „wychowaniem”. A może chodzi o to, by dziecko doprowadzić do samodzielności? Może chodzi o to, żeby dziecko zrozumiało co jest dobre, co złe, co warto robić, a czegoś nie warto, co się opłaca, a co nie, co jest bezpieczne, a co nie? Może w wychowaniu chodzi o to, by ukształtować rozum, inteligencję, wiedzę dziecka i mu wyjaśnić, wytłumaczyć, uzasadnić, jak żyć, po co żyć, co ma sens? Może celem wychowania jest to, żeby nasze dziecko poradziło sobie we wszelkich możliwych sytuacjach, a nie tylko w sytuacjach, w których my sobie poradziliśmy? Może chodzi o to by naturalną ciekawość dziecka rozwinąć?

Moim zdaniem słuszne, właściwe, moralne, sensowne, jest tylko i wyłącznie podejście drugie. Tresura człowieka jest niemądra, nieskuteczna, głupia, niemoralna. No chyba, że chodzi o wytresowanie innego gatunku niż homo sapiens. W wychowaniu człowieka klapsy nie mają żadnego zastosowania, niczemu nie służą, niczego nie uczą. Natomiast w tresurze zwierząt, ale też ludzi, kary cielesne są dość skutecznym środkiem na zniewolenie.

Człowiek jest zwierzęciem, ale różni się od wszystkich innych zwierząt tym, że jest zdolny do posługiwania się językiem. Język u ludzi jest głównym, najważniejszym środkiem wychowawczym. Zwierzęta ten środek stosują w bardzo ograniczonym zakresie.

Ewolucja, i ta biologiczna, i kulturowa, polega na tym, że nasz gatunek powoli się przekształca, powoli przestaje stosować metody naturalne, instynktowne, i przechodzi na stosowanie metod cywilizacyjnych, kulturowych. Powoli, ewolucyjnie, stopniowo przestaje stosować metody zwierzęce w wychowywaniu, metody polegające na karceniu, biciu, stresowaniu i utrwalaniu wyuczonych odruchów warunkowych, a zaczyna stosować metody werbalne, polegające na tłumaczeniu, wyjaśnianiu, argumentowaniu.

Bicie, symulowanie bicia, klapsy, policzkowanie, kopy, rózgi, krzyki, presja psychiczna, przemoc, groźby, zastraszenie, siła fizyczna, etc. to metody, które będą zawsze skuteczne u ludzi, bo jesteśmy też zwierzętami. Tego nie unikniemy. Ale to metody walki, obrony, metody radzenia sobie z wrogami, kimś, kto nam zagraża, kto nas atakuje, chce nas zniewolić, okraść, zabić, oszukać.

Ale nasze dzieci nie są naszymi wrogami. I my nie jesteśmy ich wrogami. I nie powinniśmy się na ich wrogów kreować. Dzieci powinniśmy wychowywać pokojowo, bezstresowo, przyjaźnie. Uczyć – nie bić. Tłumaczyć – nie stresować. Wyjaśniać – nie tresować.

Niektórzy krytykują „wychowanie bezstresowe”. Słusznie krytykują rozumiejąc to jako brak wychowania. Ale możemy to potraktować dosłownie, czyli uznać, że chodzi o wychowanie, które powoduje, że dzieciństwo przeżyjemy bez doznawania stresów. A zatem rodzice odseparują dziecko od realnego świata pełnego niebezpieczeństw. To jest jakoby złe, bo takie dziecko nagle z sielanki dzieciństwa w sterylnej bańce wkroczy w brutalny świat pełen zła i brudu.

Oni się mylą, bo nie rozumieją czym jest stres. Stres to ukształtowana w drodze ewolucji reakcja adaptacyjna organizmu żywego na sytuację odczuwaną jako zagrożenie, niebezpieczeństwo, coś złego, szkodliwego, grożącego życiu.

Klaps u dzieci wywołuje stres. Behawioralnie, instynktownie, odczuwają to jako zagrożenie dla funkcjonowania ich organizmu.

Stres jest dobrą reakcją biologiczną, bo pozwala organizmowi obronić się przed zagrożeniem. Gdy nas ktoś atakuje, grozi nam, symuluje atak, obawiamy się, że uszkodzi nam ciało, to reagujemy na to emocjonalnie, wywołuje to w nas psychiczne i fizyczne napięcie, wydzielają się nam hormony wzmacniające możliwość sprawnej reakcji. Właściwa reakcja, to w bardzo dużym uogólnieniu dwie strategie: walka lub ucieczka. Tylko taka reakcja pozwoli wyjść zdrowo z takiej sytuacji – nie tylko fizycznie, ale i chemicznie, czyli hormonalnie.

Więc można dziecko bić, symulować bicie, zastraszać, wywierać presję psychiczną, znęcać się nad nim w dowolny sposób. Ale by nie uszkadzać tym jego organizmu, należy zadbać, by po takim działaniu odreagowało ono walką lub ucieczką. Gdy po wymierzeniu stresującej kary dziecko się uspokoi, zawiesi działalność fizyczną, to je zawsze tym skrzywdzimy. Uszkodzimy mu mózg.

Dzieci nie należy krzywdzić. Szczególnie własnych. Trzeba je uczyć jak sobie radzić ze stresem, a nie wywoływać u nich stres. Gdy nas zabraknie, gdzie dziecko się usamodzielni, to nie będzie sobie radzić ze stresem dlatego, że je intensywnie stresowaliśmy, ale dlatego, że mu tłumaczyliśmy czym jest stres i jak sobie z nim radzić. Bo byliśmy przyjacielem dziecka, a nie wrogiem.

W życiu powinniśmy kierować się miłością. Żaden klaps, żadne symulowanie bicia, żadne udawanie przemocy, żadne udawanie, że bijemy, nie jest przejawem miłości, nie służy wychowaniu. Służy tresurze.

Zwolennicy klapsów uogólniają ten problem na krytykę wychowywania bezstresowego – a przeciwnicy klapsów popierają takie wychowanie. Zwolennicy klapsów akceptują wywoływanie w dzieciach strasu. Wszystko jedno czy wywołamy stres biciem, symulowaniem bicia, gestami czy inną presją psychiczną – jest to jakoby dobre, bo przeciwne do jakoby złego wychowania bezstresowego.

Klapsowcy zażarcie bronią stresu. Tłumaczą, że jest on konieczny, nieusuwalny, że stresując dziecko, przygotowują je do stresującego życia.

W toczącym się dyskursie nie chodzi o klapsy. Strony tego sporu to stresowcy i bezstresowcy. Same klapsy to mały pikuś – w istocie klapsowiec to najczęściej stresowiec. Taki stresowiec uważa, że wiele patologii wynika z bezstresowego wychowania, choć nikt nigdy tego naukowo nie uzasadnił. On uważa, że przestępcy byli w domu wychowywani bezstresowo. Daje klapsy, bo uważa stresowanie dziecka za dobrą metodę wychowawczą. A jak mu zabronią klapsów, to będzie dzieci stresował presją psychiczną.

Przy wychowywaniu dziecka stresów nie unikniemy, bo ich w ogóle w życiu nie unikniemy. Możemy uniknąć ataku tygrysa w tropikach wyjeżdżając za koło podbiegunowe, ale wtedy nie unikniemy nocy polarnej. Więc musimy sobie ze stresem radzić – unikać jego długotrwałości i odpowiednio odreagowywać. A gdy mamy dziecko, to powinniśmy antystresowe techniki poznać koniecznie – by dziecku pomóc.

Bo głównym celem procesu wychowania jest doprowadzenie dziecka do samodzielności. Należy je nauczyć wielu umiejętności. W tym jak sobie radzić ze stresem. Wychowanie dziecka powinno być bezstresowe!!!

Długotrwałość stresu powinniśmy likwidować przede wszystkim rozpoznając jego źródło i je albo likwidować, albo obchodzić. Gdy nas szef ciągle stresuje, to powinniśmy zostać jego szefem, albo się zwolnić pracy, albo inaczej spowodować zmianę stresującego szefa. Nie ma sensu tkwić w toksycznym związku.

Odreagowywać na stres powinniśmy zawsze wysiłkiem fizycznym. Stres jest naturalny, biologiczny. No to i reakcja powinna być fizyczna, biologiczna. Po każdym opieprzu od szefa powinniśmy przebiec dziesięć kilometrów, albo wykonać sto przysiadów, czy zagrać dwie godziny w squasha’a.

Najgorszy, najbardziej fizycznie degenerujący wychowawca to taki, który bije linijką w rękę, daje klapsy, każe klęczeć na grochu, czy stać w kącie. Dobry wychowawca każe robić przysiady, pompki, poleca biec do drzewa na horyzoncie i z powrotem.

Bicie hormonalnie nie jest szkodliwe, gdy jest walką, gdy walczą równi sobie, gdy się biją długo. Jeden drugiego może w walce zabić, uszkodzić mu fizycznie ciało, może doprowadzić do fizycznego kalectwa. Wywołuje widoczne szkody. Nie powinno się tego robić bliźniemu.

Ale gdy silniejszy bije słabszego, gdy go pokonuje jednym ciosem, to mu zaszkodzi chemicznie. Uszkadza mu mózg. Poniża go. Wywołuje szkody niewidoczne. Tego tym bardziej nie powinno się robić bliźniemu, a już na pewno nie swojemu dziecku.

Dlaczego kary są złe?

  • Bo nie działają na dłuższą metę. Powodują, że dziecko czegoś nie robi, bo boi się karzącego. Ale gdy tylko go zabraknie, będzie daleko, nie zauważy, to zaczną to znów robić. Nie znają żadnych innych powodów dlaczego czegoś nie robić, niż tylko to, że grozi za to kara.
  • Karanie uczy tego, że w życiu nie liczy się sens, rozum, argumenty, ale czysta siła, przewaga fizyczna. Dziecko uczy się rozwiązywać swoje problemy siłowo. Będzie naśladować rodziców i próbować wymuszać na rówieśnikach swoją wolę siłą.
  • Kary nie rozwijają sumienia i moralności w dziecku, bo nie wywołują refleksji, nie wyjaśniają dlaczego coś należy robić, a czegoś nie.
  • Na kary można się uodpornić, przyzwyczaić do nich, wliczyć je w koszty działania, więc uczą cynizmu i wyrachowania.
  • Poprzez karanie dziecko traci kontakt z rodzicami, staje się wobec nich nieufne, nie zwierza się i trzyma w tajemnicy swoje sprawy. Trudniej jest więc rodzicom zrozumieć dziecko, co utrudnia wychowywanie.
  • Kary powodują zmianę zachowania dziecka, czyli to, co widać na zewnątrz, ale nie zmieniają go od wewnątrz, nie wpływają na jego przekonania czy chęci.
  • Dziecko odczytuje karę jako warunkowe zawieszenie miłości rodziców, jako pomniejszenie wartości dziecka, jako uznanie je za złe, niepotrzebne, przeszkadzające. Powoduje to zaburzenia psychiczne i kompleksy niższości u dzieci.
  • Dziecko dąży do unikania kary, co zachęca je do kłamstwa. Uczy się żyć w fałszu z najbliższymi. Z czasem zaczyna żyć podwójnie: prawdziwym życiem osobistym i osobnym, udawanym życiem na pokaz dla rodziców. Będzie uczyć się od rówieśników, a nie od rodziców.
  • Matka lub ojciec karząc dziecko manipuluje nim, co wywołuje poczucie niesprawiedliwości i złość. Dziecko nie myśli o przyczynie kary, ale o swojej krzywdzie.
  • Kara wywołuje agresję, frustracje, poczucie niezrozumienia przez rodziców, co skutkuje zamykaniem się, odcinaniem się od świata, unikaniem kontaktów z ludźmi, alienacją.
  • Cierpienia związane z karami powodują, że dzieci skupiają się na sobie i na swoich odczuciach, co wzbudza w nich egocentryzm.
  • Wiele badań potwierdza, że dzieci często karane w domu, poza domem częściej łamią normy społeczne. Więc kary domowe są nieskuteczne w kwestii usamodzielnienia dziecka.

Nagrody i pochwały też nie działają:

  • Nagroda to też, jak kara, forma tresury i trzymania dziecka w ryzach. To podobnie jak kara próba chwilowego wymuszenia na dziecku jakiegoś zachowania bez wpojenia dziecku jaki to ma sens i po co tak się należy zachowywać. To taka sama forma manipulacji jak kara.
  • Pochwały, tak samo jak kary, działają na krótką metę, bo to podobne wyrażenie akceptacji warunkowej. Rodzi to w dziecku ciągłe napięcie: „pochwali czy nie?”. Pojawia się strach przed porażką i działanie ukierunkowane na ciągłe wyrazy pochwały od rodziców. To niszczy własną inwencję i naturalną kreatywność.
  • Nagrody powodują uzależnienie, bo są przyjemne, dziecko doznaje hormonalnego efektu narkotycznego, wydzielają się endorfiny. Gdy chwilowo nagród czy pochwał będzie mniej, dziecko dozna stresu podobnego do głodu narkotycznego. Będzie się czuło źle. Więc by nie stresować dziecka należałoby ciągle intensyfikować nagrody – a to jest bez sensu.
  • Pochwały utrudniają naturalną chęć uczenia się dziecka i próbowania wszystkiego. To zabija w nich chęci odkrywania i znalezienia tego, co najbardziej lubią.
  • Dzieci są ciekawskie, interesują się wszystkim co je otacza – i w kwestiach, które ich wyjątkowo zainteresują, wykazują się pasją w działaniu. Nagrody i pochwały niszczą to w nich, bo porzucają swoje pasje i dążą do tego, by się przypodobać chwalącym, czyli realizować pasje rodziców.
  • Częste nagradzanie dziecka powoduje, że traci ono zdolność do inicjatywy, bo obawia się źle wypaść.
  • Pochwały, jako metody wychowawcze, muszą być czynione we wszystkich sprawach, które dziecko czyni poprawnie. Dziecko odbierze to jako uznanie dla jego wyjątkowo dobrego działania w każdej z tych spraw. Tak wychowane dziecko popadnie w duże stresy poza domem, gdzie inni ludzie nie będą je chwalić za wszystko, co poprawnie robi, bo wszyscy tak samo robią.
  • Częste pochwały w różnych kwestiach, jako metoda wychowawcza, powodują w dziecku poczucie, że musi być najlepsze, nawet w sprawach, które je nie interesują. To powoduje, że nie skupia się na tym, w czym jest rzeczywiście najlepsze. Może nawet nie rozpoznać tego co naprawdę robi dobrze.
  • Naukowcy zbadali, że dzieci, które są często chwalone, bardziej obawiają się wyzwań, są mniej wytrwałe, oraz są mniej pewne swoich odpowiedzi. To powoduje, że tracą asertywność.

Jeśli nie kary i nagrody to co?

  • Opieka. Zanim dziecko zacznie psocić, to musi się nauczyć chodzić. Póki leży to nic nie psoci. Jak je uczymy chodzić? Czy walimy jak się przewróci? Popychamy, jak się zachwieje? Czy dajemy smakołyki po każdym kroku, który samodzielnie zrobi? Czy nauka chodzenia to tresura przy użyciu kija i marchewki? Nie. By nauczyć dziecko chodzić nie potrzebujemy wobec niego stosować żadnych kar czy nagród. Wystarczy je tylko nadzorować i wspomagać. I tak jest ze wszystkim – tak je powinniśmy uczyć wszystkiego! Dziecku, które nie potrafi jeszcze zaspokajać potrzeb fizjologicznych, po prostu zakładamy pieluszkę, a potem sadzamy na nocniku. Gdy jest zagrożenie, że włoży jakiś przedmiot do kontaktu, to po prostu zakładamy na wszystkie kontakty w domu specjalne osłony. Nie stawiamy gorącej herbaty na stole z obrusem, za który dziecko może pociągnąć. Gdy mieszkamy w wieżowcu na wysokim piętrze, to nie zostawiamy samego dziecka w pokoju z otwartym oknem. Gdy może wpaść pod samochód na ulicy, to je wozimy na wózku, albo trzymamy za rękę etc. etc.
  • Tłumaczenie i powtarzanie. Zanim w ogóle cokolwiek dziecku wytłumaczymy, musimy je nauczyć mówić. Czy karzemy lub nagradzamy dziecko w trakcie nauki mówienia? Nie. Po prostu mówimy. A jak nie rozumie, to powtarzamy. I w końcu kiedyś odpowie. Jak powie źle to je walimy? Nie dajemy jeść? Jak powie prawidłowo, to dajemy prezent? Nie! Jak powie niepoprawnie, to powtarzamy poprawnie, aż samo poprawnie odpowie. Czy nauka mówienia to tresura przy użyciu kija i marchewki? Nie! I tak robimy w każdej innej kwestii wychowawczej – tłumaczymy, wyjaśniamy, rzetelnie odpowiadamy na pytania, wspólnie się bawimy, puszczamy filmy, czytamy książeczki z obrazkami, dajemy książki do czytania, kupujemy gry komputerowe, chodzimy z dziećmi do zoo, cyrku, kina, teatru, jeździmy na rowerze, gramy w piłkę, zwiedzamy okolicę, wyjeżdżamy na wakacje do dalekich krajów etc. – i tak na okrągło!
  • Obserwacja. Jak już dziecko umie chodzić i mówić, to powinniśmy je pilnie obserwować. Dlaczego psoci, dlaczego robi nieprawidłowe ruchy, dlaczego nie rozumie? Chęć tresowania powoduje, że nie zrozumiemy dlaczego dziecko robi coś nieprawidłowo. Ono wprost nam oczywiście wszystkiego nie wyjaśni, bo wielu swoich reakcji samo nie rozumie. Ale z jego odpowiedzi i innych zachowań możemy doskonale wydedukować czego chce, dlaczego coś robi. Jak prawidłowo rozpoznamy własne dziecko, to mu wszystko wyjaśnimy. Żadne kary i nagrody nie wzmocnią tych wyjaśnień.
  • Filozofia. Zawsze powinniśmy z sensem odpowiadać na wszelkie pytania dziecka, szczególnie pytania zaczynające się od: „dlaczego”. A w sytuacjach, gdy mamy pokusę skarcenia lub nagrodzenia, powinnyśmy sami się pytać: dlaczego? Powinniśmy zadać sobie filozoficzne pytanie: po co wychowywać dzieci? Czemu służy wychowanie? Powinniśmy zrozumieć, że podstawowym celem wychowania jest doprowadzenie dziecka do samodzielności.
  • Nauka. Wszystko powinniśmy wyjaśniać dziecku. Ale często sami nie wiemy, nie znamy odpowiedzi. No to mówimy, że nie wiemy i przystępujemy do przestudiowania problemu. Jak się już dowiemy, to dziecku wyjaśniamy i postępujemy zgodnie z nabytą wiedzą. A jak problemy nas przerastają, to powinniśmy wysłać dziecko na jakiś kurs czy wskazać odpowiedniego nauczyciela. W ogóle, gdy się dowiemy, że będziemy mieć dziecko, powinniśmy przestudiować pedagogikę, poczytać stosowne książki, poradzić się praktyków. Każde dziecko jest inne, do każdego trzeba podejść trochę inaczej, ale każde da się wychować bez kar, jeśli się je dobrze pozna.
  • Leczenie. Jeśli dziecko jest opóźnione, nie da się mu nic wyjaśnić, zachowuje się nieracjonalnie, dziwnie, szalenie, to studiujemy psychologię dziecka trudnego i próbujemy zrozumieć co mu jest. I powinniśmy działać stosownie do choroby czy upośledzenia. A jak nadal nie jesteśmy w stanie zrozumieć i się z dzieckiem porozumieć, to idziemy do lekarza, zawodowego pedagoga, dobrego psychologa, psychiatry czy księdza – po poradę i diagnozę.
  • Relacja. Budujemy z dzieckiem pozytywne relacje. Nie jesteśmy jego treserem. Ono nie jest naszym niewolnikiem. Dziecko to człowiek i powinniśmy z nim nawiązywać ludzkie relacje. Mamy wspólną z dziećmi misję do wykonania: doprowadzić je do samodzielności. Grupa mająca do wykonania zadanie nie powinna się nawzajem karać czy nagradzać – karą dla całej grupy będą jej niepowodzenia, a nagrodą sukcesy. Rodzina to taka grupa, która wykonuje wspólną misję. Jak misja się uda, to rodzina zamieni się w kilka osobnych rodzin. Wypączkuje w kilka podobnych grup mających taką samą misję.

Grzegorz GPS Świderski

PS. A tu kilka ciekawych artykułów:

O autorze: GPS

Jestem skrajnie konserwatywnym arcyliberałem, katolikiem, paleolibertarianinem, żeglarzem i trajkkarzem. Z wykształcenia jestem matematykiem i informatykiem. Myślę, rozważam, dyskutuję, analizuję, dociekam, politykuję, polemizuję, prowokuję, filozofuję. Mieszkam w Warszawie od dzieciństwa.