„100 zabobonów”, czyli jeszcze o „Alfabetach”

Pięć dni temu napisałam notkę „Dwa alfabety: Seawolfa i Toyaha”  /TUTAJ/, którą rozpoczęłam następującymi słowami:

„Moda na „Alfabety” zaczęła się chyba od Stefana Kisielewskiego.  W roku 1987 powstał o nim film dokumentalny „Alfabet Kisiela”, a w 1990 ukazało się w formie książkowej „Abecadło Kisiela”.

W odpowiedzi na to, komentatorka Jolanta Pawelec przypomniała, że w 1987 roku w Instytucie Literackim w Paryżu ukazała się książka o. prof. Józefa Marii Bocheńskiego „100 zabobonów” opatrzona podtytułem „Krótki filozoficzny słownik zabobonów”.  Można ją z powodzeniem nazwać „Alfabetem Bocheńskiego”.  W Polsce wydano ją w r. 1992.

Znalazłam to dzieło w sieci i przeczytałam.  Każdemu je polecam.  Wystarczy kliknąć  /TUTAJ/.  Autor pisze w przedmowie:

„definiuję „zabobon” w następujący sposób: wierzenie, które jest (l) oczywiście w wysokim stopniu fałszywe, a mimo to (2) uważane za na pewno prawdziwe. Tak np. astrologia jest zabobonem w moim znaczeniu słowa, bo jest oczywiście i skrajnie fałszywa, a mimo to jest uważana za zbiór pewników. ”

Aby zachęcić do lektury przytoczę fragmenty dwóch haseł:

ANARCHIZM.  Mniemanie, ze anarchia jest możliwym, a nawet pożądanym ustrojem społecznym. Anarchia to wyraz grecki, oznaczający ustrój albo raczej rozstrój w którym nie ma żadnego przymusu, a więc i autorytetu deontycznego sankcji. Anarchia jest oczywistym zabobonem, przynajmniej jeśli odnosi się do społeczeństw złożonych. W ciągu 5000 lat dziejów ludzkości nie jest znany ani jeden wypadek, w którym anarchia nie byłaby połączona z ogromną masą niesprawiedliwości, mordów itp. i z szybkim upadkiem społeczeństwa. Można więc być anarchistą tylko pod warunkiem, że się zakłada inny jeszcze zabobon, a mianowicie wierzenie w postęp*….

DZIENNIKARZ.  Dziennikarstwo jest zawodem ludzi wyspecjalizowanych w tak zwanych środkach masowego przekazu, a więc w dziennikach, periodykach, telewizji, radiu itp. jak sama nazwa wskazuje, zadaniem środków masowego przekazu jest przekazywanie masom informacji. Stąd dziennikarz jest sprawozdawcą i niczym innym. Jest specjalistą w zbieraniu, przedstawianiu i podawaniu innym informacji. Jak długo pozostaje w tej dziedzinie, jego praca jest pożyteczna i nie można mu niczego zarzucić. Ale w ciągu ostatniego wieku dziennikarze przywłaszczyli sobie inną funkcję, a mianowicie występują w roli nauczycieli, kaznodziei moralności. Nie tylko informują czytelników i słuchaczy o tym, co się stało, ale wydaje się im, że mają prawo pouczać ich, co powinni myśleć i czynić. (…)  Dziennikarz jest więc niemal z konieczności dyletantem. Uważać go za autorytet, pozwalać mu pouczać innych ludzi, jak to się obecnie stale czyni, jest zabobonem. Kiedy szukamy przyczyny szerzenia się tego zabobonu, wypada przyznać ze wstydem, że nie ma chyba innej, niż dziecinne wierzenie, że wszystko co drukowane jest prawdziwe – a zwłaszcza jeśli jest drukowane pięknymi słowami.

To hasło dedykuję zwłaszcza Toyahowi i Coryllusowi oraz ich kolegom, którzy nieustannie mają pretensje do „naszych” dziennikarzy za to, że nie są oni rycerzami w lśniących zbrojach, zwalczającymi straszliwe potwory.

W mojej linkowanej na wstępie notce na temat alfabetów Seawolfa i Toyaha wspomniałam o „Abecadle Kisiela”, „Alfabecie Wildsteina” oraz „Alfabecie leminga” napisanym przez Mazurka.  Podałam też linki do nich.  Jeden z komentatorów przywołał też „Alfabet Urbana”, lecz uważam, że nie ma co zawracać sobie tym głowy.

Zapomniałam jednak o ważnej publikacji tego typu, czyli o wydanej w roku  2009 książce Rafała Ziemkiewicza „W skrócie”.  To tez alfabet liczący sobie 223 hasła na  197 stronach.  W sieci tego nie ma, trzeba kupić książkę lub e-booka.  Kilka haseł jest  /TUTAJ/, a ja przytoczę jeszcze trzy inne:

„Obciach

To, co naprawdę warto.  Całe życie byłem obciachowcem. (…) Bycie obciachowcem skutecznie zabezpiecza człowieka przed próbami zaprzyjaźnienia się ze strony ludzi i środowisk, z którymi przyjaźnić się zdecydowanie nie warto.

Szmaciak, towarzysz

-jak rządził, tak rządzi.  Wszystko wskazuje, że przyjdzie na mój pogrzeb, z ulgą rzuci grudę, a jego przydupasy z wielkiej opiniotwórczej gazety odpowiednio naświetlą mój życiorys.

Zaborcy

-jak dotąd w naszej historii jedyny sposób wydobycia się z naszej –> niemożności.  Przychodzi zaborca i załatwia wszystkie nasze nierozwiązywalne problemy, a my możemy wrócić do tego, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy: rwania szat, picia na umór nad Ojczyzny grobem i mniej lub bardziej bezsensownych powstań.”.

Widać więc, że ta forma publicystyczna stała się naprawdę popularna.  Znaleziono co najmniej osiem „Alfabetów”: Bocheńskiego, Kisielewskiego, Wildsteina, Ziemkiewicza, Toyaha, Mazurka, Seawolfa, no i ten Urbana.  Do Bocheńskiego, Kisielewskiego, Wildsteina, Ziemkiewicza , Toyaha i Seawolfa naprawdę warto zajrzeć.

O autorze: elig