Fiducjarne skarpety ministra Kościńskiego, czyli Cezar upomina się o swoje…

Nowy minister finansów, kolega premiera wszechczasów, tego z długim nosem zwietrzył, że w polskich, śmierdzących  skarpetach zdeponowane jest około 190 miliardów pachnących złotych, które to nie pracują na dobrobyt państwa, a co za tym idzie także na poprawne działanie aparatu władzy. Pomysłem na wypatroszenie polskich skarpet z pieniędzy ma być wprowadzenie stuprocentowego obrotu bezgotówkowego. Co tak naprawdę znajduje się w tych, polskich skarpetach? Co tak spędza sen z powiek wysłanników City of London, jakim jest między innymi bankier Tadeusz Kościński?

Ano w tych polskich skarpetach znajduje się nic innego, tylko tzw pieniądz fiducjarny, czyli pieniądz, którego wartość nie jest oparta na kruszcu, a w zasadzie jego wartość wykreowana jest z powietrza, albo z dupy jakby tak napisać kolokwialnie (opcja w zasadzie do wyboru i obie są poprawne)…
Trzeba jednak przytoczyć tutaj na ten czas definicję pieniądza fiducjarnego…nazwa pochodzi od słowa “fides”, czyli (wiara), ale już bez “ratio” (rozum). Czyli jest to pieniądz oparty na wierze, że jest on w danej chwili coś warty…albo gówno warty (opcja dla niewierzących).
Dodam, że kryterium “fides et ratio” (wiara i rozum), którą w zasadzie prawdziwy katolik powinien stosować nie tylko w kwestii wiary w Boga, ale także i to bardzo w kwestii używania i obcowania z mamoną, o której wiele razy można poczytać w Biblii.
Skoro już jesteśmy przy kwestii biblijnej mamony, to warto sobie uzmysłowić, że “nasz” polski złoty, czy się komu podoba czy nie należy do Cezara, czyli do rządu zarządzającego państwem wyłonionego w tzw “demokratycznych wyborach”.
Przypomnę, że żydzi zapytali przewrotnie Chrystusa, czy płacić podatki, na co On im odpowiedział, aby oddali Cezarowi, co należy do Cezara. Tutaj państwowy polski Cezar niczym się nie różni od tamtego biblijnego. O swoją mamonę jeśli ktoś ją zgromadził bez opamiętania zawsze się upomni.
Wiara w to, że pieniądz tenże fiducjarny, skarpetowy, nasz polski złoty nie oparty na wartości kruszca ma “jakąś wartość” jakby tak prosto napisać polega na tym, że emitent, czyli ten, który go “produkuje” zakłada, albo spekuluje, że przykładowo 100 zł na dziś ma wartość pracy “dniówki chłopa”, ale za rok lub dwa ta sama “dniówka chłopa” może być za 200 zł…i choćby się kto skichał to jak tak Cezar postanowi, to tak będzie…
Swego czasu jeszcze przed denominacją złotego w 1995 roku zwaną “reformą walutową”, na starych banknotach można było fajnie składając banknot przerobić napis “bilety Narodowego Banku Polskiego są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”, na “bilety Narodowego Banku Polskiego są prawie niczym w Polsce”…wtedy już w zasadzie starsze pokolenie Polaków wiedziało, że pieniądz fiducjarny, to tylko mrzonka, coś ulotnego, co w każdej chwili obecna władza, może sprytnie zainkasować. Wystarczy tylko stworzyć do tego odpowiednie instrumenty prawne, a koszerne bankiery są w tym niemal perfekcyjni.

Przekonali się o tym swego czasu Polacy, którzy mieli tzw Książeczki Mieszkaniowe, ówczesny  relikt PRL-u. System ten został uruchomiony w 1950 r. i był obsługiwany przez państwowy bank PKO. Beneficjenci tego wynalazku finansowego każdego miesiąca wpłacali stałą kwotę i mieli tym sposobem uzbierać na wkład własny by “dostać” nowe spółdzielcze mieszkanie lokatorskie…finał był taki, że ludziska musiały uzbierać od 30 do 50 tys złotych…za które potem mogli kupić …choćby serwis obiadowy.

Ale wróćmy do “wartości” pieniądza fiducjarnego. Otóż on na chwilę obecną jak wspominałem nie jest oparty na wartości kruszca, a jego ilość w obiegu reguluje tzw “stopa procentowa” kredytów udzielanych przez banki centralne, ustalana co jakiś czas. Czyli w zasadzie oparty na lichwie, a tu już wchodzimy na wyższy, koszerny level, jakby tak zagaić slangiem młodzieżowym.
Żeby było ciekawiej tzw “nasz”, centralny, narodowy bank nie jest także suwerennym emitentem polskiego złotego, nie możemy pokrywać deficytu budżetowego finansując go z centralnego banku państwa, czyli tak de facto zasilać polskim złotym bieżące wydatki państwa… “zawdzięczamy” to panu Kwaśniewskiemu z drużyny “starych Kiejkut” i jego przeforsowanemu szwindlowi, który został zapisany w Konstytucji.
Przypomnę…obligacje Skarbu Państwa nie mogą być skupowane przez NBP bezpośrednio, ale mogą być skupowane na rynku wtórnym, głównie przy pomocy tzw “otwartej linii kredytowej” MFW, albo z Banku Światowego, ale już z odpowiednim oprocentowaniem…ten garb odsetkowy niesiemy my wszyscy na swoim, własnym garbie…tutaj żaden z politycznej Bandy Czworga od wielu lat w kwestii usunięcia tego zapisu w Konstytucji nawet się nie zająknął…

Otóż wrzutka o bezgotówkowym obrocie w Polsce może mieć dwa oblicza.
Jako blef, który ruszy polskich ciułaczy do uruchomienia swoich zasobów pieniężnych. Dużego pola nie ma…za zgromadzone za życia pieniądze mogą kupić nieruchomości, za które zapłacą podatek “od wzbogacenia” dawniej zwanym, a docelowo opłacając za używanie swojego podatek katastralny, którego wprowadzenie spędza sen z powiek i powoduje mrowienie w okolicach intymnych wielu włodarzy samorządowych.
Mogą też zainwestować w biznes, ale widząc jak traktowany jest rodzimy przedsiębiorca względem obcych korporacji w zasadzie zniechęca do inwestowania w cokolwiek.
Nazwałem to blefem, bo nie wyobrażam sobie całkowitego obrotu bezgotówkowego. Jak dać żebrakowi jałmużnę, dziadziusiowi na jarmarku zapłacić za ziemniaki i marchewkę, albo babci za jajka? Nie jestem przekonany, żeby można było ich zmusić do zaopatrzenia się w terminal płatniczy…i dalej, jak dać ofiarę podczas Mszy? Tutaj dziwię się, że biskupi i proboszczowie, którzy traktują swoje powołanie jak niejako urząd skarbowy od kwestii duchowych nie grzmią. Czy ministranci będą pomykać pomiędzy wiernych z czytnikiem kart bankomatowych?

Druga kwestia, czy drugie oblicze wprowadzenia jednak obrotu bezgotówkowego może być takie, że Polacy znienawidzą swoją własną walutę, która zmieni się w bezgotówkową. Czyli pieniądz fiducjarny, gówno warty zmieni się w jeszcze bardziej gówno warty, gdyż zasadniczo ten pieniądz będzie istniał tylko jako zapiski cyfrowe na plikach elektronicznych…które będzie można łatwo skasować jednym klikiem gdyby delikwent postanowił zostać “zaplutym karłem reakcji”, lub zamarzy się mu wejść w buty “wroga ludu” zatajając choćby kwestie prozaiczne jak ilość zjadania względem ilości wypróżniania z siebie zachowując bezczelnie sukcesywny wzrost masy ciała…

Jeśli Polacy znienawidzą swoją walutę, będą szukać alternatywy, będą posługiwać się jakimś gotówkowym pieniądzem fiducjarnym, który da im poczucie jakiejś pewności, że mają w rękach pieniądz o jakiejś tam określonej wartości. W czasie PRL powszechnie uznawany za wartościowy był tzw dolar, który też nie był oparty na kruszcu, choć próby, oparcia tej waluty na kruszcu były czynione przez amerykańskiego prezydenta J. F. Kenedyego. Jak wiemy, przypłacił to życiem w sposób bardzo spektakularny, zamachowiec roztrzaskał mu głowę z broni palnej na oczach całego niemal świata. Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego musiała to być taka potworna śmierć? Ano było to ostrzeżenie, aby żaden śmiałek nie próbował już nigdy opierać pieniądza fiducjarnego na kruszcu, ponieważ każda waluta oparta na kruszcu nie daje  możliwości oszukiwania ludzi na spekulacjach.

Więc jeśli Polacy znienawidzą bezgotówkowego złotego, zaczną posługiwać się choćby walutą euro, to wtedy władza będzie miała już z górki…wprowadzi walutę euro bez referendum i bez przekonywania Polaków do tej waluty, Polacy wręcz zapragną aby posługiwać się euro, byleby mieć pieniądz w garści, a nie w postaci zapisów na cyfrowych plikach. A tu znów kroi się szwindel, bo wiemy, że w krajach, które tą walutę przyjęły nastąpiła przelicznikowa drożyzna.

Ale warto sobie uzmysłowić, że to co się znajduje w waszych skarpetach, a tak pachnie bankierom z City of London to nic innego, tylko mamona, która chwilowo określa wartość waszej ciężkiej pracy, a która została wydrukowana na papierowych prostokącikach. Jeśli Cezar uzna, że tą waszą pracę będzie chciał ukraść, to i tak to zrobi, czy wam się to podoba czy nie. Tutaj trzeba być roztropnym jak wąż…
Dla świadomego chrześcijanina potrafiącego odczytać słowa Chrystusa o mamonie w sposób poważny nie jest to problemem. Problemem będzie dla tych, którzy swoją przyszłość pokładają w pieniądzu fiducjarnym, zgromadzonym w wielkiej ilości, traktując go jak bożka i w nim tylko pokładając nadzieję…

PS…Temat można ciągnąć, ale już tylko w kwestii praktycznego przeżycia w pajęczej sieci bezgotówkowej…ale to w zasadzie temat na następny artykuł…

O autorze: trybeus

Czterdziestoletni Katol I Moher z Kościoła toruńskiego, parafia podhalańska...łowca jehowitów...Kurnik's Managemen ...