Remdesivir – nowy amerykański lek przeciw COVID-19 ! I parę uwag o polityce dezinformacji ministra Szumowskiego

W Polsce, objętej piątymi najcięższymi w skali świata restrykcjami życia codziennego, wciąż czekamy na „przełomowe odkrycia” różnych polskich „wybitnych naukowców” o których co parę dni z infantylną dumą donosi reżimowa prasa, a tymczasem w USA, Francji czy w Niemczech już od miesięcy COVID-19 leczy się ze 100% skutkiem Plaquenil z azytromycyną czy bayerowskim Resochinem. Ostatnio w USA zarejestrowano nowy, lek o nazwie Remdesivir, podawany przez parę dni z dobrym skutkiem w bardziej zaawansowanych stadiach choroby. https://www.wprost.pl/swiat/10321756/usa-beda-stosowac-remdesivir-do-leczenia-koronawirusa-jest-zezwolenie-fda.html

Przy tej okazji, znów ujawnia się niewiedza (a może zła wola?) osób powołanych do tego, by w trakcie ogłoszonej przez WHO „pandemii chorób spowodowanych wirusem SARS-CoV-2” – ogłoszonej, dodajmy, w oparciu o coraz głośniej kwestionowane przesłanki epidemiologiczne i zmienioną „na potrzeby etapu” definicję epidemii i pandemii – chronić zdrowie Polaków podczas narzuconej Polsce prawdziwej czy nieprawdziwej epidemii, zgodnie z dostępną wiedzą o najnowszych metodach leczenia. Zamiast tego, wielu polskich „specjalistów” z obecnym ministrem zdrowia na czele, milczy na temat najnowszych osiągnięć medycyny w walce z koronawirusem, sprzeniewierzając się jednemu z podstawowych zadań lekarza, jakim jest informowanie pacjenta o jego stanie zdrowia i szansach na wyleczenie. Za to straszy się go jakąś niewyobrażalnie groźną „pandemią”, nasilając – przy użyciu służalczych mediów – kampanię strachu mrożącymi krew w żyłach obrazami: często, jak się potem okazuje, zmanipulowanymi, jak np. widok szeregów trumien ze zwłokami rzekomych ofiar wirusa w Bergamo w północnych Włoszech, które okazały się trumnami uchodźców z Afryki, którzy zatonęli na Morzu Śródziemnym czy stertami zwłok, rzekomo palonych na ulicach Ekwadoru. Przewlekły stres społeczny może prowadzić do strukturalnej deformacji mózgu znacznej części populacji i wzrostu zachorowań na nowotwory. Niestety, nasilenie tych działań budzi podejrzenie, że niejeden z decydentów, mających wpływ na rozwój tej kampanii grozy i dezinformacji jakby wykonywał jakieś zlecone sobie zadanie lub czerpał nienormalną przyjemność z wpływu na destrukcję życia codziennego i katastrofalny stan emocji Polaków.

Pan minister zdrowia, mianowany przez premiera „szeryfem combo antywirusowego”, jako lekarz winien być szczególnie wrażliwy na te zagrożenia – niestety, nie odbiega on na korzyść od tego grona, a nawet zdaje się być najważniejszym trybem napędzającym tę machinę. Przeszedł już całkowicie na antykonstytucyjny i ignorujący parlamentarną ścieżkę tryb stanowienia prawa w postaci własnych rozporządzeń, wydając je bez opamiętania co parę dni i manipulując życiem codziennym w Polsce na skalę dotąd niewyobrażalną w historii: a to wpychając na całe miesiące miliony Polaków do ciasnych klatek ich mieszkań w blokowiskach, a to wypędzając ich z dobroczynnych dla zdrowia, zwłaszcza dla płuc, serca i mózgu lasów i parków, a to kneblując im twarze – i to jest najnowsze osiągnięcie „szeryfa” – przerażającymi, bo upodabniającymi ich do zombie i niehigienicznymi gałganami, najczęściej zakładanymi wielokrotnie (ich cena odstrasza) lub jedynie po to, by uniknąć horrendalnych mandatów. Według mantry, głoszonej przez ministra do kamer – z nieodmiennie towarzyszącym temu groźnym, hipnotycznym wyrazem oczu – właśnie one, maseczki, są „najpewniejsza ochroną przed zakażeniem” i zupełnie mu nie przeszkadza , że parę tygodni wcześniej twierdził coś wręcz odwrotnego https://www.facebook.com/watch/?v=663777680864208 Czy lekarzowi wolno tak się mylić? Zwłaszcza w sprawie dotyczącej zdrowia milionów Polaków? I – czy jest to omyłka?

„Stanowiąc prawo”, pan minister zdrowia uzurpuje sobie również prawo do jego wykonywania, przez indukowanie, a przynajmniej milczącą tolerancję dla niebywałej surowości policji, wlepiającej astronomiczne mandaty za najmniejsze uchybienie w stosowaniu się do jego dyrektyw. Zwłaszcza dotyczy to przekraczania limitu obecności wiernych podczas mszy św. w kościołach, zarządzonego przez „pobożnego” ministra w postaci najpierw do 50 osób w kościele, a w okolicy Wielkiego Tygodnia, ten wierny katolik – rozprowadzający w Internecie fotkę, gdzie widnieje jako wolontariusz u boku św. Matki Teresy – zredukował tę liczbę do 5 osób na kościół (zachowując zarazem limit 25 osób w autobusach czy w podobne uprzywilejowanych placówkach handlowych). Brak tu logiki, a jest stronniczość w traktowaniu kultu religijnego, jak też zastanawiający u naukowca brak odniesienia do wiarygodnych badań epidemiologicznych (poza „autorytetem własnym” i enigmatycznymi „opiniami ekspertów”) które by tę dziwaczną strategię uzasadniały. Licznie publikowane w internecie filmiki, ukazują brutalne traktowanie przez policję przechodniów, przebywających poza domem „bez uzasadnionego powodu” (minister nie wyjaśnia, co uważa za „powód uzasadniony”). Jeden z bardziej drastycznych filmów nakręcony przez przypadkowego obserwatora pokazuje, jak policjanci po chamsku traktują młodego ojca, który umęczony parotygodniowym uwięzieniem wraz z żoną i trójką małych córek w klitce o wielkości 30 m², w końcu nie wytrzymał stresu i „wypuścił je” (przypomina to „wypuszczanie psa na siusiu”) na podwórze. Czy zaślepiony swą „misją” minister-lekarz nie ogląda czasem skutków swoich zarządzeń? Za które – ufajmy – przyjdzie mu kiedyś odpowiedzieć?

Szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus

Radzę kliknąć w link i posłuchać, co z kolei ma on do powiedzenia na temat leczenia COVID-19 ( https://www.facebook.com/watch/?v=215969543035427 od 4:00 do 4:11). Na pytanie, jakie można brać leki by ustrzec się przed chorobą, Szumowski odpowiada: „Gdybyśmy mieli JAKIEŚ LEKOWE WSPARCIE, to byśmy natychmiast wszystkim je rozdysponowali, no niestety, problem jest taki, że na koronawirusa nie ma leku”. Owszem, profilaktyki lekowej nie ma, jest jedynie – jak w przypadku każdej choroby wirusogennej – odporność własna i znane powszechnie zalecenia higieniczne. Jednak używając kategorycznego stwierdzenia o „braku leku przeciw koronawirusom” pan prof. dr. hab. zdradza, iż nie zdarzyło mu się dotąd słyszeć ani o obecnym na polskim rynku od dziesiątków lat Plaquenilu, ani o Arechinie czy stosowanym powszechnie w Niemczech Resochinie, nie mówiąc o najnowszym amerykańskim leku o nazwie Remdesivir. Po deklaracji bezsilności ministra w leczeniu COVID-19, dochodzimy jednak do sedna sprawy, gdy głos po nim zabiera na filmie szef WHO (Word Health Organisation) Tedros Adhanom Ghebreyesus. Butnie oznajmia on: „Potrzeba już tylko 18 miesięcy, aby wprowadzić i rozpowszechnić szczepionkę przeciw koronawirusowi”.

– Z tą epidemią żyć będziemy co najmniej półtora roku, jak nie dłużej – gładko podejmuje ten wątek polski minister. (Ciekawe, skąd on tak dokładnie to wie? Wirus mu powiedział?) – Niestety, taka jest rzeczywistość… – kończy swój żałobny tren – …dopóki nie zaszczepimy się WSZYSCY na koronawirusa”.

Oto sedno sprawy. Szczepionki.
Minister, obdarzony tytułem naukowym w zakresie medycyny, głosi wyznanie wiary w szczepionkę, o której skutkach nic na razie nie wiadomo, bo badania wczesnych i późnych powikłań poszczepiennych są długotrwałe; zatruwa swą irracjonalną tezą społeczeństwo, zarazem przemilczając wiedzę o rozwijającej się w świecie z dobrym skutkiem terapii nieszczepionkowej. Jest to kolejne poważne oskarżenie ministra: o nadużycie funkcji jako lekarza, który wznieca psychologiczny „szczepionkowy terror” drogą nie tylko przemilczeń, ale dezinformując: że, jakoby, nie ma innego ratunku dla ludzkości, jak to, co w laboratoriach wysmażą suto opłacani przez korporacje „mędrcy” i szarlatani, w rodzaju sławetnego informatyka Billa Gatesa i jego żony, aktywistki ruchów depopulacyjnych. Czyżby minister-profesor nie słyszał o prowadzonej już kolejny miesiąc w Marsylii skutecznej terapii plaquenilem przez światowej sławy lekarza chorób zakaźnych prof. Raoulta (plaquenil z azytromycyną aplikowany przez 6 do 9 dni)? Terapii kontynuowanej przez kalifornijskie kliniki w zmodyfikowanej wersji (plaquenil podawany z cynkiem)? O ileku Resochin, rozdawanym darmo (!!!) zainteresowanym krajom przez koncern Bayera? Czyżby, bez reszty zajęty maseczkami, nie miał czasu zgłębić doniesień o zatwierdzonym w tych dniach przez amerykański FDA leku anty-COVID-19 o nazwie Remdesivir firmy Gilead? https://www.wprost.pl/swiat/10321756/usa-beda-stosowac-remdesivir-do-leczenia-koronawirusa-jest-zezwolenie-fda.html

Niech też odpowie na pytanie: kogo ma zamiar szczepić? Powiedział, że „wszystkich”. A na jakiej podstawie medycznej będzie on zupełnie zdrowych ludzi „wyszczepiać” – jak to piękną polszczyzną się wyraził – preparatem obciążonym ryzykiem chorobotwórczym (bo taka jest KAŻDA szczepionka)? Z jakich naukowo uzasadnionych powodów miano by to robić, skoro wskaźnik śmiertelności w przebiegu zespołu chorobowego COVID-19 waha się ok. 1-3 % i jest o wiele niższy od innych zdrowotnych plag społecznych, na które jednak nikogo się nie szczepi ani nie ogłasza pandemii, np. zawałów serca czy HIV? A jeśli nie wszystkich – to wedle jakich lekarskich wskazań ten klub mitomanów zamierza stosować selekcję? Pan profesor winien wiedzieć, że na zastosowanie każdej procedury medycznej – zwłaszcza inwazyjnej, a do takich należy szczepienie – muszą być ścisłe wskazania lekarskie. Więc kogo będzie szczepić. Grupy szczególnie narażone? Czyli kasjerki? fryzjerów? Skoro wirus może być wszędzie i nigdzie? A może kryterium wiekowe? Lub pacjentów stygmatyzowanych jako „zagrożenie” np. programami aplikacyjnymi już wdrażanymi obecnie do telefonów komórkowych? A jeśli ktoś nie zechce? To co, stosować przymus fizyczny? Czy do tego zamierza posunąć się minister w swej proszczepionkowej manii: do fikcji rodem z filmów grozy, która na naszych oczach staje się rzeczywistością?

Pakistan – szczepienia przeciw polio pod lufami karabinów

Ani słowo nie pada też o szkodliwości samej szczepionki. O możliwym wystąpieniu epidemii poszczepiennej. Ani słowa, że najlepszą „szczepionką antywirusową” jest nasza własna odporność, którą każdy normalny lekarz zalecałby Polakom właśnie teraz: dieta warzywno-owocowa bogata w witaminy, zwłaszcza C i D3, spacery na świeżym powietrzu, ćwiczenia fizyczne, unikanie stresu – wszystko, do czego dostęp minister nam utrudnia. Za to z aprobatą premiera, znającego się na chorobach wirusowych zdaje się niewiele lepiej, niż ikona Gatesowej „szczepionkomanii” Madonna i podatnego – typowo dla polityków PiS – na namaszczoną, pseudoprofesorską gadaninę, wpycha Polaków do ciasnych mieszkań i pod maski, zabierając czynnym zawodowo ludziom środki utrzymania i uzależniając ich od państwowej jałmużny z „tarczy antykryzysowej, odbierając im wolność osobistą w zakresie swobodnego poruszania się, spotkań, wypoczynku, codziennych wyborów i wprowadzając w pogłębiające się zespoły depresyjno-lękowe i  izolując od siebie, aż pozrywają się wszystkie więzi między nimi i zaczną wrzeszczeć… Niewyobrażalne, nawet w czasach obcych okupacji, represje, których skutki będą trwać przez pokolenia.

Dlaczego nie wspomni pan profesor, jak fałszywa może być również sama statystyka rzekomej „śmiertelności” COVID-19 ? Strasząc naród liczbami, nie podaje – choć po naukowcu można by się tego spodziewać – skąd je wziął? Z jakich wiarygodnych opracowań? Jaki tam zastosowano algorytm w rozpoznaniu tego „strasznego” zakażenia? Na postawie testów? Jakich? Minister powinien wiedzieć, że obecnie stosowane tzw. „szybkie” testy na przeciwciała są niewiarygodne https://olsztyn.tvp.pl/47785475/szybkie-testy-niewiarygodne-moga-wprowadzic-w-blad Mikrobiolodzy wyrażają obawę, że w Polsce właśnie te testy stanowią podstawę do diagnozowania infekcji wirusem SARS-CoV-2 https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-mikrobiolog-tomasz-ozorowski-o-badaniach-i-tzw-szybkich-testach-4560252 Zaś testy oparte na wykrywaniu kodu genetycznego wirusa, dotąd stosowane w diagnozowaniu HIV i grypy, w przypadku SARS CoV-2 nie są wiarygodne. https://zdrowie.wprost.pl/medycyna/choroby/10298360/czy-testy-na-koronawirusa-sa-wadliwe.html Np. natrafiono na pacjentów, u których nawet kilka takich testów wypadło negatywnie, gdy z innych badań i z objawów klinicznych wynikało, że są zakażeni – stwierdzają chińscy eksperci na łamach pisma „Radiology”. https://www.mp.pl/covid19/covid19-aktualnosci/226624,test-wykrywajacy-koronawirusa-nie-w-pelni-wiarygodny

„WHO radziło wszystkim krajom objętym pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 testować, testować, testować…– ostrzega dr Paweł Grzesiowski ze Szkoły Zdrowia Publicznego CMPK – Problem polega na tym, że mimo dużych chęci, część testów daje wyniki fałszywe (…) Np. testy dodatnie wychodzą u osób całkowicie bezobjawowych (…) Fałszywe wyniki sparaliżowały na kilka dni pracę Szpitala Specjalistycznego Nr 2 w Jastrzębiu-Zdroju oraz Szpitala Kolejowego w Katowicach (…) Testy genetyczne są wykonywane w wielu laboratoriach, tj. w około 90 różnych placówkach. Mają one różne wyposażenie i różne doświadczenie w wykonywaniu testów genetycznych na koronawirusa” – ostrzega dr. Grzesiowski. „Konsekwencje błędnych wyników testów są nieobliczalne. Zaczyna się od zafałszowanych statystyk, a kończy się na nieuzasadnionej ewakuacji szpitala”. I dodaje: „problemem są testy dodatnie, które nie pasują do obrazu klinicznego. Przykładowo mamy dodatni test, a osoba jest bezobjawowa, nie miała żadnych epidemiologicznych przesłanek zakażenia albo test jest ujemny, a mamy pacjenta z ewidentnym covidowym zapaleniem płuc”. https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,falszywe-wyniki-testow-na-koronawirusa-to-powazny-problem–rozmowa-z-doktorem-pawlem-grzesiowskim,artykul,75022873.html Z kolei wg. BBC News, śledztwo chińskich dziennikarzy wykazało, że u niektórych pacjentów wykryto koronawirusa dopiero podczas siódmego testu laboratoryjnego. Fałszywie pozytywne testy genetyczne mogą zaistnieć także np. w zakażeniu chlamydią. Niestety, takich słów nie usłyszymy w bezkrytycznie „proszczepionkowych” wypowiedziach obecnego ministra zdrowia.

Na koniec tego wątku, warto przypomnieć, że zgodnie z zaleceniem WHO, w Polsce stosowany jest przy rozpoznaniu COVID-19 kod chorobowy U07.1 (potwierdzona badaniami obecność COVID-19) lub U07.2 (podejrzenie COVID-19 nie potwierdzone badaniami laboratoryjnymi). https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/klasyfikowanie-zgonow-na-covid-19-polska-przyjmuje-oba-kody-who,1011206.html Do 1 kwietnia 2020 nie stosowano drugiego kodu (podejrzenie) a jedynie pierwszy, czyli jako zmarłych na COVID- 19 uznawano tylko tych pacjentów, u których laboratoryjnie stwierdzono dodatni wynik testu na koronawirusa. Statystyki nie uwzględniały tych, którzy mieli objawy COVID-19, lecz nie doczekali testu. Po tej dacie, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego zmienił wytyczne dotyczące kwalifikacji zgonów w wyniku koronawirusa i za zmarłych na COVID- 19 uwzględnia się również przypadki „podejrzane” i „prawdopodobne”, u których testu nie wykonano. Również, za zmarłych na COVID-19 wolno uznać zgony z powodu innych chorób, u których POŚMIERTNIE wykonano pozytywny test na obecność koronawirusa. I tu kółko się zamyka – bo jak mało warte są testy, bez potwierdzających je objawów klinicznych choroby, napisaliśmy wcześniej.

—————————

Ponure światło na dziwną politykę informacji (dezinformacji) ministra rzuca przytoczony wcześniej wywiad z nim, zamieszczony na Facebooku https://www.facebook.com/watch/?v=663777680864208 Dowiadujemy się z niego, że Marcin Szumowski – brat pana ministra – jest prezesem i drugim największym akcjonariuszem spółki farmaceutycznej OncoArendi (posiadał 9 % akcji w czasie udzielania wywiadu, zaś ich wartość wynosiła 35 mln. zł.). Spółka OncoArendi Therapeutics S.A. zajmująca się (cyt.) „rozwojem leków drobnocząsteczkowych” zwłaszcza w terapii chorób układu oddechowego np. astmy, włóknienia płuc czy sarkoidozy, jest– jak pisał 11 kwietnia 2018 r. tygodnik „Wprost” – „trzecią firmą w Polsce, której udało się wprowadzić własny lek do fazy badań klinicznych”. Brat ministra Marcin Szumowski jest z wykształcenia fizykiem atmosfery. Jako młody naukowiec zajmował się badaniem metod symulacji pogodowych, m.in. w USA na stypendium amerykańskiego ministerstwa obrony. Minister Łukasz Szumowski – brat tego rzutkiego biznesmena, obracającego milionami złotych w branży farmaceutycznej – decyduje dziś o być lub nie być milionów Polaków. Jednak, może też mieć istotny wpływ na tak upragnioną przez każdego producenta leków „fazę badań klinicznych”. Czy dziwi więc, że zapytany przez dziennikarza o „możliwe konsekwencje zdrowotne przechorowania COVID 19”, minister Szumowski z wielu możliwości natychmiast wybiera zbliznowacenie płuc (2:56 rzeczonego wywiadu). Po słowach tych następuje wypowiedź brata ministra, p. Marcina Szumowskiego, który snuje perspektywy kolejnych „miliardowych dochodów spółki”, jeśli (cyt.) „uda się osiągnąć sukces, dowodząc, że te leki działają w klinice”.
O jakie leki chodzi, tego też się nie ukrywa. W klipie reklamowym firmy (od 3:28 wywiadu) wprost powiedziane jest, że chodzi o OATD-01 (inicjały wzięte z nazwy OncoArendi Therapeutics) zdatny w „leczeniu idiopatycznego włóknienia płuc u pacjentów po przebytej infekcji koronawirusem COVID-19”. No i jesteśmy w domu. Warty miliardy złotych rodzinny geszeft rozwija się w najlepsze.

Czy w tym kontekście dziwi kolejna bulwersująca wiadomość: że spółka Marcina Szumowskiego,  w lutym br. otrzymuje od skarbu państwa dotację rzędu 22 milionów złotych? https://kresy.pl/wydarzenia/spolka-brata-ministra-szumowskiego-otrzymala-od-panstwa-22-miliony-zlotych/ Dofinansowanie dotyczy kontynuacji badań w zakresie immunoterapii nowotworów – jak podaje spółka. Projekt brata ministra zdrowia został wybrany do dofinansowania przez Narodowe Centrum Badania i Rozwoju w ramach programu „Szybka ścieżka”.

Co na to wszystko naczelnik państwa? Wszak te bezczelne figle uskuteczniają na oczach milionów Polaków jego pupile? Czy nikt już nie dba o to, co sobie Polacy o tym pomyślą? Jaka będzie reakcja tak zwanej „opinii publicznej”? Ale Polacy, zepchnięci do roli pariasów w tym jeszcze wciąż nominalnie ich kraju, przemykający się lękliwie ulicami swych miast, upokorzeni kagańcami zasłaniającymi im twarze i datkami na utrzymanie, rzucanymi im łaskawie z państwowej kasy, przestają się już liczyć jako partnerzy dla sprawujących władzę. Poziom bezczelności i nepotyzmu najwyższych urzędników osiąga więc takie rozmiary, że kiedyś osądzi ich za to już tylko trybunał Historii, bo ziemskie sądy – w tym Trybunał Stanu,  postulowany przez posła Grzegorza Brauna – zdaje się niewystarczający.  https://www.youtube.com/watch?v=fTMcIWiIB3w

Niech jednak pamięta ich szef  – pyzaty, dobrotliwie uśmiechnięty emeryt, bawiący się z kotem przy dźwiękach swej ulubionej, jak wyznał w jednym z  wywiadów, muzyki:  rzewnym tangu „Ostatnia niedziela” w wykonaniu Mieczysława Fogga  – że surowy osąd Boga i Historii jego też nie ominie.  I być może – będzie on surowszy od innych.

                                                                                                     Pokutujący Łotr

 

O autorze: Pokutujący Łotr